Uważni obserwatorzy profili popularnych restauracji czy znanych „foodies”, miłośników dobrego jedzenia, zauważyli zapewne, że od pewnego czasu Instagram wygląda nieco inaczej. Publikując swoje zdjęcia, miłośnicy jedzenia coraz mniej przykładają się do tego, aby były perfekcyjne i idealne, niczym z książki kucharskiej czy luksusowego magazynu kulinarnego.

Jedzenie „instagramowe”, czyli jakie?

Wydaje się, że definicja tak zwanych instagramowych zdjęć powoli się zmienia. Jeszcze nie tak dawno na profilach gastronomicznych influencerów i użytkowników aspirujących do tego grona królowały perfekcyjnie wyostrzone, doskonale oświetlone zdjęcia potraw, zrobione pod odpowiednim kątem.

Oczywiście stworzenie idealnej kompozycji z precyzyjnie odmierzoną ilością okruszków, ziaren czy kropelek oliwy zajmowało mnóstw czasu. Jeżeli autor zdjęcia zamierzał zjeść to, co sfotografował, to albo zjadał to na zimno, albo musiał sobie swoją kompozycję odgrzać. O ile miał jeszcze apetyt.

Wszystko to, co robiło się zanim się zasiadło do posiłku, było w zasadzie żmudna, ciężka pracą. Amatorzy fotografii kulinarnej wchodzili w rolę profesjonalistów, bo i efekty ich starań rzeczywiście bywały i bywają imponujące. Mimo to jedzenie na zdjęciu bardziej przypominało produkt, który ma się sprzedać, niż coś, czym należałoby się po prostu cieszyć.

Czytaj więcej

Polak na liście stu najlepszych szefów kuchni na świecie. Już po raz drugi

Od pewnego czasu „jedzeniowa” sfera Instagrama wygląda trochę inaczej. Coraz rzadziej widzimy wymuskane zdjęcia potraw i napojów. Ich miejsce stopniowo zajmują zdjęcia, które są co prawda dalekie od perfekcji, ale z których bije większy autentyzm i pasja ich autora.

Niedopracowane, ale autentyczne

Ludzie już nie silą się na to, żeby robić jedzeniu profesjonalne zdjęcia, dopracowane do granic możliwości. Rośnie grupa pasjonujących się kulinariami użytkowników Instagrama, którzy poświęcają fotografowaniu swoich potraw mniej czasu, uchwytując je takimi, jakie są.

Przygotowując zdjęcie do publikacji, autorzy co najwyżej podkręcają w telefonie kontrast i jasność, rezygnując z filtra. Często też publikują relacje z procesu gotowania, a ten, jak wiadomo, jest bywa bardzo daleko od czystości i porządku.

W efekcie powstaje zdjęcie potrawy, która mówi sama za siebie. Nie oznacza to jednak, że fotografie są byle jakie i odstręczające – wręcz przeciwnie. Uchwycone w dobrym momencie, potrawy wyglądają apetycznie i zachęcająco – jak autentyczne comfort food.

Skąd taki zwrot ku bardziej niedbałym zdjęciom jedzenia? Wydaje się, że ludzie w coraz większym stopniu stawiają właśnie na komfort i autentyzm – w każdej sferze życia. Mamy już chyba dosyć dryfowania w mało autentycznym, przekłamanym świecie Instagramu, gdzie serwis jest już w zasadzie niekończącą się tablicą z reklamami.

Ludzie publikujący zdjęcia ze swoich kulinarnych eksperymentów nie robią z siebie profesjonalistów, którymi w końcu nie są. W swoich postach większy nacisk kładą na dzielenie się samym doświadczeniem gotowania i jedzenia – i pozytywnymi emocjami, jakie się z tym wszystkim wiążą.

Taki sposób robienia zdjęć potrawom i napojom podchwyciły też same restauracje, zwłaszcza te skierowane do nieco młodszego grona gości. Zamiast inwestować czas w urządzanie swojemu menu długich, profesjonalnych sesji zdjęciowych, publikują autentyczne zdjęcia potraw, które nadal wyglądają apetycznie.

W dobie mody na DIY te nieco amatorskie zdjęcia stopniowo przechodzą już więc do sfery komercyjnej. Dla restauracji to całkiem skuteczny sposób na zbliżenie się do swoich odbiorców i wysłanie im sygnału, że odwiedzając lokal, poczują się jak u siebie w domu.