Szukaj

Estetyczne (kontr)ewolucje

New York Sunday News

Niegdyś poprawianie urody było niedostępne z powodu bariery cenowej i strachu przed bólem, ryzykowne ze względu na brak doświadczenia lekarzy,  dobrych preparatów i technologii. Dziś wizyty w klinikach medycyny estetycznej traktowane są na równi z kontrolami stomatologicznymi. W pewnych środowiskach wręcz wypada “coś sobie zrobić”, by wyglądać zdrowo.

– Im dalej na południe, tym bardziej ludzie o siebie dbają. W porównaniu do Norwegów jesteśmy więc do przodu, ale do Azji, a zwłaszcza Korei Południowej mamy jeszcze daleko – ocenia polski rynek beauty dr Marek Wasiluk, lekarz medycyny estetycznej, który od kilkunastu lat prowadzi Klinikę Zdrowia Triclinium.

Dzięki temu może ocenić, jak zmieniało się podejście Polaków do poprawiania urody. – Mamy już za sobą okres dominacji chirurgii plastycznej. Skalpel używany jest dziś głównie do rekonstrukcji czy korekcji powypadkowej, biustu, pośladków, nosów, uszu, ewentualnie plastyki brzucha. Od czasu, kiedy zrozumieliśmy, na czym polega proces starzenia, możemy mu skutecznie przeciwdziałać. Służy temu właśnie przeciwstarzeniowa medycyna estetyczna – wyjaśnia.

Bolesne początki

Kult piękna i wiążące się z nim pragnienie udoskonalenia ciała nie pojawiły się nagle w XX wieku. Pierwszy traktat o medycynie plastycznej przypisuje się Sushrutarze Samhitowi, indyjskiemu ojcu medycyny, żyjącym w 7-6 w.p.n.e. Od starożytności do czasów nowożytnych próby ingerencji w urodę podejmowano wiele razy. Raczej z marnym skutkiem, nierzadko śmiertelnym, co nie dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę prawdopodobieństwo zakażenia i brak znieczulenia.
Na rozwój tej dziedziny medycyny trzeba było czekać aż do XIX i XX w.. Okaleczone i oszpecone ofiary dwóch Wojen Światowych wymagały pomocy specjalistów, którzy mogli na nich testować nowe techniki operacyjne. To, jak biegli stali się w swoim fachu chirurdzy widać na zdjęciach hollywoodzkich gwiazd, takich jak Marilyn Monroe, Marlena Dietrich, Burt Lancaster czy Joan Crawford.

Marlena Dietrich w Los Angeles, 1939 r., fot. CPKMCM

Zmiana ustroju, wpływ Zachodu i rozwój biznesu spowodowały wzrost popytu na tego typu usługi nad Wisłą. Jak wynika z danych Polskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej, Rekonstrukcyjnej i Estetycznej w 1981 roku Sekcja Chirurgii Plastycznej i Rekonstrukcyjnej Polskiego Towarzystwa Chirurgów Polskich liczyła 29 członków zwyczajnych – specjalistów chirurgii plastycznej. Trzy dekady później, w  2012 roku, samych specjalistów  chirurgii plastycznej było ponad stu sześćdziesięciu.

Laser frakcyjny fot. Triclinum

Wyścig z czasem

Według danych ISAPS, międzynarodowego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej, największym zainteresowaniem pacjentów cieszą się zabiegi powiększania piersi i liposukcja (odsysanie tłuszczu). Z roku na rok rośnie liczba pacjentów, którzy zdecydowali się podjąć ryzyko związane z tymi operacjami, by zyskać na atrakcyjności. Dużo szybciej jednak przybywa zwolenników niechirurgicznych procedur poprawiania urody. Hitem 2018 roku były ostrzyki toksyną butulionową (botoks) i kwasem hialuronowym. Statystyki te nie robią wrażenia na właścicielu Triclinum – Pacjenci zrozumieli, że ingerencja ze skalpelem, to ostateczność. Lifting, czyli naciąganie skóry, nie rozwiązuje problemu wiotczenia skóry pojawiającego się wraz z upływem lat. Nie wygląda też naturalnie. Może to rozwiązanie dla siedemdziesięciolatki, która chce sobie odjąć nieco lat, ale nie dla osób w wieku czterdzieści plus – tłumaczy – Natomiast stosowana regularnie i umiejętnie medycyna estetyczna, w postaci wypełniaczy i toksyny botulinowej w odpowiedniej ilości może odwlec moment, w którym konieczny będzie zabieg chirurgiczny i to o kilkadziesiąt lat. Co więcej – jest znacznie tańsza, bezpieczniejsza, a przez to łatwiej dostępna – wyjaśnia specjalista.

Usta jak u lali

– Polacy boją się operacji. Unikają znieczulenia ogólnego. Poza tym nie jesteśmy tak bogatym krajem, by pozwolić sobie na operacje plastyczne tak często, jak to się robi na Zachodzie. Zamiast wydawać 10-15 tys. złotych na jeden zabieg chirurgiczny, wolimy stopniowe wydatki, po 1-2 tys. złotych w gabinetach medycyny estetycznej, co jakiś czas. I to słuszny kierunek, bo koszty się rozkładają, jest bezpieczniej, mniej inwazyjnie, zmiany nie są tak drastyczne. – potwierdza Karolina Martin, właścicielka sieci klinik kosmetologii i medycyny estetycznej – SC Beauty Clinic. Jak dodaje to, jak bardzo chcemy ingerować w urodę, zależy od miejsca zamieszkania.

– Pod tym względem Polska wyraźnie dzieli się  na dwie połowy. Mieszkańcy wschodniej części kraju chcą zupełnie gładkiej twarzy, pozbycia się wszystkich zmarszczek. Natomiast na zachodzie ważny jest umiar: chcą wyglądać młodo i estetycznie, a nie na tzw. “blaszkę”.

Oczekiwania co do efektów pracy specjalistów od plastyki i medycyny estetycznej  zależą też od wieku ich klientów. – Pacjenci są coraz młodsi. Teraz przychodzą do nas nawet studentki, które z pomocą  botoksu chcą poprawić usta, bruzdy nosowe. Skóra ma być gładka, wargi symetryczne, bez kurzych łapek, nawet tych charakterystycznych dla uśmiechu.

Wiek ma swoje prawa

Inne oczekiwania mają trzydziestopięciolatkowie. – Na plastykę decydują się, jeśli coś naprawdę im nie pasuje, tak jak odstające uszy czy okropny nos. Bo to może zaważyć na ich dalszej karierze. Zwykle wybierają zabiegi ujędrniające i odmładzające, które są już dla nich częścią higieny osobistej. Skupiają się przede wszystkim na czole, skórze wokół oczu, ustach, szyi i dłoniach, które najbardziej zdradzają wiek. Nie są to już tylko osoby zamożne, ale także te, od których wymaga się wystąpień publicznych. Coraz częściej również mężczyźni, którzy sięgają po  mezzoterpaię osoczem, krwawy lifting, ostrzyki fibryną bogatopłytkową, metody hamujące wypadanie włosów czy nadpotliwość. Jeśli chcą radykalnej zmiany, to usuwają blizny potrądzikowe  – wylicza Karolina Martin. – Raczej boją się wypełniania ust, konturowania twarzy, na co decydują się częściej panie. Po czterdziestym piątym roku nadal czują się młodzi, ale wizualnie coś im już nie gra, dlatego decydują się na regularne sesje przeciwstarzeniowe – wyjaśnia.

Najczęściej na radykalne zabiegi decydują się osoby po pięćdziesiątce, które dojrzewały w czasach, kiedy pielęgnacją skóry, zwłaszcza męskiej, raczej się nie przejmowano.

Sztuka powściągliwości

– Rynek beauty w Polsce rośnie, to fakt, ale jego specyfiką jest to, że przyjmujemy wszystkie nowinki bezrefleksyjnie. Także te niesprawdzone. Stąd dużo takich chałupniczych działań, których efekty różnie się kończą – uważa dr Marek Wasiluk. Jak dodaje, rosnące zainteresowanie medycyną estetyczną wykorzystują też pseudo profesjonaliści, którzy węszą w tym interes. – Zabiegi z kwasem hialuronowym powinny wynosić 10-20 proc. palety metod naturalnego odmładzania, a wynoszą 80 proc. Wstrzykuje się zbyt dużo materiału, zbyt często, na każdy defekt urody. Ale pacjenci też nie potrafią powiedzieć “stop”. Wielu z nich to osoby jeszcze przed trzydziestką, z problemem różnie nasilonej dhysmorfofobii. Ich urodzie nie można nic zarzucić, ale oni siebie nie akceptują. Wpadają w obsesję likwidowania wszystkich zmian, które uznają za defekt.  Co ciekawe, częściej takie przypadki dotyczą mężczyzn – mówi specjalista medycyny estetycznej.

Na szczęście nadal jest to margines. A Polacy powoli zaczynają dostrzegać piękno w niedoskonałości.

– Nie o to chodzi, by z 60-ciolatka zrobić trzydziestolatka. Sztuka polega na tym, żeby wyglądać naturalnie, zdrowo, mieć zadbane ciało. Już to odmłodzi nas o dekadę – przekonuje Karolina Martin.

Zamknij
Zamknij