Szukaj

David Bailey: Fotografia? Tylko czerń i biel. Bez półtonów

David Bailey to jeden z najważniejszych fotografów mody na świecie, kronikarz swingującego Londynu. Bezczelny, nieprzewidywalny i wyjątkowy. Utrzymuje, że są tylko dwie wybitne modelki: Jean Shrimpton i Kate Moss.

Wielka rewolucja kulturowa lat 60., której centrum stał się Londyn, była nie tylko epoką krótkich spódniczek, spodni–dzwonów i narodzin muzyki rockowej. Była przede wszystkim okresem dominacji młodych ludzi, po raz pierwszy również dzieci z rodzin robotniczych, które dotąd nie miały szans przebić się w skostniałej klasowo Wielkiej Brytanii. Młodzi sprzeciwiali się losowi, na który potulnie przystali ich rodzice i dziadkowie, zmienili postrzeganie rzeczywistości, sztuki, kultury, muzyki, mody. Urodzeni tuż przed wojną, w jej trakcie lub chwilę po, stworzyli niewielką gromadę, która zdołała dokonać wielkich zmian społeczno-kulturowych.

Czytaj też: Królowe wybiegów: oto 10 najlepiej zarabiających modelek

Jedną z głównych postaci swingującego Londynu był David Bailey, fotograf urodzony na East Endzie, który stał się główną inspiracją dla postaci Thomasa (w tej roli David Hemmings) z  filmu Antonioniego „Powiększenie”. Bailey o „Powiększeniu” wypowiada się surowo: że to film naiwny i beznadziejnie odtwarzający lata 60. w Londynie, że Antonioni nie rozumiał tego, co działo się wówczas w Wielkiej Brytanii i że jak to możliwe, że Włoch poznał tyle szczegółów z życia fotografa, sprytnie wplatając je w fabułę. Zdradza to w swojej świeżo wydanej autobiografii, „Look Again”. Ale nie tylko to.

David Bailey: dzieciństwo na East Endzie

Bailey przyszedł na świat w 1938 roku. Jego mama, Gladys, była szwaczką, ojciec świetnym krawcem – krojczym w fabryce Polikoff należącej do polskiego Żyda, Alfreda Polikoffa, który później otworzył wielką fabrykę w Rhonda Valley i szył dla Burberry. Baileyowie mieszkali na East Endzie, dzielnicy Londynu w tym czasie nieprzyjaznej dzieciom, ale też dorosłym. „Empatia na East Endzie była czymś obcym”, pisze Bailey w swojej autobiografii.

„Ludzie nie owijali w bawełnę, mówili jak jest lub jak myśleli, że jest. Dziś tej empatii niby jest więcej, ale to empatia selektywna, kiedy się opłaca. Wtedy ludzie byli twardzi, ale dbali o siebie”.

Dzieciństwo w schronach przeciwlotniczych, zabawy w ruinach, umierające, opuszczone zwierzęta pozostawione w zbombardowanych budynkach – to była codzienność dzieciaków w Anglii w pierwszej połowie lat 40. Po wojnie nie było lepiej. Bailey pamięta, że matka uczyła go jak rozróżnić mięso królika od mięsa kota – londyńscy rzeźnicy lubili w ten sposób oszukiwać klientów. „Musiałem obserwować jak ułożone są nerki tych zwierzątek”. To między innymi dlatego Bailey szybko zdecydował się zostać wegetarianinem. Pozostaje nim do dziś.

Małemu Davidowi bliższa była relacja z mamą, choć ta niejednokrotnie podnosiła na niego rękę. W tamtych czasach dzieci wychowywano inaczej. „Pewnego razu stałem na najwyższym stopniu domowych schodów i tak mnie uderzyła, że spadłem na dół. To było wtedy czymś normalnym. Wiem, że bardzo mnie lubiła, ale miała charakterek. Była kobietą z East Endu, taką jaką dziś jest moja córka” – wspomina David Bailey. Gladys biła za zadeptanie świeżo umytej podłogi, za niewłaściwą minę, za pyskowanie, za złe oceny… A te nie mogły być dobre, bo David cierpiał na dysleksję, wtedy jeszcze medycznie nierozpoznaną.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez David Bailey (@bailey_studio)

Mimo porywczego usposobienia to dzięki matce Dave – jak lubiła go nazywać – zainteresował się modą. Gladys razem z ciotką Dolly chadzały w wolnym czasie, którego zbyt wiele nie miały, oglądać sukienki dostępne w londyńskim domu towarowym Selfridges. Nie stać je było na nie, ale nie miało to znaczenia. Po prostu zachwycały je projekty Diora, jego słynna kolekcja New Look. A że sprawnie posługiwały się maszyną do szycia, odszyły podobną kolekcję w domu. David miał 9-10 lat i oczarowany obserwował matkę ubraną w nowe projekty.

Czytaj też: Słynny londyński dom towarowy Harrods otwiera pierwszy w historii outlet

Z ojcem było inaczej. Choć nigdy Davida nie uderzył, Bailey się go bał, a ten skupiał całą uwagę na chorej córce. Przepuszczał pieniądze w barach i u bukmacherów, był niewierny, zapożyczał się. Pewnego dnia wrócił do domu z rozciętą nożem twarzą. 68 szwów. Ostrzeżenie. Dopiero po latach David dowiedział się, że była to nauczka od bliźniaków Kray, gangsterów z East Endu, barwnych postaci Londynu lat 50. i 60., przyjaciół celebrytów i gwiazd (wyśmienicie w podwójną rolę wcielił się Tom Hardy w lekko wybielających kryminalistów filmie „Legend”). „Beatlesi i Rolling Stonesi rządzili muzyką, Carnaby Street – światem mody, a ja i mój brat rządziliśmy Londynem. To był najlepszy czas naszego życia, swingujące lata 60., byliśmy nietykalni” – pisał Ron Kray we autobiografii. Trudno nie przyznać mu racji. Ale o tym później.

Gdy David dorósł, stracił kontakt z ojcem. Ten pojawił się w jego domu po wielu latach, gdy Bailey był już światowej sławy fotografem. Prosił o pieniądze. Umierał. Bailey mu pomógł, ale, nie zapłakał nad losem staruszka.

Nowe życie, stare nawyki

„Jako dzieciak marzyłem, żeby zostać fryzjerem albo złodziejem samochodów. Praca fotografa wydawała się marzeniem kogoś z klasy średniej. W ogóle o tym nie myślałem” – wspomina David Bailey. Pierwszy sprzęt fotograficzny dostał od matki. Był to niedrogi aparat skrzynkowy marki Brownie. Zaczął z nim eksperymentować, gdy miał 12-13 lat. Gdy skończył 16 lat, poznał prace Pabla Picassa. To było objawienie. Uznał, że w sztuce granice nie istnieją. W życiu – właściwie też nie.

Od początku, także z powodu dysleksji, Baileyowi wszystko układało się w obrazy, nigdy w słowa. To dlatego wkrótce zaczął odnosić sukcesy w świecie reklamy. „Jeśli coś mi opowiesz, od razu widzę to w formie obrazu”, mówi. Ale tak naprawdę zdjęciami zajął się na poważnie, gdy jako 18-latek wylądował w brytyjskich siłach powietrznych.

Muzyka, szczególnie jazz, zaczęła zmieniać życie młodych Brytyjczyków. To było idealne wprowadzenie do lat 60. tętniących nowymi dźwiękami. Pojawiła się subkultura modsów, którzy próbowali wyglądać jak mieszkańcy East Endu, stylizowali się na nich.

David Bailey był coraz bardziej pewny siebie, wygadany, bezczelny. Na dodatek nałogowo umawiał się z kolejnymi dziewczynami. Na East Endzie uważano, że się obnosi, ludzie sukcesu stawali się automatycznie podejrzani, bo na East Endzie nikt nie odnosił sukcesu.

Po powrocie z wojska Bailey postanowił poszukać pracy jako asystent fotografa. Na jego list motywacyjny odpowiedział Tony Armstrong-Jones, przyszły mąż księżniczki Małgorzaty, który jednak wymagał umiejętności stolarskich. „K…, no nie” – skomentował w charakterystyczny dla siebie,  „eastendowy”sposób, Bailey. Tylko dlatego, że nie uważał Tony’ego za dobrego fotografa.

Drugim, który na list odpowiedział, był John French, ceniony fotograf mody współpracujący z „Daily Express”. Jego zdjęcia Bailey również uznawał za kiepskie. „Pracował tylko na trzech pozach: całej sylwetce, zbliżeniu i portrecie. Potem krzyczał: nie ruszać się! I pstryk. Ale i moda w tym czasie była przewidywalna. Modelki nosiły rękawice i perły, miały być damami”, pisze w autobiografii. Za to od Frencha nauczył się techniki wywoływania najostrzejszych możliwie zdjęć o wysokim kontraście, które wyglądały dobrze nawet na niskiej jakości papierze. Zrewolucjonizował tym modowe fotografie w gazetach lat 50. Tylko czerń i biel, żadnych półtonów. Stosował też białe tło. To stąd charakterystyczny kontrast na wszystkich zdjęciach Bailey’a. Czystość i piękno. Współpracowali przez 11 miesięcy. David był jednym z trzech asystentów.

Bailey i kobiety: Jean Shrimpton

„Nigdy nie spotykałem się z dziewczynami z wielkimi cyckami. Podobały mi się kobiety o chłopięcej figurze” – mówi Bailey. Taki był wówczas ideał piękna modelki. Jednak zanim David  zrealizował swoją pierwszą sesję mody, zadebiutował w magazynie „Today” portretem pisarza Somerseta Mahghama. Ten nie osądził Davida ze względu na akcent, jakim się posługiwał, choć na początku lat 60. akcent cockney zamykał jeszcze wszystkie drzwi. Brytyjska edycja tzw. „biblii mody” aż do lat 60. nie dopuszczała modelek czy fotografów mówiących w cockney. Ale miało się to zmienić. Na rynku pojawiła się fotograficzna święta trójca: David Bailey, Terence Donovan i Duffy.

Jean Shrimpton
Jean Shrimpton w 1965 roku. Fot: Joost Evers/Anefo, CC0/Wikimedia Commons

Pierwszym zdjęciem modowym Bailey’a było z Paulene Stone klęczącą przed wiewiórką, opublikowane w „Daily Express”. Przełom. Mary Quant, legendarna projektantka, która wprowadziła minispódniczki na ulice, powiedziała po latach, że to właśnie ta fotografia ją zainspirowała.

Skoro tak dobrze mu poszło, bezczelny Bailey nie zamierzał zwlekać, zgłosił się do magazynu „Vogue” i poprosił o kontrakt. Odprawiono go z kwitkiem. Po trzech miesiącach dyrektor artystyczny „Vogue’a” oddzwonił. „Bailey, masz tę robotę”.

Był 1960 rok, gdy ten łobuz z East Endu, nieuleczalny kobieciarz, oświadczył się i ożenił. Wybranką była Rosemary Bramble, stenotypistka zawsze ubierająca się na czarno. Nigdy nie podjął trudu, żeby poznać jej rodzinę. „Nigdy nie traktowałem małżeństwa serio – widziałem, jak wyglądało małżeństwo moich rodziców. Być może sam zdecydowałem się na ten krok, żeby uciec z East Endu” – wspomina.

Małżeństwo nie trwało długo, bo David poznał w pracy Jean Shrimpton. Przyszła na zdjęcia do kampanii płatków Kellogg’s, którą fotografował Duffy. „Gdy ją zobaczyłem, natychmiast zakochałem się w jej oczach. To pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę. Miała też świetne nogi. Była niezwykła. Zapytałem Duffy’ego kim jest. Ten odpowiedział, żebym o niej zapomniał, bo to dziewczyna dla mnie zbyt wyrafinowana. Zarezerwowałem ją więc na zdjęcia testowe, wtedy jeszcze nie była doświadczoną modelką” – wspomina Bailey. Zakochali się szybko, namiętnie i z wzajemnością. Do tej pory wszyscy zwracali się do niego „Dave”. To Jean zaczęła wołać na niego Bailey. I tak już zostało.

Jean okazała się być stworzona do roli modelki. Dłonie zawsze układała we właściwy sposób, wiedziała, skąd pada światło.

„Jean miała instynkt, rozumiała wizje projektantów i interesowała się tym, co robiłem. Dzisiaj modelki po prostu przyłażą na plan i nie są niczym zainteresowane. Poza tym nie ma już świetnych ubrań” – narzeka Bailey.

Fotografowie w jego czasach nie myśleli nawet o tym, żeby znać się na modzie. On miał tę przewagę, że o ubraniach wiedział niemal wszystko ze względu na to, kim byli jego rodzice.

Uwiedzenie Jean Shrimpton zajęło Bailey’owi trzy miesiące. Ale ani ona, ani jej rodzice nie byli zachwyceni tym, że David był wciąż żonaty. Ojciec udawał, że nie widzi Jean przez okrągły rok. Tylko po to, żeby potem zaprzyjaźnić się z jej chłopakiem.

Pierwszą wspólną sesję duetu Bailey i Shrimpton brytyjski „Vogue” wydrukował w 1961 roku w wydaniu lipcowo-sierpniowym. Jean top modelką stała się z dnia na dzień. Po tym sukcesie pracowali ze sobą każdego dnia. Bailey fotografował kobiety takimi, jakimi widział je na ulicy. To dlatego kobiety zaczęły się szybko utożsamiać z Jean.

Mick Jagger David Bailey Taschen Sumo
Mick Jagger, jedno z najsłynniejszych zdjęć Davida Baileya. Fotografia znalazła się na okładce albumu wydanego przez wydawnictwo Taschen Fot: Taschen

Wtedy też poznał Micka Jaggera. Dopiero co pełnoletni, umawiał się z młodszą siostrą Jean – Chrissie (którą później, tuż przed ślubem, rzucił dla Marianne Faithfull. Chrissie próbowała popełnić samobójstwo). Jeszcze przed wydaniem pierwszej płyty Stonesów, w 1963 roku, Mick pojechał do Paryża asystować Bailey’owi. Był niegrzeczny dla każdego, pyskaty i arogancki, co bawiło Bailey’a. Wtedy zrobił portret przyszłej gwiazdy rocka, którego publikacji odmówił brytyjski „Vogue”, za to z chęcią wykorzystał amerykański, za przyzwoleniem naczelnej, Diany Vreeland, która pokochała Bailey’a i inwestowała duże pieniądze w jego sesje.

Bailey i kobiety: Catherine Deneuve

W swingującym Londynie był klub Ad Lib, w którym spotykała się kulturalna śmietanka towarzyska. Nikt więcej ciasną windą na czwarte piętro wjechać nie mógł. Lubili tam przesiadywać Bailey, księżniczka Małgorzata, Stonesi, Nuriejew, Beatlesi.

Pewnej nocy do Baileya podszedł John Lennon. To był początek Beatlesów, ale czwórka z Liverpoolu już była znana. „Chyba nam się udało. Stoję tu, na dachu Ad Lib, paląc jointa z Bailey’em” – rzucił John. „Dużo pracujesz?”, miał zapytać. Na co Bailey odpowiedział: „Osiem dni w tygodniu”. Czy jest to właśnie to słynne beatlesowskie „Eight days a week”? Nie wie tego nawet Bailey. „Nie przyjaźniłem się specjalnie z Johnem, ale ze wszystkich Beatlesów, tylko jego lubiłem” – potwierdza fotograf.

Bailey lubił za to Romana Polańskiego, który często w tym czasie odwiedzał Londyn. Podziwiał filmy Polaka, jego styl bycia „jakby jutra miało nie być”. I jego gust.

Jean właśnie rzuciła Bailey’a i wyjechała do Stanów, gdzie coraz częściej stawała przed aparatem Richarda Avedona. Złamała serce Davidowi, choć do dziś uparcie podkreśla, że Jean Shrimpton była jedną z trzech miłości jego życia. Do tego grona nie należy za to jego kolejna żona, którą poznał przez Polańskiego – Catherine Deneuve. „Była w porządku” – rzuca.

Catherine po raz pierwszy poznał w Ad Lib właśnie. Roman Polański kończył montować „Wstręt” z Deneuve. Reżyser szepnął wtedy do fotografa: „Jesteście dla siebie stworzeni”. Na co Bailey odpowiedział, że nie za bardzo, bo po pierwsze jest za niska, a po drugie ma zbyt kobiece kształty. Bailey umawiał się właściwie tylko z kobietami powyżej 175 cm, a Francuzka mierzyła zaledwie 168.

Polański poprosił, żeby Bailey sfotografował Deneuve dla „Playboya” w ramach promocji „Wstrętu”. Aktorka miała decydujący głos przy ostatecznym wyborze ujęć. Wtedy okazało się, że łączy ich podobne poczucie humoru. Nie minął miesiąc, jak się pobrali. Świadkiem w urzędzie na King’s Cross był Mick Jagger. Świadkową siostra Catherine – Françoise Dorléac, również aktorka, której karierę i życie przerwał  dwa lata później tragiczny wypadek.

Małżonkowie żyli na walizkach, raz w Paryżu, innym razem w Londynie. To Bailey poznał Catherine z młodym, ale diabelnie zdolnym projektantem, Yves’em Saint Laurentem. Od tego momentu Deneuve mocno związała się z tym domem mody.

Małżeństwo trwało trzy lata. Wszystko posypało się po śmierci siostry Catherine. Przyjaźnili się, ale żar wygasł. Widywali się rzadko. Finalnie rozwód wzięli dopiero w 1972 roku. Catherine zadzwoniła do Bailey’a i powiedziała: „I już, po wszystkim. Teraz możemy być kochankami”. Do dziś Deneuve, jak twierdzi, trzyma w szafie jeansy Bailey’a, które czasami od niego pożyczała. A na kominku jego zdjęcie, jako małego chłopca. Jedyne za czym nie tęskni to 60 papug, które zamieszkiwały parter w londyńskim domu fotografa, w Primose Hill.

Powrót na East End

Bailey nigdy nie wypierał się swoich korzeni. Przeciwnie, pielęgnował w sobie łobuza z East Endu przez wiele lat i robi to do dziś. To ten urok urwisa wciąż przyciąga do niego ludzi, również z East Endu. Bailey wiele razy fotografował braci Kray, którzy żyli nie tylko z hazardu, ściągania długów i prowadzenia baru, ale również posiadali modne miejsca w Londynie, w których bawiły się gwiazdy. Najsłynniejsi londyńscy gangsterzy lubili się ogrzewać w ich blasku. Poza tym, że bez mrugnięcia okiem podrzynali gardła, byli bardzo uprzejmi.

Bailey jednak stara się ich zrozumieć – powojenny East End lat 50. i 60. był miejscem, w którym panowała potworna bieda. „Ciężko więc krytykować ludzi, jeśli się tego nie doświadczyło. Dla mieszkańców tej dzielnicy nie było wielu opcji na zmianę życia”, konkluduje.

Bailey sfotografował bliźniaków do „The Sunday Times Magazine”, do boksu pocztówek najważniejszych postaci lat 60., a że zdjęcia zachwyciły braci, Reggie poprosił Bailey’a, by uwiecznił na kliszy jego ślub z Frances Shea. To była tzw. oferta nie do odrzucenia. Zupełnie jak w powieści Mario Puzo „Ojciec chrzestny”.   

Gdy przygotowywał materiał do „The Sunday Times’a”, nikt nie chciał mu asystować. Wszyscy bali się bliźniaków. Z Reggie’em dało się dogadać. To na Rona trzeba było uważać. Był nieobliczalny, należało więc ustępować mu z drogi, jeśli nie chciało się zostać pozbawionym życia w ciągu kilku sekund. Bary należące do braci Kray, albo te, w których lubili przebywać, miały swoje zasady – kobiety mogły siedzieć na górze, mężczyźni zawsze na dole. Miało to zapobiegać bójkom…

W czerni i bieli

„Uwielbiam czerń i biel. Czerń i biel to kolory fotografii. To kolory snów. 80% ludzi śni właśnie w czerni i bieli”. To charakterystyczna część pracy Baileya – kontrast i piękna czerń rozpychająca się w bielach. Głównie w portretach, bo przecież modę lubił też pokazywać w żywych barwach. Choć w jego modowych fotografiach, jak twierdzi, wcale nie chodziło o ubrania.

„To nie ubrania sprawiają, że zdjęcia modowe są tak dobre, ale to, co można wydobyć z modelki. Jeśli modelce nie podobał się strój, mówiłem: nie powinniśmy tego robić. Ale jeśli modelka dobrze czuła się w stylizacji, oznaczało to, że połowa pracy była już za mną”.

Pod koniec lat 70. Bailey’a znudziła fotografia mody. Coraz częściej wybierał się w dalekie wyprawy, fotografował plemiona żyjące wzdłuż Amazonki, chętnie podróżował po Afryce. „W latach 60. i 70. mogłem spokojnie wybrać się do różnych miejsc, zanim zostały zrujnowane, zanim na małej powierzchni pojawiało się sześćdziesięciu Włochów lub Niemców robiących zdjęcia iPhonem. iPhone wypchnął mnie z rynku!”, narzeka. 

Lennon Gallagher, syn Liama Gallaghera i Patsy Kensit, w najnowszej kampanii kolekcji Zara Men. Zdjęcie autorstwa Davida Baileya. Fot: materiały prasowe Zara

W 1976 roku założył z Davidem Litchfieldem magazyn „Ritz” – dwutygodnik w formacie gazety, pokazujący nowe talenty fotograficzne, z wywiadami z największymi osobistościami popkultury. „To  miała być mieszanka »Interview« Warhola z »Rolling Stone’em«, z wywiadami, newsami i plotkami”. Korzystali też z pomocy paparazzi – właściwie od „Ritza” w Wielkiej Brytanii rozpoczął się ich biznes na taką skalę.

Na przekór

Bailey jest przekorny. Z wiekiem chyba jeszcze bardziej, lubi badać wytrzymałość dziennikarzy pierwszymi kilkoma odpowiedziami, zazwyczaj mało uroczymi. To samo robił jako młodzieniec. Gdy zaproponowano mu kampanię Chanel, rzucił, że nienawidzi pracować z Coco, bo wybiera ona tylko „stare” (np. 25-letnie) modelki. Nie wypadało jednak z góry odmówić, więc wymyślił sabotaż – zdjęcia wyszły nieostre. „Olać to, wysyłam” – rzucił. Chanel oniemiała. Zakochała się w nowatorstwie Bailey’a. Cóż, w taki sposób sabotaż zmienił się w hit. Nie tak przecież miało być.

Poświęcenie modzie miało swój kres, bo po prostu znudziło Davida. Dla mody zrobił wszystko. W latach 80. zaczął brać udział w projektach charytatywnych. Jednym z nich – i jak twierdzi najtrudniejszym w jego karierze – była podróż na granicę Sudanu i Etiopii w 1984 roku, w ramach programu Boba Geldofa, Band Aid. Na granicy i w obozach dla uchodźców fotografował umierające z głodu dzieci. Zdjęcia miały trafić do albumu „Imagine”, którego sprzedaż zasiliła konta fundacji działającej na rzecz potrzebujących w Afryce. Do stolicy Sudanu – Chartumu – dostał się prywatnym samolotem saudyjskiego biznesmena i… handlarza bronią, Adnana Khashoggi’ego.

„Dzieci umierały. Pielęgniarki nadawały im przezwiska. Jednym z nich był E.T. Sfotografowałem go rano. Pod wieczór wróciłem sprawdzić jak się ma. Już nie żył. To działo się przez cały czas. Nie jesteś sobie w stanie tego wyobrazić, dopóki nie doświadczysz tego na własnej skórze. (…) Muchy, ludzie całkowicie pokryci muchami; smród śmierci. (…) I nic nie możesz z tym zrobić. Nie polepszysz ich stanu. Do czego jedynie możesz się przydać? Zrobić im zdjęcie i pokazać je światu, choć nigdy nie uchwycisz tego straszliwego smrodu i much. Byłem tam tydzień i ani na chwilę nie odłożyłem aparatu. Trzeba zacząć natychmiast po przyjeździe, bo po dwóch dniach przyzwyczajasz się do widoku” – pisze Bailey w swojej autobiografii.

Po powrocie z Sudanu, Bailey związany z modelką Catherine Dyer oczekującą ich pierwszego wspólnego dziecka, był straumatyzowany. Tym bardziej, że jego partnerka była w ciąży zagrożonej, a Bailey przez cały czas w głowie miał obraz umierających z głodu dzieci. Finalnie Paloma urodziła się zdrowa, ale Bailey za dziećmi nie przepada. „Dziś są całkiem okej. Ale co by było, gdyby wyrosły na Hitlera lub Mussoliniego?” – pyta.

Wiecznie młody, wciąż sławny 

Lata 80., 90. i początek XXI wieku to dla Bailey’a czas dominacji na rynku reklamowym. Zarobił mnóstwo, choć, jak twierdzi, wszystko wydał na Ferrari i dzieła sztuki. W 1985 roku wyreżyserował kampanię dla Greenpeace – „Dumb Animals”, będącą początkiem głośnego mówienia „nie” przemysłowi futrzarskiemu i ukazującą, że noszenie futer przestało być glamour, a stało się barbarzyńskie i groteskowe. Współpracował z Donaldem Trumpem, American Express, Land Roverem i innymi. Dziś Bailey również maluje. Jego obrazy chwali choćby Julian Schnabel.

Dzieci wyzywa tak, jakby wychowywał je w latach 40. i 50. na East Endzie. „Wcale was nie chciałem” – droczy się z nimi. „Nie mam czasu na dzieci. Jestem zbyt zajęty”. Dzieciaki: Paloma, Fenton i Sascha są do tego przyzwyczajone. Śmieją się. Odpowiadają w podobny sposób. Ojciec wyzywa je, że są psychiczne, gdy mają problemy z połączeniem go z internetem, w bardzo niesprzyjających okolicznościach. „Lubię je, jak grają w szachy”.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez David Bailey (@bailey_studio)

Bailey lubi też królową Elżbietę II. Sfotografował ją w 2014 roku, tuż przed swoją drugą wystawą w National Portrait Gallery. Szeroko się uśmiecha, niemal wybucha śmiechem. Jak mu się to udało? „Powiedziałem jej, że jeśli rzucę coś niestosownego, chciałbym, żeby wiedziała, że mam syndrom Tourette’a”. To ją rozbawiło. Potem zapytał ją czy biżuteria, którą nosi jest prawdziwa. Zawahała się, czy to faktycznie żart, czy też nie?

Bailey żartuje zawsze. Tego nauczył się w dzieciństwie. To tarcza, która zawsze chroniła go przed codziennością i tak mu zostało do dziś. Tak wygląda legenda.

Zamknij
Zamknij