To miał być rok wielkich premier filmowych (między innymi Jamesa Bonda czy „Wonder Woman 1984”), uroczystych edycji festiwali muzycznych (legendarne angielskie Glastonbury skończyło przecież 50 lat), doskonałych spektakli i wielkich wystaw (między innymi Nicka Cave’a w Kopenhadze, Christo i Jeanne-Claude w Pompidou Centre w Paryżu, Gerharda Richtera w MoCA w Los Angeles czy Andy’ego Warhola w Tate).

Czytaj też: Najlepsze płyty 2020 roku – soundtrack na dziwne czasy

Tymczasem kinowe premiery przełożono, podobnie jak wielkie koncerty i festiwale muzyczne. Już wiemy, że Nick Cave czy Harry Styles na trasy koncertowe nie wrócą aż do 2022 roku. Co z plenerowymi wydarzeniami skupiającymi dziesiątki gwiazd na kilku scenach? W 2020 roku – odwołane. Teraz organizatorzy próbują zaklinać rzeczywistość, ale wciąż nic nie wiadomo.

Większość najważniejszych festiwali filmowych w 2020 roku przeniesiona została do internetu, korzystaliśmy więc z opcji streamingowej, przeżywając emocje zamknięci w czterech ścianach – z pewnymi ograniczeniami, ponieważ w wielu przypadkach dystrybutorzy uczuleni na możliwość spiratowania filmów odmówili wyświetlania ich w internecie. Spotkania z literaturą również musiały odbywać się zdalnie. Choć poza tym książki raczej umilały nam dni spędzone sam na sam, których w tym roku było szczególnie dużo.

Dla świata kultury rok 2020 bezsprzecznie był czasem zapaści. Wiele zaplanowanych produkcji zostało albo odwołanych, albo przesuniętych na bliżej nieokreśloną przyszłość. Artyści, ale również cała branża rozrywkowa, z dnia na dzień zostali pozbawieni środków do życia.

Z drugiej strony otrzymaliśmy, szczególnie w polskim kinie, powiew świeżości, którego nie było czuć w takiej skali od lat. Filmy, które znalazły się w konkursie głównym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (odbył się w formule online w połowie grudnia) uderzyły w najczulsze struny.

Czytaj też: Oscarowy dom – tak powstała słynna willa z filmu „Parasite”

Film „Sweat” w reżyserii Magnusa von Horna wyjechał z Gdyni nie tylko ze Srebrnymi Lwami (nagród posypało się o wiele więcej, łącznie z tą dla Magdaleny Koleśnik za główną rolę kobiecą), ale trafił również do oficjalnej selekcji w Cannes. Do Wenecji pojechał „Śniegu już nigdy nie będzie” w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej, a do Berlina „Szarlatan” Agnieszki Holland. Natomiast niedawno ogłoszono, że „Prime Time” Jakuba Piątka, z Bartoszem Bielenią i Magdaleną Popławską, będzie rywalizował z dziewięcioma filmami w konkursie World Cinema Dramatic na Sundance.

Polska muzyka także dostarczyła wielu wrażeń. Kasia Lins, Mata, Baasch zaserwowali wyśmienite, tak bardzo różne płyty. Polska sztuka mocno zaznaczyła swoje nowe terytorium na świecie. Teatr wkroczył do naszych domów. A my zapytaliśmy przestawicieli teatru, kina, literatury, muzyki i sztuki o to, jak podsumowaliby 2020 rok. Odpowiedzieli tak…

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Teatr: Lena Frankiewicz

Reżyserka teatralna, aktorka

Nie da się ukryć, że 2020 to chyba najdłuższy antrakt w historii teatru – TEATR NIE DZIAŁA – taki też jest tytuł akcji wrocławskiego teatru Capitol, w ramach której w witrynie teatru zasiadają w »niedziałaniu« wrocławscy artyści, a zza szyby obserwują ich widzowie, albo przypadkowi przechodnie. 2020 to czas zamrożenia, grania wobec mocno przetrzebionej widowni albo wcale, czas teatru online, który pozwala wprawdzie na jakąś formę podtrzymania kontaktu z widzem, nigdy jednak nie zastąpi zdarzenia teatralnego, jakim jest spotkanie z drugim człowiekiem w rzeczywistym czasie i miejscu. To niebywale trudny czas dla nas wszystkich – energetycznie, ekonomicznie, a także w wymiarze wspólnoty, która dotąd dokonywała się co wieczór, a teraz zupełnie nie funkcjonuje. To trochę tak, jakbyśmy byli odcięci od tlenu, nieczynni do odwołania. Nie mam jednak wątpliwości, że teatr to przetrwa i będzie nam znowu dane spotkać się z widzami, w realnym zgromadzeniu i jednej przestrzeni. Obyśmy nie musieli na ten moment czekać zbyt długo – tego nam wszystkim życzę”. 

Teatr miał duży kłopot. Najpierw zamknięty z dnia na dzień, potem otwarty – z dużymi ograniczeniami, odczuł 2020 rok okrutnie.

Scena to miejsce spotkań potężnej energii kotłującej się między aktorami a widzami. Niepowtarzalnej, dlatego żaden spektakl nigdy nie będzie taki sam. Ucierpieli nie tylko aktorzy teatralni, ale i technicy, realizatorzy, choreografowie, dramaturdzy, scenografowie. Wszyscy, dzięki którym machina działa.

Wydarzyło się sporo doskonałych widowisk – mimo pandemii. Jednak widzowie korzystali z dobrodziejstw techniki, przyglądając się spektaklom z domu. Streamingi zorganizował m.in. warszawski Nowy Teatr, a także brytyjski National Theatre, udostępniając w sieci w ramach cyklu „NT at home”, między innymi doskonale przyjęty spektakl „Frankenstein” w reżyserii Danny’ego Boyle’a z fantastycznymi kreacjami Benedicta Cumberbatcha i Jonny’ego Lee Millera.

Czytaj też: Dom noblistki na sprzedaż. W zestawie niezwykła kolekcja

Na podobnych zasadach działały opery – szczególnie w pierwszych tygodniach światowego lockdownu, kiedy najsłynniejsze orkiestry dawały wzruszające koncerty w pustych salach. Orkiestry z Berlina, Nowego Jorku, Mediolanu, Paryża – to doświadczenie z pewnością przeszło do historii.

Sztuka: Marta Czyż

Kuratorka sztuki, wykładowczyni

Mijający rok, mimo ograniczeń, które spotkały instytucje kultury, obfitował w ważne wystawy i inicjatywy. Wystawa »Wiek półcienia« w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie była mocną refleksją na temat zmian na naszej planecie, widoczną w praktykach artystycznych już od kilkudziesięciu lat. Wiele instytucji i artystów zareagowało na bieżące zmiany, odnosząc się zarówno do tematów izolacji, jak i polityki. Jedną z instytucji o najodważniejszym programie stała się w tym roku galeria Labirynt z Lublina, której dyrektorem jest Waldemar Tatarczuk. Z autorskich inicjatyw artystycznych warto wymienić Warsaw Preview czy ciekawe projekty na Instagramie »Self House Residency«, zrealizowany przez Łukasza Horbówa czy »Exhibition for Your Apartment« zainicjowany przez Dawida Radziszewskiego«”.

Sztuka również nie miała łatwego czasu. Doskonałe wystawy zaplanowane w najistotniejszych instytucjach kultury na całym świecie musiały zostać przełożone lub organizowane w pełnym rygorze sanitarnym. Jednym z tych wydarzeń była przygotowywana przez lata wystawa osobistych rzeczy Nicka Cave’a – „Stranger Than Kindness: The Nick Cave Exhibition”, wnikająca głęboko w umysł muzyka. Na jej wernisaż w Kopenhadze czekali nie tylko fani Australijczyka, ale miłośnicy sztuki popularnej i współczesnej w ogóle. Gdy sam „Książę Ciemności” z żoną Susie zdecydowali się w końcu zobaczyć ekspozycję, towarzyszyli wówczas księżnej Mary i księciu Frederikowi w kameralnym zwiedzaniu kolejnych sal. Oni – tylko oni.

W tym samym czasie we Frye Art Museum w Waszyngtonie pokazała wystawę Agnieszka Polska, jedna z najważniejszych polskich artystek. Jej prace i język, jakim się posługuje, poruszają, uczą, wzruszają. Niestety, ze względu na fakt, że Stany Zjednoczone mocno ucierpiały przez pandemię, również muzea świeciły pustkami.

Jako że sztuka to tkanka, żywo reagująca na wydarzenia społeczne, w 2020 roku miała pole do popisu. Wielkie marsze pod hasłem Black Lives Matter, które przeszły przez Stany Zjednoczone po morderstwie George’a Floyda, rozlały się na wszystkie kontynenty, wywołując ogólnoświatową dyskusję na temat rasizmu. Także w sztuce. W tym czasie powstały też ważne pomniki: m.in. żółty mural Black Lives Matter wymalowany na 16. ulicy w Waszyngtonie, nieopodal Białego Domu.

Okazało się, że oprócz Basquiata, w sztuce współczesnej mamy świetnych malarzy. Na ich temat media dotąd milczały, albo nie dawały im pola do działania.

Jedną z takich artystek jest wielce utalentowana Lynette Yiadom-Boakye – jedna z najważniejszych współczesnych malarek, której prace zawisły 2 grudnia w Tate, układając się w pierwszą tak obszerną poświęconą jej wystawę. 

W Polsce sztuka również zaangażowała się mocno w wydarzenia społeczne. Strajk Kobiet, nowy dyrektor warszawskiego CSW, a w końcu memogenny pomnik „Zatrute źródło” autorstwa Jerzego Kaliny, który stanął przed Muzeum Narodowym, uderzały symbolami raz z jednej, raz z drugiej strony. Czasami bardzo niezdarnie. Niestety. 

Film: Jakub Kamieński

Aktor teatralny i filmowy

Pandemia wystraszyła branżę. Raptem się okazało, że nawet ci, choć to wyjątki, którzy mają stałą pracę, mogą ją stracić, jak za pstryknięciem palców. Żeby było jasne – to dotknęło również inne branże. Ten cały cyrk z pomocą ministerialną, który się odbył, nie był moim zdaniem przypadkowy. Dobitnie próbowano nam pokazać, gdzie nasze miejsce. I niestety to się w wielu przypadkach udało. Nie uważam jednak, że pandemia »zgniotła« branżę. Wiele osób zmusiła do kreatywności i poszerzania spectrum własnych możliwości twórczych. Trochę widoczniejsze było w tym czasie prawo dżungli, które nas podstawowo determinuje. Przetrwają ci, którzy się lepiej dostosują. Zawodowo, owszem, odczułem pandemię mocno, ale zaznaczam, że z pomocy państwowej nie korzystałem. Z drugiej strony dostałem czas na przemyślenie, gdzie jestem i kim jestem. Czas, którego mi ewidentnie brakowało, bo żyłem w ciągłym przechodzeniu z projektu w projekt. Mam nadzieję, że nie będę musiał żyć, by pracować, tylko pracować, by żyć”. 

Kino w 2020 roku dostawało cios za ciosem. W salach kinowych, gdy już było można, siadało kilka osób. Dystrybutorzy w większości premier albo decydowali się (kilkukrotnie) je przenosić – jak w przypadku agenta 007, którego premiera pierwotnie zapowiadana była na kwiecień 2020), inni wpuszczali je bezpośrednio na platformy streamingowe. I to one okazały się największymi wygranymi roku pandemicznego. 

Dla Netflixa, HBO GO, Playera, Hulu, Amazon Prime, Apple TV i innych rok 2020  to trafianie na kolejne żyły złota. Część czasu wolnego, którym w tym roku sowicie, w większości, zostaliśmy obdzieleni, przeznaczyliśmy na seanse. A platformy przygotowały ofertę wzorowo.

Dostaliśmy nowe sezony hitów, jak „Dom z papieru” (Netflix) i te zupełnie nowe: „Normalni ludzie” (Hulu, a od grudnia na HBO GO) na podstawie bestsellerowej książki Sally Rooney, „Od nowa” (HBO GO) i „Mogę cię zniszczyć” (HBO GO) czy „Gambit królowej” (Netflix) z pewnością przejdą do klasyki seriali. Podobnie jak 4. sezon „The Crown”, na który z niecierpliwością czekali widzowie na całym świecie. Objawić miała się tam księżna Diana – legenda i ikona, której historią w latach 80. i 90. żył niemal cały świat. I okazało się, że żyje nadal.

Czytaj też: Magnus Carlsen, legenda szachów, o serialu „Gambit królowej”. „Dobry, ale mało realistyczny”

Serial stał się zapalnikiem, a opinia publiczna ruszyła na portale społecznościowe wylewać żale na oficjalnych kontach rodziny królewskiej, szczególnie księcia Karola i jego żony Kamili. Do tego stopnia, że w oficjalnym piśmie do Netflixa rząd brytyjski zwrócił się z prośbą o zamieszczenie planszy przed każdym odcinkiem informującej, że serial opiera się na luźnej interpretacji wydarzeń scenarzysty. , że władze wystąpiły nawet z żądaniem do władz Netflixa, żeby zaznaczał przy każdym odcinku, że wydarzenia przedstawione w serialu są wymysłem scenarzysty. Co na to władze Netflixa? Odmówiły.

W Polsce mieliśmy głośną premierę – „Króla” w reż. Jana Matuszyńskiego na podstawie powieści Szczepana Twardocha o tym samym tytule. Zachwyciła rozmachem i dobrze poprowadzonymi rolami. Zasmuciła historią przedwojennej Polski, o której nie pamiętaliśmy, a która zdaje się właśnie powtarzać.

Był to więc zdecydowanie rok seriali. Niczego z takim zaangażowaniem nie śledziliśmy, żeby oderwać się od przerażającej rzeczywistości. Do listy top20 lub top30 należy też dodać „Mrs. America” – serial wspominający czasy drugiej fali feminizmu, „Unorthodox” i cały wachlarz filmów, które Netflix zebrał w jedną kategorię – walki z rasizmem. Można się uśmiechać, jednak wedle danych Pew Research Center, 23% dorosłych użytkowników mediów społecznościowych zwróciło uwagę na ten problem i zgłębiło temat właśnie dzięki tego typu treściom. 

Literatura: Maciej Marcisz

Dyrektor ds. promocji w Wydawnictwie W.A.B., autor książki „Taśmy rodzinne”

„2020 był w wydawnictwach rokiem niepewności, opóźnień i przesunięć premier – niektórzy debiutanci i debiutantki czy autorzy mniej komercyjnych książek musieli czekać dłużej, aż ich rzeczy się ukażą. Często czekają nadal. Cieszy, że 2020 był rokiem triumfu kobiet – najważniejsze nagrody literackie zgarnęły pisarki – Dominika Słowik, Dorota Kotas, Barbara Sadurska. Najgłośniejsze tytuły to też kobiety: Marta Dymek z »Jadłonomią«, Janina Bak ze »Statystycznie rzecz biorąc«, w literaturze zagranicznej »Normalni ludzie« Sally Rooney czy »Jesień« Ali Smith. Jeśli chodzi o czytelnictwo, ten rok na pewno okazał się przełomowy dla nowych form konsumpcji literatury: słuchowisk, ebooków i aplikacji streamingowych, takich jak Empik Go. Ostrożnie możemy prognozować, że czytelnictwo, między innymi dzięki tym formom, wzrosło. Do najważniejszych wydarzeń zaliczam »Ludową historię Polski« Adama Leszczyńskiego – monumentalną książkę, która przepisuje losy naszego kraju na nowo, pokazuje perspektywę większości naszych przodków, chłopek i chłopów, klasy ludowej. W 2021 branża wydawnicza wchodzi nieoczekiwanie wzmocniona”. 

Inaczej wyglądał ten rok dla autorów i czytelników. Był bardziej czuły, jak zechciałaby nasza Noblistka, Olga Tokarczuk. To jej eseje zamknięte w tomie „Czuły narrator” stały się jednym z wydarzeń wydawniczych tego roku. Napisane już po otrzymaniu prestiżowego wyróżnienia, otworzyły nową drogę do rozumienia pisania Tokarczuk, ale też literatury w ogóle. A ta przecież 2020 rok przetrwać pomagała.

Zmieniła się komunikacja. Pisarze wychodzili do ludzi z drobnymi gestami. Książki z podpisem lub dedykacją można było upolować częściej. Taki kawałek szczęścia, zupełnie inny niż w kultowym filmie „Notting Hill”, w którym Hugh Grant wcielający się w rolę angielskiego księgarza, wyjaśnia, że niepodpisane egzemplarze pewnego autora to właściwie biały kruk. Nasza potrzeba bliskości realizowana była właśnie przez takie małe gesty. 

W końcu w języku polskim ukazała się książka Sally Rooney „Normalni ludzie”. Surowa w językowych ozdobnikach i może dlatego tak uderzająca w formie. W trudnym roku, gdy zyskaliśmy, bez proszenia, czas na analizę różnych emocji, mogliśmy w końcu przyjrzeć się relacji międzyludzkiej – ważnej i poważnej. Pierwszej takiej. Raniącej i trochę romantycznej. A że polska premiera zbiegła się z premierą serialu „Normalni ludzie” w reżyserii Lenny’ego Abrahamsona i Hettie Macdonald z genialnymi rolami Paula Mescala (Connell) i Daisy Edgar-Jones (Marianne), gorączka na punkcie ulubionej powieści Baracka Obamy nie mijała. Za kilka tygodni (pod koniec lutego) premierę będzie miał debiut Rooney „Rozmowy z przyjaciółmi”, na który warto już czekać. 

Równie ważną premierą okazały się „Testamenty” Margaret Atwood, kontynuacja „Opowieści podręcznej”. „Testamenty” przyniosły Kanadyjce nagrodę Bookera 2019. 

Polska scena literacka nie zawiodła. Tegoroczna Nagroda Literacka Nike powędrowała do Radka Raka za „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakubie Szeli”, a Nike publiczności do Joanny Gierak-Onoszko za „27 śmierci Toby’ego Obdena”.

Choć podróżować w tym roku nie mogliśmy, od rzeczywistości oderwał nas Mariusz Szczygieł świetnym „Osobistym przewodnikiem po Pradze”. Potężną „Pokorę” zaprezentował Szczepan Twardoch, a Joanna Bator dała nam „Gorzko, gorzko”. Wszystkie świetne.

Absolutnym fenomenem 2020 okazała się „Moja znikająca połowa” Brit Bennet – ważnym również ze względu na historię Afroamerykanów i wpływie przeszłości na teraźniejszość.

Do biblioteczki z 2020 roku należy też dodać „Wierzyliśmy jak nikt” Rebecki Makkai, długo wyczekiwaną autobiografię „Look again” fotografa swingującego Londynu – Davida Bayley’a (wciąż w wersji angielskiej), brawurowego „Prince Polonia” Maxa Cegielskiego, równie zuchwałą „Dziką rzecz” Rafała Księżyka oraz wiersze i eseje tegorocznej Noblistki, Louise Glück.

Muzyka: Bela Komoszyńska

Autorka tekstów, piosenkarka, frontmanka zespołu Sorry Boys

„Dla świata muzyki 2020 był rokiem skrajnych emocji. Od przygnębienia wywołanego koniecznością odwołania tras koncertowych, do wzruszających momentów po tych nielicznych koncertach (które udało się zagrać latem lub online), po których dostawaliśmy wprost nadzwyczajny odzew od publiczności. Komunikat był jasny: »potrzebujemy muzyki, potrzebujemy sztuki«. Pandemia nie pozbawiła ludzi potrzeby wspólnego przeżywania emocji i obcowania ze sztuką. To jest informacja, która pozwala nam przetrwać”.

Trasy odwołane. Festiwale przełożone. Trudny rok. Choć to właśnie muzycy pierwsi ruszyli na pomoc zagubionym w pandemicznym bałaganie ludziom, nagle pozbawionym normalności, którą pielęgnowali przez ostatnie lata. I choć muzyki nie mogliśmy słuchać w plenerze, udało się podczas intymnych, domowych koncertów.

Intymny – właśnie taki dla muzyki był 2020 rok. Zobaczyliśmy naszych bogów, idoli w ich domach. Dziennikarze podczas wywiadów łączyli się z artystami siedząc w swoich pokojach, zaglądając do kuchni, sypialni, salonów gwiazd. Rozmowy były inne.

I granie stało się zupełnie nowe. Jednym z największych wydarzeń roku był kwietniowy koncert charytatywny „One World Together At Home Special to Celebrate COVID-19 Workers”. Ze swoich domów grali m.in. Rolling Stonesi, Paul McCartney, Elton John, Taylor Swift, Lizzo, Billie Eilish, Alicia Keys, Stevie Wonder, Chris Martin, Shawn Mendes, Sam Smith, Pharrell Williams, Rufus Wainwright. Lady Gaga, dzięki której koncert się odbył, ogłosiła, że udało się zebrać ponad 35 milionów dolarów. Pieniądze miały wesprzeć tych, którzy z pandemią walczyli na pierwszej linii frontu.

Oprócz tego muzycy raczyli nas doskonałymi płytami. Bezsprzecznie tytuł najlepszego krążka roku trafił w ręce Fiony Apple za „Fetch the Bolt Cutters”.

To piąty studyjny album Amerykanki – przyszedł po cichu. Bo tak lubi Apple. Szaleństwa lat 90. oddzieliła grubą kreską. A przynajmniej próbowała. Jeśli udziela wywiadów to jednego, dwóch. Jej kruchość i nieuchwytność mylnie w plastikowym świecie odebrano jako słabość. Fiona nigdy tego krytykom nie darowała. Bardzo kobiecy głos o rzeczach ważnych, wstydliwych, chowanych. 

Z drugiej strony dostaliśmy też muzykę pocieszenia, mocno taneczną i na absolutnie wysokim poziomie. Na podium, tuż za Apple plasują się zatem Dua Lipa z mocną „Future Nostalgia” utrzymaną w rytmach dance-pop i nu-disco i Jessie Ware z wielkim zaskoczeniem „What’s your pleasure?”. To zwrot o 180 stopni w stylu Brytyjki. Mocne nawiązania do disco lat 70. i funku 80. W naszej rozmowie, tuż przed premierą płyty, Jessie powiedziała: „Chciałabym, żeby przy tym albumie ludzie się kochali”. To chyba wyczerpuje wszelkie próby opisów jej nowej muzyki. Taki jest ten album. Jednym z ważniejszych albumów roku jest też Kylie Minogue ze swoim „Disco” – jakaż to jest dobra, taneczna propozycja. Królowa ma się doskonale. 

To, że rock’n’roll i punk są wciąż żywe dowiódł niezwykle świeży band Fontaines D.C. swoim „A Hero’s Death”, wydanym zaledwie rok po mocnym debiucie „Dogrel”. Pominąć nie można wielkiego powrotu The Strokes – „The New Abnormal”. Amerykanie być może nie pokazali niczego nowego, za to udowodnili, że Strokesi się nie skończyli i przypomnieli, dlaczego to właśnie oni dokonywali rockowej rewolucji początku XXI wieku. Dobry album. 2020 zamknął Książę Ciemności – Nick Cave. Ten rok miał być rokiem promowania jego najbardziej osobistego krążka „Ghosteen” – pierwszego w całości poświęconego tragicznie zmarłemu synowi. Gdy pandemia pokrzyżowała mu plany, dał samotny, intymny koncert. Jego zapis pod postacią płyty „Idiot Prayer: Nick Cave Alone At Alexandra Palace” to również obraz samotności 2020. 

W Polsce na uwagę zasługuje m.in. niepokornie dobra Kasia Lins („Moja wina”) i panowie Waglewscy z do bólu czułym albumem „Duchy ludzi i zwierząt”. 

Kończący się rok to też mocne uderzenie starej gwardii. Paul McCartney nagrał solidny album „McCartney III”, a Stonesi wypuścili reedycję „Goats Head Soup” promowaną piosenką „Scarlet” nagraną z Jimmym Page’em, założycielem Led Zeppelin. Klip powstał w opustoszałym londyńskim Claridge’s Hotel w samym środku pandemii. A jego głównym bohaterem został nikt inny jak jeden z najpopularniejszych aktorów 2020 – wspomniany już Paul Mescal. 

Żegnaj roku 2020. Co przyniesie 2021?

W końcu. Przed nami cały rok 2021. Artyści, z którymi rozmawiałam nie mają odwagi, by powiedzieć, że to będzie ich rok. Ale kto ma dzisiaj odwagę, by coś deklarować? Zawsze o tej samej porze, pod koniec grudnia, powtarzamy, że kolejne 12 miesięcy będzie należeć do nas. To nasz czas! Robimy plany (które najczęściej porzucamy jeszcze w styczniu), a potem przychodzą rozczarowania. Może tym razem warto ich sobie oszczędzić?

W 2021 rok dobrze wejść bez nadmiernej ekscytacji dyktowanej popkulturowymi schematami. Już wiemy, że wiele tras koncertowych zostanie (jeśli jeszcze nie zostało) odwołanych. Festiwale wciąż stoją pod znakiem zapytania. Teatry, kina? Być może wrócą, ale zapewne przez długi czas jeszcze będą funkcjonować ze sporymi ograniczeniami. Mimo to – idzie dobre…

Z dobrym, wbrew pozorom, pozostawił nas też 2020. W czarnej dziurze niespodziewanie pojawiło się światełko zmian. Popkultura mocno zastanowiła się nad swoją kondycją i odpowiedziała na hasła skandowane podczas pochodów Black Lives Matter. Pharrell Williams, producent muzyczny i raper, w opublikowanym w tym czasie w „Time” eseju pt. „Amerykańska przeszłość i teraźniejszość naznaczone są rasizmem. Zasłużyliśmy na czarną przyszłość” pisał tak: „Ameryka powstała na fundamentach marzeń o ziemi, na której każdy jeden człowiek będzie równy innemu, na której obiecywano wolność i sprawiedliwość. Ale nigdy nie dotyczyło to czarnych”.

Alison Mosshart z The Kills, która w 2020 roku wydała zresztą świetny 7-calowy solowy album, idealny na samotną kwarantannę, potwierdziła w naszej rozmowie, że zaczęła się rewolucja, a świat w końcu musi się zmienić. Podobnie wypowiadała się Jessie Ware. Nic dziwnego #BlackLivesMatter był drugim najpopularniejszym hasztagiem 2020 roku tuż po #covid19.

2020 dał nam też wartościowe podcasty – rozrywkowe, naukowe, informacyjne, relaksacyjne. Okazało się, że chcemy słuchać innych, jak mówią mądrze, na ważne, aktualne tematy, które właśnie nas dotyczą. Dostaliśmy fantastyczne kino, doskonałe książki, kojącą muzykę, czułe gesty. I nadzieję, że jest na co czekać.