Szukaj

Rafał Reif: „Przyszłością rynku mody są rzeczy używane”

O radykalnych zmianach w branży odzieżowej i używanych ubraniach, które stały się trendem sezonu opowiada Rafał Reif, ekspert branży odzieżowej, szef działu mody i handlu w firmie doradczej Accenture.

Już prawie połowa z nas kupuje – bądź sprzedaje – ubrania z drugiej ręki w internecie. Tak wynika z najnowszych badań Accenture. Powód? Po pierwsze, nigdy nie było to łatwiejsze niż dziś. Rozmaite, coraz to nowe aplikacje, przeznaczone wyłącznie do sprzedaży ubrań i dodatków, pozwalają w błyskawiczny i bezproblemowy sposób zamieszczać oferty – w przeciwieństwie do klasycznych e-molochów, gdzie samo ładowanie zdjęć to zwykle droga przez mękę. Atrakcyjność tych aplikacji, ich wygoda i przejrzystość sprawiają też, że przyciągają one miliony potencjalnych nabywców zawartości naszej szafy.

Po drugie, nowe rzeczy nie ekscytują już nas tak, jak kiedyś. Nie są też nam potrzebne. Powoli uświadamiamy sobie, że ich (nad)produkcja jest zabójcza dla naszej planety. Wszystko to sprawia, że używana moda staje się głównym trendem sezonu, a firmy i e-commerce’y odzieżowe – nie chcąc wypaść z obiegu – zaczynają nią handlować na równi z rzeczami nowymi. Czy ten trend utrzyma się na dłużej, stając elementem nowej rzeczywistości? O tym rozmawiam z Rafałem Reifem z firmy Accenture.

Szaleństwo na punkcie używanych ubrań w minionym roku jest bezprecedensowy. Zawdzięczamy go pandemii?

Rafał Reif: Jak najbardziej. W maju zadaliśmy ankietowanym pytanie o platformy odsprzedażowe po raz pierwszy. Wcześniej nie były one tak popularne. Mimo że poprzednie nasze badania wskazywały, że każdy nosi niewiele ponad połowę rzeczy regularnie, to jednak dopiero w czasie pierwszego lockdownu zrobiliśmy porządki w szafach i postanowiliśmy pozbyć się tego, co niepotrzebne. 

Czytaj też: Rok 2020 się kończy. W jakim stanie przetrwał go rynek mody?

To napędziło popularność platformom odsprzedażowym, takim jak Vinted, komisom fizycznym czy internetowym. 

Zwłaszcza wśród Generacji Z; korzysta z nich 62 procent młodych ludzi. Wśród Baby Boomers, czyli tych powyżej 55 lat, ten wskaźnik sięga jednak ledwie 20 procent.

Bariera technologiczna?

Też. Ale i niechęć do noszenia używanych ubrań. W raporcie pytaliśmy, co powstrzymują Polaków przed korzystaniem z aplikacji, wskazało ją aż 31 procent pytanych. U młodych ta niechęć jest znacznie mniejsza. 

Co, swoją drogą, dobrze wróży przyszłości tego rynku. 

Chyba że gdy dorosną, też stwierdzą, że nie chcą nosić ubrań po kimś. 

Pobieżne obserwacje sugerowałyby, że to przede wszystkim emeryci chodzą po lumpeksach.

Bo to też prawda. Każda z grup ma inną motywację. Młodzi przede wszystkim szukają tam ubrań ciekawych, oryginalnych, których nie ma w zwykłych sklepach. To element budowania stylu. 

Jak konkretnie go tworzą?

Szukają grafik czy motywów sprzed kilku lat, trochę vintage, trochę klasyków dobrej jakości. To amerykańskie kultowe marki jak Champion, Levi’s, Fila, coś Ralpha Laurena z misiem, Tommy Hilfiger… 

Starsi zaś odwiedzają lumpeksy, bo nie stać ich na nowe rzeczy?

Czynnik ekonomiczny dotyczy akurat obu grup: i młodzi, i emeryci kupują używane, bo tak taniej. I lepszej jakości, choć ona się obniża. Jest jednak i trzeci powód odwiedzania lumpeksów.

Rafał Reif
Rafał Reif. Fot: archiwum prywatne

Chęć bycia eko?

Właśnie. Ta grupa, póki co, nadal jest najmniejsza. Ale bardzo z tego kupowania w second handach z przyczyn ekologicznych jest dumna. 

Kupowanie używanych ubrań oznacza, że kupujemy mniej nowych?

Niestety, niekoniecznie. Warto by sprawdzić, czy kupujemy więcej używanych rzeczy kosztem nowych, czy kupujemy je dodatkowo.

Na świecie liczba sprzedawanych ubrań do 2019 roku rosła przecież co roku bez względu na coraz większą popularność mody z drugiej ręki.

Szacuje się jednak, że w samych tylko Stanach Zjednoczonych w ciągu pięciu lat rynek odsprzedaży ubrań (tzw. resale) skoczy z 7 mld do 36 mld dolarów wg prognozy ThredUp (amerykańskiej platformy resale).

Czytaj też: Vintage – z czego wynika fenomen mody z „drugiej ręki”?

Ten wzrost zainteresowania używanymi ubraniami to tylko efekt przewietrzania szaf i troski o środowisko naturalne?

Nie tylko. Mamy też po prostu coraz więcej możliwości robienia tego typu zakupów. 

Niezwykle popularne ostatnio Vinted?

Tak, ale i wszelkie komisy fizyczne i wirtualne, także w segmencie luksusowym, by wspomnieć choćby o amerykańskim the theRealReal, który ma też salony stacjonarne. A do tego nowość – producenci ubrań dający możliwości odsprzedaży swoich towarów.  Taki model wprowadziły między innymi Zalando i COS. 

Można sprzedać im własne używane ubrania i kupić inne, także używane. Tymczasem firmy żyją ze sprzedaży nowych rzeczy. Gdzie tu sens i gdzie zarobek?

Firmy nie mogą dłużej działać po staremu; muszą spełniać oczekiwania konsumentów. Coraz więcej jest hejtu w social mediach na firmy ignorujące nowe tendencje na rynku, zwłaszcza te proekologiczne. A drugi obieg ubrań przecież ogranicza wyrzucanie ich na wysypiska, gdzie – jeśli są wykonane choćby z poliestru – nigdy nie ulegną biodegradacji. 

Poza tym dla firm każdy kontakt z klientem, który kupi używany produkt, jest cenny, bo może przy okazji kupi on kilka rzeczy nowych, jeśli będą dostępne w podobny sposób to sposób na podtrzymanie relacji.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez thredUP (@thredup)

A to już mało ekologiczne.

Z czasem pojawią się stosowne rozwiązania prawne. We Francji już teraz wprowadzono zakaz niszczenia ubrań, to pierwszy kraj, w którym niesprzedane rzeczy nie mogą o tak wylądować w ziemi czy w piecu, tylko trzeba je na przykład przekazać odpowiednim organizacjom. To rozwiązanie mogą przyjąć kolejne kraje. Przedstawiciel fundacji Ellen McArthur, z którym rozmawiałem, spekuluje, że możemy w niedalekiej przyszłości spodziewać się podobnych wytycznych w Unii Europejskiej.  

Na razie posłowie brytyjscy odrzucili półtora roku temu projekt, by tanią modę obłożyć podatkiem wynoszącym jeden pens, tj. mniej niż pięć groszy.

W obecnej sytuacji półtora roku to już zamierzchłe czasy. Druga możliwa regulacja to wprowadzenie coś w rodzaju extended producer responsibility, czyli dosłownie rozszerzona odpowiedzialność producenta, który nie będzie mógł umyć rąk od swojego wyrobu z chwilą jego sprzedaży. Tak jak dzieje się to na rynku AGD. Możliwe, że regulatorzy – choćby rządy –  zaczną oczekiwać od branży dokładania się finansowego do recyklingu. Albo zostaną zobowiązane do naprawy. Bo jeśli dziś w kurtce urwie mi się guzik, to szukam podobnego po pasmanteriach. Może powinno być to zadanie dla firmy, która tę kurtkę mi sprzedała?

Czytaj też: Fenomen: w pandemii kupujemy używane pierścionki zaręczynowe

W Chanel takie dodatki archiwizują; prowadzą dokumentację haute couture i trzymają na wszelki wypadek właśnie tego typu drobiazgi. Tanim markom to jednak się nie opłaca. 

Tak jest dzisiaj, ale nie jest powiedziane, że się nie zmieni. Marka Nudie Jeans, dla przykładu, dysponuje odpowiednim zapleczem, ma usługę napraw. 

To ma sens wtedy, gdy jest co naprawiać. Tymczasem ubrania, które kupujemy często, są tak tanie i złej jakości, że lepiej i taniej kupić nowe.

Oczywiście. W pewnym momencie firmy mogą jednak zostać zobligowane do sprzedaży rzeczy lepszych i trwalszych.

Także przez klientów, którzy mają dziś wiekszą niż kiedykolwiek łatwość piętnowania firm i czynią to z coraz większą siłą. Coraz więcej osób też wie o grzechach mody, zwłaszcza z pokolenia Z. Nie możesz ich ignorować, bo zbankrutujesz. 

Zwłaszcza że moda ma dziś kiepski PR. 

Otóż to. Liczba negatywnych o niej opinii w sieci – nie zawsze sprawiedliwych – jest dojmująca.

Firmy mają dwie możliwości – wejść w dialog i zacząć coś u siebie zmieniać, albo ignorować te opinie. Wówczas jednak oddają kształtowanie wizerunku ich adwersarzom. Którzy pokażą je wyłącznie w negatywnym świetle.

Jeśli nie zaczniesz edukować konsumentów w zakresie ekologii, to hejt będzie się rozlewał, a ty będąc właścicielem czy szefem firmy – prędzej czy później będziesz musiał się z nim zmierzyć.

Rozumiem, że na to, by firmy zrobiły coś same z siebie, nie mamy co liczyć?

Przeciwnie. Branża ta w czasie pandemii odczuła problem w działającym do niedawna modelu. A raczej szereg problemów. Ludzie odcięci od możliwości stacjonarnych zakupów, łańcuch dostaw sięgający nawet 18 miesięcy, plany sprzedaży zawsze zbyt optymistyczne, systematycznie spadające – z wyjątkiem, segmentu luksusowego  marże brutto przy coraz wyższych kosztach…

Wszystko, o czym mówimy, sprowadza się właściwie do jednego: przyszłość branży mody to lepsza jakość i wyższe ceny.

Patrząc perspektywicznie, tylko taka moda będzie się opłacać i spełniać oczekiwania. 

Tylko jak wytłumaczyć to nam, przyzwyczajonym do kupowania tanio?

Przeszliśmy już trochę edukację w zakresie kosmetyków i wiemy, czym są parabeny. Dowiedzieliśmy się już co nieco o chemii w żywności, za chwilę będziemy więc zwracać uwagę na skład chemiczny w ubraniach i na certyfikaty, co zmusi firmy do przystąpienia do rozmaitych organizacji, wdrożenia standardów. Ich spełnianie pociągnie też za sobą wyższe wynagrodzenia dla pracowników w Azji. Podobnie jak wdrożenie extended producers responsibility. To także wpłynie na cenę ubrań, siłą rzeczy ubrania bedą musiały więc zdrożeć. I my się z tym pogodzimy.

Kiedy?

To nie nastąpi szybko, ale ten rok pokazał, że kilka kroków wykonaliśmy. Także w Polsce, gdzie liderzy każdego z segmentów rynku – od najdroższego po najtańszy – wprowadzają już rozwiązania w zakresie etycznej, zrównoważonej mody. Myślę też, że coraz więcej zwolenników zdobywać będzie idea cost per wear. 

Czyli obliczymy, ile kosztuje nas jednorazowe wyjście w danym ubraniu. Im będą one trwalsze, tym dłużej będziemy je nosić, a więc de facto mniej będą nas kosztować.

To rozsądne. Mój dziadek mówił, że biednego nie stać na tanie buty. Kiedyś wiedziano, że gdy szewc zrobi buty, to będzie je nosiło się kilkanaście lat; dbałeś o nie jak o dobro trwałe, powiedzmy jak o meble. Dziś co roku zmieniamy tapetę, szklanki, co chwila nowe wyposażenie i kolejny remont. Czasami dresy wypierzemy trzy razy i wyrzucamy. Może wreszcie coś się zmieni? 

Na poziomie deklaracji Polacy zapewniają, że chcą kupować lepszą jakość. 

Czy tak będzie – zobaczymy przy kasach. Może dobrą podpowiedzią podczas zakupów będą dotychczasowe doświadczenia ze sprzedażą naszych używanych ubrań? Skoro nie udało nam się sprzedać tego, co wcześniej sami kupiliśmy i nosiliśmy, to może jest to po prostu nic nie warte? Może dzięki platformom odsprzedażowym i wszelkim komisom przyjdzie refleksja i pójdziemy w jakość, bo ją zawsze da się odsprzedać? 

Ludzie wyciągną wnioski ze swoich wcześniejszych zakupów i nauczą się kupować mądrzej?

Mam taką nadzieję. 

Zamknij
Zamknij