Szukaj

Odlotowe kosmetyki odlotowych dziewczyn

Obie przez kilkanaście lat związane były z korporacjami. Ela jako biegła rewidentka, Ola,  specjalistka od sprzedaży. Dwa lata temu wymyśliły sobie biznes, kosmetyki naturalne. Teraz inni dają im za to nagrody.

Elżbieta Karwik (41 l.) i Aleksandra Lemmle (42 l.) cieszyły się mocną pozycją zawodową, doskonale zarabiały i właściwie nic nie stało na przeszkodzie, aby do emerytury pozostać „panią od Excela” i „panią od relacji.”  

To był typowy syndrom „złotej klatki”. Ale w końcu przychodzi taki moment, że masz tego dosyć. Ja miałam dosyć zajmowania się cudzymi pieniędzmi. Chciałam robić coś dla ludzi; coś, co im sprawi radość.

– mówi Ela Karwik.

Znajomi i rodzina patrzyli nas jak na kosmitki. Uważali, że nas… porąbało.

– dodaje ze śmiechem Ola Lemmle.

Nie od razu zdecydowały się na kosmetyki – w grę wchodziła także marka modowa, na przykład jedwabne szaliki ozdobione reprodukcjami najbardziej znanych polskich obrazów. Zadecydowała lista „za i przeciw.”  – Wyszło nam, że na temat kosmetyków wiemy znacznie więcej – mówi Ola. – Była to wiedza na temat rzeczy, których pod żadnym pozorem robić nie należy. 

Następnym krokiem był internetowy kurs personal brandingu i lista wartości dzielonych przez obie właścicielki. W ten sposób powstało DNA marki, która w ostatecznej wersji przybrała nazwę Be the Sky Girl.  

Foto: Agnieszka Kubilus

 

Foto: Agnieszka Kubilus

To marka, która kocha kobiety takimi, jakie są; mówi im, że są piękne, bo piękno rodzi się wewnątrz, a kosmetyki jedynie pomagają je wydostać. Nazwa nie jest przypadkowa: to skierowane do dziewczyn przesłanie – a dziewczynami są w tym przypadku wszystkie kobiety, niezależnie od numeru PESEL w dowodzie – żeby nie bały się marzyć, czyli – żeby nie bały się latać.  

Be the Sky Girl to obecnie linia 17 kosmetyków pielęgnacyjnych, w pełni naturalnych, pielęgnujących każdą skórę. Preparaty nie zawierają żadnych szkodliwych substancji – parabenów, silikonów, PEG-ów, SLS-ów, SLES-ów, są przyjemne w użyciu, pięknie pachną. Do tego dochodzą pomysłowe nazwy i specjalne przesłania. Na przykład: „Zmarszczki są dowodem na to, że często się śmiejesz. Piękno to energia, którą w sobie nosisz”. Albo: „Pamiętaj, kochana, 40 to nowe 20. Młodość to stan umysłu”. I oczywiście dokładne informacje na temat składników i ich wpływu na skórę, napisane prostym, zrozumiałym językiem.

– Za wszelką cenę chcemy unikać nowomowy – tłumaczy Ola. – Zależało nam także na tym, aby kosmetyki naturalne przestały kojarzyć się z nijakimi, aptecznymi opakowaniami, dlatego sięgnęłyśmy po eleganckie opakowania, takie trochę „glamurowate”. 

Grupą docelową są kobiety w każdym wieku, również i te, które nie interesowały się naturalnymi kosmetykami, o średnio zasobnym portfelu – ceny kosmetyków to mniej więcej środek rynku. Szansa na zaprezentowanie się szerszej publiczności przyszła już po trzech miesiącach, a pomogły wcześniejsze korporacyjne kontakty. – Poszłyśmy do Aelia Duty Free, operatora sklepów wolnocłowych na lotniskach – wspomina Ola – Powiedziałyśmy, że jesteśmy Sky Girl i potrzebujemy pasa startowego. Dostałyśmy cztery miesiące i cele sprzedażowe. Przekroczyłyśmy je kilkakrotnie. 

Efekt – marka nie tylko pozostała na pięciu polskich lotniskach, ale – z racji odświeżających właściwości i małych, poręcznych opakowań – zyskała miano „tych kosmetyków dla stewardess”. Można je też znaleźć w drogeriach, butikowych perfumeriach i w sklepie internetowym.

Jak to się spina biznesowo? Dziewczyny przyznają, że na milionowe obroty muszą jeszcze poczekać, ale po dwóch latach finansowania zgodnie z zasadą „trzech F” – family, friends and fools (rodzina, przyjaciele i wariaci) – zaczęły w końcu wychodzić na swoje. Marzy im się eksport – najpierw na rynki unijne, potem dalej. Zapewne na Bliski Wschód, bo już pukają do nich dystrybutorzy z Dubaju i innych krajów Zatoki Perskiej.  

– Wiemy, że dalej same nie pociągniemy, więc szukamy inwestora – mówi Ela. – Ale takiego, który zostawi nam wolną rękę. Nie chcemy iść na skróty, a już na pewno nie kosztem jakości. Niejednokrotnie słyszały, że w tym samym czasie, w którym wypuszczają na rynek jeden krem, można by wypuścić trzy. – Bo my w nieskończoność testujemy – mówi Ola. – Chcemy mieć pewność, że nowy kosmetyk jest dokładnie tym, o który nam chodziło. 

Tak było w przypadku kremu Agent White. James White, który wracał do poprawek ponad 20 razy. – Przy dwudziestym podejściu pojechałyśmy do producentki z ciastem – mówi Ola. – Żeby nas za drzwi nie wyrzuciła. 

Zamknij
Zamknij