Od lat z mniejszymi lub większymi sukcesami organizacjom charytatywnym udaje się ratować zagrożone gatunki i wymuszać na producentach ubrań odejście od wykorzystywania naturalnych skór i futer. Zdaniem niektórych ekspertów to nie wystarczy, aby wspierać ginące gatunki.

„Lwia część”, czyli tantiemy dla zwierząt

Przez dekady najważniejsze domy mody szyły futra i płaszcze z naturalnych futer. Miękkie włosie zdobiło rękawiczki, buty i torebki. Teraz w oczach wielu miłośników mody jest to co najmniej niestosowne, toteż praktycznie każdego roku dowiadujemy się, że kolejne marki modowe rezygnują z użycia naturalnych futer.

Przyczynkiem tych działań jest nie tylko ukrócenie krwawego biznesu hodowlanego, ale też ocalenie gatunków dzikich zwierząt, które mają nieszczęście posiadać miękkie i miłe dla ludzkiego oka futra. W obliczu gigantycznego niegdyś zainteresowania naturalnymi futrami takie gatunki jak lampart czy ocelot znalazły się na granicy całkowitego wyginięcia.

W ciągu ostatnich kilku dekad wiele organizacji pozarządowych i prywatnych przedsiębiorstw podejmowało szereg działań na rzecz zagrożonych gatunków, które odniosły pozytywny skutek. W ostatnich latach pojawiły się pomysły idące o krok dalej. A gdyby tak branża mody płaciła zwierzętom za prawo do używania wzorów na ich futrach?

Czytaj więcej

„Elle” rezygnuje z futer: znikną ze wszystkich edycji pisma. „Futra są niemodne”

Autorami tej idei są Caroline Good Markides, Dawn Burnham i David W. Macdonal z instytutu badawczego WildCRU na Uniwersytecie Oksfordzkim, zajmującego się między innymi ochroną dzikiej przyrody. W 2017 roku badacze sformułowali swój pomysł w artykule pt. „A Cultural Conscience for Conservation”.

Badacze zaproponowali w nim bardzo ciekawy sposób zbierania funduszy na rzecz zwierząt. Chodzi w nim o to, aby część dochodów ze sprzedaży każdego ubrania, akcesorium czy pary butów ze zwierzęcym printem trafiała na rzecz organizacji zajmujących się ochroną zwierząt. Owa „lwia część” ma być potrącana też od każdego wizerunku zwierzęcia, a nawet utworu, o którym jest mowa o dzikim kocie czy innym zwierzęciu.

Jako poparcie swojego pomysłu badacze wskazują niezwykłą popularność zwierzęcych printów. Gdyby więc odliczać choćby grosz od każdego produktu, można by było z tego uzyskać milionowe kwoty. Z biznesowego punktu widzenia owa część przeznaczona na ochronę zwierząt nie będzie więc aż taka „lwia”.

„Toksyczny” związek mody ze światem zwierząt

Związek ten jest tak długi jak długa jest historia ubierania się w skóry zwierząt. Z czasem ich noszenie stało się sposobem manifestowania statusu społecznego i bogactwa.

Już w starożytnym Egipcie arystokracja chętnie nosiła nie tylko skórę lamparta, ale też ubrania z lnu czy wełny z namalowanym wzorem przypominającym cętki tego drapieżnego kota. Motywy zwierzęce pojawiały się też w epoce nowożytnej – lądowały na jedwabnych sukniach i płaszczach.

Apogeum krwawego związku branży mody z dzikimi zwierzętami przypada na drugą połowę XX wieku. To właśnie wtedy niezwykle modne stało się futro geparda – przede wszystkim za sprawą projektanta mody Olega Cassiniego.

W 1962 roku świat ujrzał Jackie Kennedy w długim płaszczu z lamparciej skóry projektu Cassiniego, który stał się potem dla projektanta wielkim wyrzutem sumienia. Amerykanki oszalały na punkcie lamparciego futra, co już dekadę później poskutkowało umieszczeniem lamparta na liście gatunków zagrożonych i delegalizacją importu skór tego zwierzęcia do USA.

W międzyczasie zwierzęce printy przeszły do mainstreamu, na czym korzystają marki nie tylko z branży modowej. Coraz większa jest też świadomość ekologiczna samych konsumentów. Być może dzięki informacji, że część kwoty, którą wydają na rzecz ze zwierzęcym printem trafia na ochronę zagrożonych gatunków, kupowaliby je tym chętniej.