Kiedy w 2016 roku pojawiła się pierwsza edycja Swiss Alp Watcha, była pierwszym tak odważnym wyzwaniem rzuconym firmie Apple, największemu na świecie producentowi smartwatchy. Szwajcarska branża zegarkowa, która w latach 70. niemal otarła się o śmierć w wyniku ofensywy producentów tanich azjatyckich zegarków kwarcowych, wraz z nastaniem ery smartwatchy, znowu poczuła niebezpieczeństwo. Wszak na nadgarstku jest miejsce tylko na jeden zegarek, a smartwatche stały się niesłychanie popularne.
Swiss Alp Watch: mechaniczna „odpowiedź” na Apple Watcha
Producenci zegarków mechanicznych reagowali na rosnący rynek smartwatchy zazwyczaj w taki sam sposób: starali się go ignorować. Jedynie H.Moser, słynna manufaktura z Schaffhausen, z 200-letnią historią, kierowana przez młodego i niezwykle kreatywnego prezesa, Edouarda Meylana, wybrała drogę całkowicie odmienną. Efektem był Swiss Alp Watch, zegarek formą do złudzenia przypominający smartwatcha firmy Apple, ale całkowicie mechaniczny.
Nazwa (Alp Watch) nawiązywała do Apple Watcha. Zegarek nie oferował jednak żadnej „smart” funkcjonalności poza pomiarem czasu. Był kpiną z najpopularniejszego smartwatcha na świecie, tak błyskotliwą i bezceremonialną, że błyskawicznie zdobył rozgłos.
Czytaj też: Mamy nowy rok – i nowy model kultowego zegarka Omegi
Teraz H.Moser przedstawia ostatnią edycję Swiss Alp Watcha. Czym wyróżnia się tegoroczna nowość, model Swiss Alp Watch Final Upgrade? Nadal ma kształt nawiązujący do Apple Watcha, do tego tarczę zegarkową wykonaną z Vantablack, najczarniejszego materiału na świecie i dwie wskazówki mierzące czas. Na tarczy dodano jeszcze jeden element, to tzw. mała sekunda, wskazówka odmierzająca sekundy, wykonana tak, by przypominała charakterystyczne kółko wyświetlające się w przeglądarkach internetowych w oczekiwaniu na załadowanie strony.