Tekst ukazał się pierwotnie w papierowym wydaniu magazynu „Sukces”, dodatku dla prenumeratorów dziennika „Rzeczpospolita”.

Zmarły w ubiegłym roku (realizację paryskiego projektu pośmiertnie nadzorował jego bratanek) twórca o bułgarskim rodowodzie przez kilkadziesiąt lat prezentował światu sztukę lekką, łatwą i przyjemną, zwykle polegającą na opakowywaniu rozmaitych obiektów. Ku niezmiennemu zachwytowi publiczności. Sława i uwielbienie dla Christo są związane z dostępnością jego twórczości, zaliczanej do land artu, tj. sztuki ziemi. Nie- potrzebne były bilety, nie trzeba było stać w kolejce do wejścia; wystarczyło przybyć na miejsce.

Urodzony w 1935 roku w Gabrowie jako Christo Władimirow Jawaczew, syn chemika i sekretarki w sofijskiej ASP, po czterech latach nauki na uczelni swojej matki wyjechał do Pragi. Rozsmakowany w relatywnej – porównując z Bułgarią – wolności, zamarzył o Paryżu.

1962 rok. Christo w Paryżu.

1962 rok. Christo w Paryżu.

Jeanne-Claude. 2021 Christo and Jeanne-Claude Foundation

Przerażony stłumieniem powstania w Budapeszcie w 1956 roku, straciwszy nadzieję na demokrację w krajach bloku wschodniego, przekupił pracownika czechosłowackich kolei i – ukrywszy się w wagonie towarowym – uciekł do Francji w 1957 roku przez Wiedeń i Genewę. W Paryżu klepał biedę, jak to artysta i emigrant. Miasto jednak miało wówczas bardziej ludzką twarz i Christa stać było na wynajęcie garsoniery, z której mógł oglądać Łuk Triumfalny. To wtedy wpadł na pomysł, by go opakować.

Czytaj więcej

Fot: Leon Keer
Niezwykły widok: dom we Francji „zapakowany” jak prezent

Po blisko sześciu dekadach dopiął swego. Ustanowiony przez Napoleona obiekt, powstały w latach 1806-1836, owinął 25 tys. metrów kwadratowych polipropylenu w kolorze dachów miasta i związał ponad trzema kilometrami sznura. Prace opóźniły dwa sokoły, które uwiły gniazdo na górze budowli, wsparte przez francuską Ligę Ochrony Ptaków, następnie – koronawirus. Gdyby nie to Christo zdążyłby pewnie przemówić na inauguracji własnego dzieła.

Zamiast tego parę ciepłych słów wypowiedział prezydent Emmanuel Macron, wzruszony faktem, że „nawet najbardziej szalone marzenia naprawdę mogą się spełniać”. Wtórowała mu Roselyne Bachelot, minister kultury, poetyzując, że Christo „jednocześnie zabrał Łuk sprzed oczu paryżan i podarował im go na nowo, eksponując jeszcze wyraźniej”.

Christo i Jeanne-Claude: żyli razem, tworzyli razem

Skąd w ogóle pomysł, by opakowywać zabytek? To obsesja Christa jeszcze z młodych lat i wyróżnik jego twórczości. Na początku opakowywał to, co akurat miał pod ręką – puszki po farbie czy kieliszki. Przyklejał do nich piasek, malował na połysk, ozdabiał.

Wkrótce jednak uznał, że da opakowaniu i owiniętemu weń przedmiotowi „oddychać”. I tak oddychały telefony, gazety, stoły, fotele, buty, wózki dziecięce, motorynki. Jak u rasowego fetyszysty, do czego sam się zresztą przyznawał.

Pasję współdzielił ze swoją żoną Jeanne-Claude. Poznał ją krótko po przyjeździe do Paryża, gdzie początkowo zarabiał jako uliczny malarz. Trafiła mu się fucha sportretowania generałowej Denat de Guillebon. Zaproszony do château arystokratki przy okazji poznał jej córkę. Mimo że zaręczona – ślub nawet się odbył, tyle że małżeństwo przetrwało ledwie trzy tygodnie – Jeanne-Claude błyskawicznie związała się z artystą i zaszła w ciążę, której owocem jest jedyny syn pary Cyryl. Jeanne-Claude była urodzona w tym samym dniu i roku co Christo, co przez kolejne dekady dodawało parze romantycznej aury. Rozumieli się także na płaszczyźnie zawodowej; na tyle, że Jeanne-Claude należy uważać za równorzędną współautorkę dzieł, a „Christo” za duet. „Sam jedynie rysuję”, mawiał artysta.

Rok 2004, Christo i Jeanne-Claude.

Rok 2004, Christo i Jeanne-Claude.

Wolfgang Volz 2004 Christo and Jeanne-Claude Foundation

Żyli razem, tworzyli razem. To samo jedli – namiętnie czosnek, ze względu na jego zdrowotne właściwości – to samo nosili – niemal wyłącznie ubrania od Isseya Miyake. Jedynie podróżowali oddzielnie, tak by w razie katastrofy ocalona połowa duetu mogła kontynuować dzieło. Dwoma samolotami przylecieli też do Warszawy; Muzeum Narodowe w 1998 r. poświęciło im specjalną wystawę.

Architekturę zaczęli opakowywać w drugiej połowie lat 60., na przykład galerię Kunsthalle w szwajcarskim Bernie. Wyzwaniem stały się jednak obiekty, na których opakowanie potrzeba było dziesiątek zgód, umów, porozumień – te prestiżowe, o znacznie większym znaczeniu niż jakaś instytucja kultury. I nie tylko te architektoniczne.

To tylko sztuka

Lista miejsc opakowanych przez małżeństwo, podobnie jak i droga, jaką przeszli, by to zrealizować, jest imponująca. Przypomnijmy tylko te najbardziej nieoczywiste. W 1976 r. przeciągnęli przez kalifornijskie pola 39-kilometrowy tekstylny płot.

Jak podał „The Week”, mimo osobnych negocjacji dziewięciu prawników z 59 rolnikami – właścicielami farm – duet i tak musiał zapłacić im odszkodowanie za brak odpowiednich pozwoleń na ustawienie dzieła. W „The Washington Post” Christo wspominał, że w trakcie 18 przesłuchań w sądzie – a tyle mu zajęło, by uzyskać zgodę – wypytywany był, czy szpieguje na rzecz ZSRR albo czy reprezentuje jakiegoś dewelopera. Nikomu nie przychodziło do głowy, że to „tylko” sztuka.

W 1983 r. 11 wysp zatoki Biscayne w Miami Christo ozdobił różowymi „sukienkami” z polipropylenu. Dzieło powstawało trzy lata; tyleż trwały przepychanki z działaczami na rzecz natury, przerwane w końcu przez sąd federalny.

Niemal 26 lat Christo walczył z kolei z mieszkańcami Nowego Jorku, w którym na stałe osiadł z żoną już w 1964 r., a także z liderami społeczności, działaczami proekologicznymi i zarządcami Central Parku, zanim w ramach projektu „Bramy” z 2005 r. obsadził go 7,5 tysiącami pomarańczowych winylowych bramek. Para, która wg „New York” w samym tylko 1980 r. wystąpiła przed miejskimi oficjelami z 41 różnymi prezentacjami, musiała zredukować swój zamysł. Pierwotnie bowiem liczyła na ustawienie dwukrotnej liczby bram, w dodatku ze stali.

Ich dzieła trwają zwykle dwa tygodnie, później są demontowane. Choć bywa, że prędzej wyręcza ich w tym natura, jak było to w przypadku 19 tysięcy metrów kwadratowych tkaniny maskującej rozwieszonej w 1972 r. między dwiema górami w Kanionie Kolorado, którą po ledwie dobie zdmuchnął wiatr. „Większej odwagi wymaga stworzenie czegoś, co zaraz zniknie, niż rzeczy, które pozostaną”, mawiał Christo. A czemu tak krótko? By nie tracić czasu na konserwację, bo w przypadku budynków na dłuższy termin nie zgodziliby się ich użytkownicy.

Ekologicznie nieroztropne

Najbardziej znanym osiągnięciem duetu pozostaje opakowanie berlińskiego Reichstagu. Jawaczew zabiegał o to u niemieckich władz przez dwie dekady. Znajdujący się wówczas na ziemi niczyjej budynek Christo – jako uchodźca – uznał za ważny symbol relacji Wschodu i Zachodu. Sprawa nie wydawała się ambitnemu artyście beznadziejna – wstawił się za nim sam Willy Brandt, były kanclerz, legenda pojednania. Brandt odwiedził nawet nowojorskie biuro Christo i personalnie zapewnił o swoim oddaniu sprawie. Zmarły w 1992 roku nie doczekał spełnienia ich wspólnych marzeń.

Opakowany Łuk Triumfalny.

Opakowany Łuk Triumfalny.

Benjamin Loyseau 2021 Christo and Jeanne-Claude Foundation

A Christo chodził, chodził, aż je wychodził i w 1995 r. zrealizował. Między 1971 a 1994 r. odwiedził Niemcy 50 razy i osobiście spotkał się łącznie z 350 parlamentarzystami. Reichstag, perorował, nie należy do Helmuta Kohla (ówczesnego kanclerza, który uznał projekt za „kpiny z niemieckiej demokracji”), lecz do 80 milionów Niemców. Uważał, że opakowując gmach 100 tysiącami metrów kwadratowych aluminiowej tkaniny, „odda go narodowi”. W końcu głosami 292 za i 223 przeciw parlamentarzyści na to przystali.

Małżeństwo artystów stało się żywym dowodem na to, że jeśli naprawdę czegoś się pragnie, można to osiągnąć. Klęskę ponieśli ledwie dwa razy. Najpierw przy „Parasolkach” z 1991 r. Podczas realizacji tego projektu, przeprowadzonego jednocześnie w USA i w Japonii, do którego zaangażowano rekordowe 2,5 tysiąca robotników, doszło do dwóch śmiertelnych wypadków.

W Kalifornii, gdzie na polach ustawiono 1790 żółtych, blisko 6-metrowych parasolek (po raz pierwszy od dawna czegoś nie opakowali), parasolka porwana przez wiatr śmiertelnie raniła kobietę. Christo natychmiast nakazał demontaż dzieła; ów w Japonii okazał się jednak śmiertelny również dla robotnika porażonego prądem podczas zdejmowania jednego z 3100 obiektów.

Drugą porażką okazała się próba przykrycia srebrną tkaniną 67-kilometrowego odcinka rzeki Arkansas w południowym Kolorado (początek projektu w 2012 r.). Christo zdążył już wydać 15 milionów dolarów na przygotowania. „Nie mogę realizować projektu, który przyniesie korzyści jego landlordowi”, powiedział jednak kilka lat temu, mając na myśli Donalda Trumpa.

Żałował, bo dzięki tkaninie utworzyłby „psychodeliczny tunel”; ciekawy, jeśli pod nim przepłynąć kajakiem. Pomysł blokowali działacze na rzecz ekologii. Jak zresztą większość inicjatyw Christa. Te bowiem – jeśli myśleć o interesie środowiska naturalnego – były co najmniej nieroztropne.

Problem stanowi nie tylko fauna i flora żyjące na polach, w rzekach czy nad brzegiem mórz, ale i sama materia „opakowań”. Potrzebnych było około 93 tysięcy metrów kwadratowych syntetycznej tkaniny, by przykryć kawałek wybrzeża w Sydney. To już tyle, że w dostawę zaangażowano wojsko. Na wyspy u brzegów Miami poszło tymczasem rekordowe 600 tysięcy metrów kwadratowych tworzywa sztucznego.

Efekciarski i powtarzalny?

Rzekomo ostatnie realizacje były bardziej „eko”. Jednak mimo że niemal wszystkie materiały użyte do owinięcia Łuku Triumfalnego pochodziły z odzysku, to i tak przetworzenie kilkudziesięciu tysięcy metrów syntetyków wymagało energii i zaśmieciło planetę.

Ale pomysłowi opakowania Łuku sprzyjała nawet mer Paryża Anne Hidalgo, ta sama, która zalesia betonowe miasto, zamyka bulwary dla aut i likwiduje dziesiątki tysięcy miejsc parkingowych. Wydawać by się mogło, że będzie opowiadać się za bardziej przyjaznymi naturze projektami niż pakowanie symboli miasta w plastik.

Rok 1995. Reichstag opakowany przez Christo i Jeanne-Claude.

Rok 1995. Reichstag opakowany przez Christo i Jeanne-Claude.

Wolfgang Volz 1995 Christo and Jeanne-Claude Foundation

– Christo jest efektowny w kiepskim stylu. Nie dość, że efekciarski, to jeszcze powtarzalny. Nie ma umiaru ani szacunku do przestrzeni, przyrody. Nie ma refleksji nad użytym materiałem. W czasie katastrofy klimatycznej, kiedy sztuka i design chcą być odpowiedzialne i etyczne, stawiają na minimalizm, sztuka Christo jest uosobieniem nadmiaru. To obciach i megalomania – wyrokuje Joanna Ruszczyk, krytyczka sztuki.

Sama megalomania to jeden z najczęstszych zarzutów wobec Christa. Artystę interesował głównie show. Lokalizacje i waga obiektów zmuszały zarówno ich zarządców, jak i zwykłych odbiorców do nadawania dziełom dodatkowego znaczenia. Trzeba jednak zauważyć, że artyści sami podkreślali, że nie stoi za ich pracami żadna ideologia. Ot, miały nieść radość i być ładne. Sam Christo potrafił przyznać, na przykład w „Sunday Times”, że tworzą rzeczy „niewiarygodnie nieużytkowe i zupełnie niepotrzebne”.

Praca, turyści, biznes

Autora „nieszkodliwych, lubianych przez wszystkich dzieł” Jackson Arn nazwał wręcz Forrestem Gumpem współczesnej sztuki, który większość życia spędził, podlizując się tępawym biurokratom. Zdaniem krytyka małżeństwo Jawaczewów, ciepłe, cierpliwe, ze spokojem przyjmowało wszystkie kolejne odmowy urzędników, wiedziało jednak, kiedy użyć takich słów, jak rodzina czy demokracja, i kiedy swoją twórczość porównać w rozmowach z tęczą albo z liliami wodnymi Moneta. To musiało w pewnym momencie zadziałać. I działało.

Christo z żoną mieli też kilka argumentów racjonalnych. Po pierwsze, dawali pracę. W samym Paryżu żmudną robotę, w tym budowę stalowych klatek zabezpieczających zabytek, na które nałożono tkaninę, wykonało łącznie około 2 tysięcy osób. Po drugie, nie wyciągali ręki po państwowe. Przynajmniej bezpośrednio.

A skąd pieniądze na kosztowne instalacje? Ze sprzedaży rysunków, gadżetów, zdjęć. Muzea i prywatni kolekcjonerzy byli zachwyceni możliwością kupienia szkiców przyszłych dzieł, z których jedno potrafiło osiągnąć cenę nawet 3 milionów dolarów. Byli zatem, Christo z żoną, świetnymi biznesmenami. Po trzecie zaś, miastom czy terenom, na których terenie działali, przysparzali turystów.

Dlatego wartością wielu dzieł Christa – twierdzi choćby „Guardian” – było samo to, że były zbyt duże, by zmieścić się w galeriach, i zbyt drogie, by je posiadać. To twórczej parze zapewniało rozgłos. Poza tym każdy chciał zobaczyć dzieło, które zaraz zniknie. W przypadku Reichstagu „każdy” oznaczało 5 milionów gapiów.

Najprawdopodobniej ostatnim dziełem Christa i Jeanne-Claude będzie mastaba w Abu Zabi, typ egipskiego grobowca w kształcie spłaszczonej piramidy. W 2018 r. Christo, który przeżył żonę o 11 lat, zbudował ją z 7,5 tysięcy kolorowych beczek na jeziorku Serpentine w londyńskim Hyde Parku. Ta w pustynnych Emiratach, kilkudziesięciokrotnie większa, a więc wyższa niż Wielka Piramida w Gizie, będzie pierwszym i jedynym dziełem artysty, które nie zostanie zdemontowane. Szejkanat pragnie przestawić gospodarkę z wydobycia ropy naftowej na turystykę.

Jak zauważył krytyk „New York Timesa”, uwielbienie dla Christo wynika z potrzeby kolektywnego przeżycia. Publiczność dostaje coś, co już zna – choćby piramidę – tylko w nowej, nieskomplikowanej formie. W końcu, jak mawiał sam artysta, nic za nią się nie kryje.