Agnieszka Grochowska: Nie muszę przepraszać za to, że jestem

Skoro już weszłam do tego świata filmowego, to nie będę udawała, że mnie tam nie ma. Wykorzystam ten czas, by mówić, co myślę. To nie kwestia pewności siebie, to raczej efekt kalkulacji. Mogę się bać, ale mogę też zrobić coś odważnie – mówi Agnieszka Grochowska, nagrodzona Orłem za rolę w filmie „Kos” Pawła Maślony.

Publikacja: 31.05.2024 13:25

Agnieszka Grochowska na premierze filmu „Nieobliczalna”.

Agnieszka Grochowska na premierze filmu „Nieobliczalna”.

Foto: FOTON/PAP

Wywiad ukazał się pierwotnie w wiosennym wydaniu magazynu „Sukces”, dostępnym tylko dla prenumeratorów „Rzeczpospolitej.

2024 to jest jej rok, choć poprzedni też należał do niej. Agnieszka Grochowska obecnie spogląda na polskie miasta z wielkich billboardów zapowiadających filmową premierę Amazona zatytułowaną „Nieobliczalna”, w którym gra razem m.in. z Magdaleną Cielecką i Andrzejem Sewerynem. To jednak nie wszystko. W marcu tego roku Agnieszka dostała Polską Nagrodę Filmową, znaną też jako Orły, za rolę Pułkownikowej Marii Giżyńskiej w głośnymi filmie „Kos” Pawła Maślony. 

Sukces: Czytałem, że niewiele brakowało, a Orła dla ciebie za rolę w „Kosie” by nie było – bo nie byłoby ciebie w „Kosie”.

Agnieszka Grochowska: Czasem zdarzają mi się sytuacje, gdy muszę walczyć o możliwość zagrania w jakimś filmie. Jednak chyba nigdy nie było aż tak, jak w przypadku „Kosa”. Z Pawłem Maśloną odbyliśmy serię telefonów, podczas których zdarzało mi się płakać. Paweł też chyba był bliski łez. Rozmowa najczęściej wyglądała tak: Agnieszko, to się nie uda.

Bo?

AG: 2022 był rokiem, gdy kręciłam „Dzień Matki”, potem „Kosa”, 
potem „Skołowanych” i na koniec „Akademię pana Kleksa”. Zdjęcia do „Kosa” zostały przesunięte z powodu wybuchu wojny w ­Ukrainie i od tego momentu wszystko zaczęło się komplikować. Przez wiele tygodni siedziałam z terminarzami tych filmów i próbowałam znaleźć sposób, jak mogę to połączyć. Ile weekendów jestem w stanie pracować, ile tygodni bez przerwy? Pamiętam moment, gdy Paweł powiedział: „Agnieszko, nie ma szans”. Odpowiedziałam, że nie przyjmuję tego do wiadomości. Nie wyobrażałam sobie, 
że miałabym nie zagrać w „Kosie”.

Dlaczego aż tak ci zależało na tym filmie?

AG: Uwielbiam Pawła i bardzo w niego wierzę. Często się mówi, że ­jesteśmy wielką filmową rodziną – nie chcę powiedzieć, że to kłamstwo, ale jeśli chodzi o Pawła, to naprawdę jest to wyjątkowa osoba, wybitnie uzdolniona, mądra i uczciwa.

Przeczytałam scenariusz do „Kosa” i pomyślałam, że dawno nie miałam do czynienia z tak dobrym tekstem, którego na dodatek właściwie nie trzeba zmieniać. Michał A. Zieliński przyszedł do nas z gotową partyturą.

Jeden rok, cztery filmy. Jak podzielić swoją głowę na cztery różne role i opowieści?

AG: Poprzedni raz sytuację, gdy grałam cztery filmy w ciągu roku, miałam dawno, chyba w 2008 roku. Pamiętam, że potem powiedziałam sobie: nie da się tak pracować, już nigdy tego nie zrobię.

No i zrobiłaś.

AG: Trudno było mi odpuścić takie propozycje, bo to były szalenie ciekawe projekty. Weźmy „Skołowanych”. Bardzo fajnie było zrobić „film środka”, nietypową komedię romantyczną, w której główni bohaterowie poruszają się na wózkach inwalidzkich. 
Dobrze, że taki film pojawił się w Polsce – i że miał sporą widownię. 
To mądra i fajna historia, z której ja też coś wyniosłam. Po prostu nie chciałam odpuścić, choć odchorowałam ten wysiłek – no bo straciłam jedynkę...

Chwila – straciłaś ząb?!

AG: To chyba jeszcze nie padło w żadnym wywiadzie (śmiech). Żeby była jasność – nie straciłam go na planie, po prostu moja jedynka się ułamała, co było konsekwencją treningów, a także 
zapewne wielomiesięcznego zaciskania szczęk. Możesz sobie wyobrazić, jak wygląda sytuacja aktorki, która zaczyna film i nagle czuje, że z jej jedynką dzieje się coś dziwnego. Mam przyjaciółkę, chirurga szczękowego, więc pojechałam do niej z nadzieją, że da mi jakiś antybiotyk, bo zakładałam, że to nic poważnego. W piątek po zdjęciach przyjechałam spod Ciechanowa, gdzie ­graliśmy „Kosa”, usiadłam na fotelu i usłyszałam: ten ząb trzeba wyciągnąć. Zamurowało mnie. To o tyle zabawne, że jak oglądasz „Kosa” i widzisz zbliżenia twarzy w scenie przy stole, nie dostrzeżesz u mnie śladu zapalenia dziąsła czy problemów z zębem, którego wówczas częściowo już nie było… To zresztą nie był jedyny problem, bo na planie „Kosa” nadepnęłam na osę i dostałam reakcji alergicznej. Konieczna była pomoc ratowników, bo moja skóra zmieniła się w wielki bąbel. Na szczęście dzięki nim dwie godziny później wróciłam na plan i znowu grałam.

Jakim cudem?

AG: Do tej pory się zastanawiam, jak to możliwe, że dzieją się rzeczy, które w takim stopniu wpływają nie tylko na zdrowie, 
ale i na wygląd, a mimo to pozostajesz w pełnej gotowości, czujesz odpowiedzialność za setki ludzi, którzy pracują na planie, masz świadomość, że nie możesz powiedzieć: przepraszam, źle się czuję. Musiałabym chyba urwać którąś z kończyn, żeby usprawiedliwić nieobecność na planie.

Agnieszka Grochowska z Orłem za rolę Pułkownikowej w filmie „Kos”.

Agnieszka Grochowska z Orłem za rolę Pułkownikowej w filmie „Kos”.

FOTON/PAP

Masz poczucie odpowiedzialności?

AG: Chyba przede wszystkim świadomość, że kilkaset osób na mnie czeka, że zainwestowano pieniądze i czas. Efekt tak intensywnej pracy był taki, że pod koniec 2022 roku, gdy skończyłam pracę nad „panem Kleksem”, zaczęło się: najpierw ciężka angina, potem ostre zapalnie ucha. Dwa miesiące wyjęte z życia. To daje do myślenia, gdzie są granice.

Prowadzisz kalendarz, wiesz, kiedy zaczynają się zdjęcia do danego filmu. Co, jeśli ten dzień nadchodzi, a ty czujesz, że nie jesteś gotowa ze swoją rolą?

AG: Wykonuję swój zawód od wielu lat i nie zdarzyło mi się jeszcze, żebym spała spokojnie noc przed pierwszym dniem zdjęciowym. Dzisiaj jest trochę lepiej, bo znam większość osób w branży. 
Bardzo doceniam ekipy filmowe, lubię patrzeć na ludzi, którzy w tak wspaniały sposób wykonują swoją pracę, to zawsze mi pomaga. Wprawdzie nikt nigdy nie powiedział wprost: „Agnieszko, wspieramy cię”, ale tak to odczuwam. Dlatego staję grzecznie w odpowiedniej pozycji, bo wiem, że zależy na tym osobom, które trzymają kamerę albo jadą wózkiem. To dla nich istotne, żebym stanęła dokładnie tam, gdzie się umówiliśmy, a nie o krok w lewo czy prawo. Szanujemy się nawzajem, skupiamy się na tym, żeby ułatwiać sobie pracę. Zdarzają się momenty, gdy odpuszczam trochę stres i przyglądam się ludziom dookoła w poczuciu dobrze wykonanej pracy zespołowej.

Jaka była twoja pierwsza myśl o postaci pułkownikowej z „Kosa”, gdy padła propozycja zagrania tej roli?

AG: Nadal trochę mnie denerwuje to, co sobie wówczas pomyślałam. Dużo rozmawialiśmy o tym z Pawłem Maśloną, a potem także 
na spotkaniach z widzami.

Co cię tak wkurzyło?

AG: Z Pawłem ustaliliśmy, że pułkownikowa ma być pełnoprawnym uczestnikiem zdarzeń w filmie, a nie jedynie kimś, kto podaje gościom jedzenie i picie. Samo sformułowanie, że kobieta ma być pełnoprawnym uczestnikiem w jakiejś scenie, doprowadza mnie do szału. Naprawdę chciałabym, żeśmy mogli usiąść przy stole 
po prostu jako ludzie, ale niestety nadal nie jest to takie oczywiste.

Miałaś poczucie, że ktoś cię ogranicza?

AG: Właśnie nie! Pamiętam, że siedziałam przy tym stole i zdałam sobie sprawę, że nie ogranicza mnie ani Robert Więckiewicz, ani Jacek Braciak, ani Jason Mitchell czy zwłaszcza Piotrek Pacek, czy Bartek Bielenia – podkreślam to, bo oni są młodszym pokoleniem i myślą inaczej. Zdałam sobie sprawę, że osobą, która mnie ogranicza, jestem ja sama. To ja toczyłam wewnętrzną walkę ze sobą i jednocześnie byłam zdumiona tą sytuacją.

Znam swoją wartość, mam świadomość, kim jestem, a zarazem czułam, że mam problem z tym, żeby zabrać głos przy tym filmowym stole. Grając postać pułkownikowej, konfrontowałam się z tym poczuciem.

Może dlatego, że „Kos” opowiada o wydarzeniach z XVIII wieku?

AG: Minęło już trochę czasu od pracy nad „Kosem”, próbowałam to przepracować. Moim zdaniem wynika to z tego, jak nas wychowywano i w czym wzrastaliśmy. Wydaje ci się, że nie funkcjonujesz w żadnych schematach, a potem jesteś zdziwiony, gdy okazuje się, że taki czy inny wzorzec jednak istnieje, a ty stanowisz jego część. Nie spodziewałam się, że takie myślenie może być tak głęboko zakorzenione we mnie. I teraz pytanie, co zrobić z taką wiedzą? Pogodzić się z tym czy jednak nie? To ciekawy aspekt mojej pracy. Dzięki takim przemyśleniom dzieją się ciekawe rzeczy: na przykład niespodziewanie przychodzą do głowy rozwiązania. Podczas pracy na planie czasem dzieje się coś, czego byś nigdy nie wymyślił. Z takich sytuacji można się wiele dowiedzieć o sobie.

Agnieszka Grochowska podczas premiery filmu „Nieobliczalna”.

Agnieszka Grochowska podczas premiery filmu „Nieobliczalna”.

FOTON/PAP

Lubisz to dowiadywanie się o sobie?

AG: Nie wyobrażam sobie inaczej mojej pracy. Jeśli chcesz zrobić 
postęp w jakiejkolwiek dziedzinie, musisz mieć świadomość. Żeby ją mieć, musisz wnikać głębiej. Czasem to, czego się dowiadujesz przy okazji, powoduje, że przez chwilę czujesz się bardzo źle. Niekiedy się cofasz, bo pojawia się strach. Z drugiej strony: zaczynasz też coś dostrzegać, więcej rozumiesz. Bardzo to cenię. Nie umiałabym chyba powiedzieć, że lepiej nie widzieć i nie słyszeć. Wolę mieć świadomość, choć zdaję sobie sprawę, że bywa to trudne.

Wchodząc do tego zawodu, zdawałaś sobie sprawę, że aktorstwo będzie wymagało takiej pracy ze sobą?

AG: To było chyba moje największe zaskoczenie. Jestem w tym zawodzie nie od wczoraj, jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać, dlaczego jest teraz trudniej, a nie coraz łatwiej? Spodziewałam się, 
że będzie odwrotnie. Z drugiej strony oczywiście jest też coraz ciekawiej i coraz zabawniej. Zaczęłam też zwracać uwagę na to, jakim przywilejem jest bycie na planie i granie w filmach, przenoszenie się do nieznanego miejsca czy historii, ale przede wszystkim zobaczenie siebie inaczej. Wyobraź sobie: przebierasz się w jakiś strój i możesz odegrać wariant jakiegoś życia, a potem prywatnie od tego odsapnąć. Problemy postaci nie są twoimi problemami. To bardzo pomaga w odkrywaniu radości z codzienności. Możesz żyć spokojnie, bo masz fajerwerki w pracy. Na co dzień nie musisz szukać adrenaliny.

Pod warunkiem że umiesz rozdzielać te dwie sfery.

AG: Oczywiście nie jest to takie proste. Wiadomo, że zagłębiasz się w emocje, to potrafi rozstroić emocjonalnie. W efekcie stoisz 
na brzegu Wkry na planie „Kosa” i szlochasz, bo nie jesteś w stanie powstrzymać emocji. Nie jesteś też w stanie stwierdzić, gdzie zaczyna się twoja postać, a gdzie kończy. Jak w takiej sytuacji wrócić do domu i pójść spokojnie spać? Jak zająć się dziećmi? To wszystko jest skomplikowane.

Aktorzy i aktorki to ludzie, którzy muszą umieć wychodzić ze strefy komfortu. Masz to we krwi, czy musiałaś się tego nauczyć?

AG: Na początku to było bardzo trudne. Potem jednak zrozumiałam, że skoro już weszłam do tego świata, to nie będę udawała, że mnie tam nie ma. Po prostu wykorzystam ten czas, który mam na pracę, na mówienie, co myślę i jak zamierzam coś zrobić. To się zaczęło, gdy zrozumiałam, że nie muszę przepraszać za to, że jestem. 
To nie kwestia wielkiej pewności siebie albo przekonania, że jestem taka wspaniała. To raczej efekt kalkulacji.

Mogę się bać, ale mogę też uznać, że się nie boję, i coś zrobić odważnie. Bojąc się, dużo tracimy, na przykład takie dialogi ze sobą. Rozmawiam ze swoim strachem, nauczyłam się wygrywać te wewnętrzne walki.

Mówię sobie: nie rezygnuj. Nie oddawaj walkowerem. Zobacz, co się wydarzy. To wciąga, jak wszystko, co jest bardzo ekscytujące.

FOTON/PAP

Lubisz siebie na ekranie?

AG: Nie zastanawiam się nad tym.

Jeśli się nie zastanawiasz, to znaczy, że lubisz.

AG: Nie za bardzo siebie oglądam. Ciekawe pytanie, ale w sumie, 
jeśli ktoś wykonuje taki zawód jak ja, to jakie znaczenie ma to, 
czy lubi siebie na ekranie?

Aktorstwo to rodzaj rzemiosła. Jeśli powtarzasz jakąś czynność przez długi czas, to może przestajesz ją lubić?

AG: Być może, ale nie jest to związane z tym, jak wyglądam na ekranie, bardziej z całym procesem robienia filmu. Natomiast na pewno zdarzają się momenty, gdy niezbyt spieszy mi się do pracy. Dużo rzeczy mnie ostatnio ciekawi. Na przykład – co by było, gdyby nie trzeba było nic robić.

Emerytura?

AG: Nie, po prostu zastanawia mnie coraz bardziej idea wyzwalania się spod presji. Eksploruję ten temat, dlatego wyjeżdżam z dziećmi, kiedy mogę. Obserwuję, jak wygląda życie, gdy jedziesz gdzieś na dwa miesiące, jak wygląda nauczanie domowe dla dzieci w takich warunkach, jak dobrze zorganizować edukację. Miesiąc 
to za mało, to w końcu tylko trochę dłuższe wakacje. Dwa miesiące brzmią znacznie lepiej, choć nadal nie jest to bardzo dużo. W głowie kołacze mi się myśl o naprawdę długim wyjeździe.

Skąd ta potrzeba?

AG: Być może przyczyną takiego myślenia jest chęć „niebycia”. Przyzwyczaiłam się do tego, że jestem Agnieszką, aktorką. Zwolnienie siebie z takiego myślenia być może pozwoliłoby mi zyskać więcej wolności. Aż głupio coś takiego powiedzieć, prawda?

Miałaś myśl, by zmienić zawód? Nie dlatego, że masz dosyć aktorstwa, ale dlatego, że odnalazłaś coś, co wydało ci się równie ciekawe?

AG: Zawsze mi się wydawało, że mogłabym siedzieć w Toskanii i prowadzić tam pensjonat. Miałabym z tego zapewne dużą radość. Zawsze lubiłam takie tematy – tworzenie wnętrz, organizowanie przestrzeni. Lubię też remonty i budowanie, może w kontrze do tego, czym zajmuję się na co dzień. Działasz w sferze nieco niematerialnej, więc fajnie dla odmiany zburzyć ścianę kilofem albo przemalować mieszkanie. Stworzenie przestrzeni, w której ­mogliby spędzać czas inni ludzie, to też świetna rzecz, choć nie jest to marzenie, które spędza mi sen z powiek.

W Toskanii może nie starczyć domów dla wszystkich, bo tylu jest chętnych do prowadzenia pensjonatów.

AG: Żeby była jasność – nigdzie się nie wybieram. Przynajmniej 
na razie – na pewno nie.

To co z tą wolnością?

AG: W pewnym momencie pomyślałam, że chciałabym nagrać 
jakieś rozmowy. Zrobiłam swój podcast, choć na początku czułam olbrzymi stres wynikający z tego, czy w ogóle wolno mi to zrobić. Czy mogę się wypowiedzieć w sposób inny niż poprzez wywiady, zawsze w kontekście mojej pracy?

Pomyślałam, 
że chciałabym mieć enklawę absolutnej wolności. I zrobiłam to.

Chcę się spotkać z drugim człowiekiem i zarejestrować 
to spotkanie jako pamiątkę. Przez ten podcast wydarzyło się sporo fajnych rzeczy. Pamiętam, że któregoś dnia w klubie podszedł do mnie 20-latek i powiedział: „Chciałem podziękować za podcast, bo on mnie uspokaja. Słucham go wieczorem i dzięki temu mogę spokojnie zasnąć”. Pamiętam, że prawie go wycałowałam. Dawno nie usłyszałam nic tak miłego. Jak robisz coś na pełnym luzie, a potem okazuje się, że to dla kogoś jest ważne, to uwierz mi, że żadna entuzjastyczna recenzja, nie spowoduje takiej radości.

Pamiętasz moment, gdy pomyślałaś: a może podcast?

AG: To były moje urodziny w sylwestra, pamiętam, że siedziałam w knajpie. Podszedł do mnie nieznajomy i zapytał: „Pani Agnieszko, dlaczego nie nagrywa pani podcastu? Chętnie bym posłuchał, co ma pani do powiedzenia”. Z początku zareagowałam śmiechem, ale myśl zaczęła kiełkować w głowie. Potem zrobiłam „Kosa” i dotarło do mnie, że mam problem, bo boję się prowadzić rozmowy, które nie odnoszą się do mojej pracy.

Nadal się boisz?

AG: Wciąż odczuwam jakiś rodzaj przełamania. Powiedziałam 
sobie jednak: jeśli się boję, to muszę to zrobić. Działanie zawsze powoduje, że dzieją się niesamowite rzeczy. Możesz długo dyskutować o tym, co chciałbyś zrobić, ale dopiero wprowadzenie pomysłu w życie powoduje, że dowiadujesz się, co jest po drugiej stronie, i przy okazji widzisz zmiany, które w tobie zachodzą. Nie zawsze są duże, ale się dzieją.

Wywiad ukazał się pierwotnie w wiosennym wydaniu magazynu „Sukces”, dostępnym tylko dla prenumeratorów „Rzeczpospolitej.

2024 to jest jej rok, choć poprzedni też należał do niej. Agnieszka Grochowska obecnie spogląda na polskie miasta z wielkich billboardów zapowiadających filmową premierę Amazona zatytułowaną „Nieobliczalna”, w którym gra razem m.in. z Magdaleną Cielecką i Andrzejem Sewerynem. To jednak nie wszystko. W marcu tego roku Agnieszka dostała Polską Nagrodę Filmową, znaną też jako Orły, za rolę Pułkownikowej Marii Giżyńskiej w głośnymi filmie „Kos” Pawła Maślony. 

Pozostało 97% artykułu
Ludzie
Omenaa Mensah, Rafał Brzoska: Każdy twardziel mięknie, gdy usłyszy „dziękuję”
Ludzie
Jannik Sinner: tenisista numer 1 na świecie stał się królem „cichego luksusu”
Ludzie
Roszada w imperium najbogatszego Europejczyka. Nowy faworyt do przejęcia władzy
Ludzie
Szef kuchni Przemysław Klima: lepiej u siebie być królem niż gdzie indziej nikim
Materiał Promocyjny
Mapa drogowa do neutralności klimatycznej
Materiał promocyjny
Warto podjąć wyzwanie. Polscy laureaci o kulisach Konkursu Nagroda Jamesa Dysona
Ludzie
Twórca włoskiej marki odchodzi z firmy, którą stworzył. „Zostałem zdradzony”