Szukaj

Opowieść wigilijna zwierząt

 – O północy nasze zwierzęta z pewnością powiedziałyby nam, że nas kochają. Jednak gdybyśmy dłużej pogadali, to mógłby być zimny prysznic. Nie zawsze potrafimy odczytywać sygnały, jakie dają nam zwierzęta i zapewniać im szczęście – mówi Radosław Fedaczyński, wyjątkowy weterynarz, który nie tylko jest behawiorystą i leczy domowe zwierzęta, ale w swojej lecznicy pomaga też zwierzętom dzikim: uzdrawia sarny, bociany, orły czy jeże.

Anna Kalita: Gdyby w Wigilię zwierzęta naprawdę przemówiły ludzkim głosem, to co by nam powiedziały? Ja wierzę, że moja labradorka powiedziałaby „Kocham cię!”

Radosław Fedaczyński: (śmiech) Myślę, że tak by właśnie powiedziała. I, że wszyscy, którzy kochają swoje zwierzęta – to by właśnie od nich usłyszeli.

Co jeszcze by nam mogły powiedzieć czworonogi?

Gdybyśmy dłużej pogadali, mogłoby się okazać, że nasze zwierzęta nie zawsze czują się z nami tak dobrze, jak byśmy chcieli. Może być tak, że wydaje nam się, że robimy dla zwierzęcia wszystko, a jednak to nie oznacza jego szczęścia. Pies, który marzy o tym, by biegać, aportować i tarzać się w błocie jest trzymany w mieszkaniu. W sweterku. Nie mówię o yorku, czy innym małym piesku…

Te lubią nosić sweterki?

Myślę, że nie lubią, ale czasem po prostu muszą. Jest im zwyczajnie zimno, bo tak stworzyliśmy niektóre rasy, że sierść jest słaba i nieodpowiednia do naszych warunków atmosferycznych. Mówię generalnie: psy nie potrzebują złotej miski i śmiesznego sweterka, tylko godziny czy dwóch godzin spaceru, tarzania się i biegania za patykiem. Bo to jest dla nich szczęście. Niestety większość osób ma na ten temat małą wiedzę i nie potrafi odczytywać sygnałów, jakie dają zwierzęta. Gdyby więc w Wigilię pogadały, to mógłby być zimny prysznic. Pies, który z natury potrzebuje przestrzeni i ogromnej ilości ruchu, a jest skazany na życie w małym mieszkaniu i spacery dookoła bloku, na pewno by się poskarżył.

Husky, jak rozumiem? 

Na pewno.

A mój labrador? Mieszkam na osiedlu, gdzie co drugi pies to labrador…

Oczywiście labrador może być szczęśliwy w mieszkaniu…

Co za ulga!

Ale pod warunkiem, że jego człowiek rozumie, że ta rasa też potrzebuję dużo ruchu, a w naturze labradora jest to, że będzie pływał i ganiał za kaczkami, a na koniec się wytarza. Kluczowe jest to, żeby nasze codzienne rytuały były dopasowane do potrzeb naszego psa. Jeśli decydujemy się na życie z nim, to czasem oznacza, że trzeba wstać godzinę wcześniej, żeby pójść na porządny spacer przed pracą, albo południowe spotkanie z przyjaciółmi, zamiast w knajpie, spędzić na wspólnym spacerze z nimi i ich psami.

No tak, to na pewno by się psom podobało!

A kiedy zamiast takiej rzeczywistej uwagi, zwierzęta domowe dostają życie niedopasowane do ich natury, pojawiają się kłopoty. Te zwierzęta trafiają potem do weterynarzy z powodu chorób o podłożu behawioralnym. Są nieszczęśliwe, więc sikają w domu, gryzą meble, samookaleczają się…

Samookaleczają się?

Psy gryzą sobie łapy, a koty się drapią.

Pies ogryza meble albo kanapę ze złości, że wyszliśmy do pracy i został sam?

Nie! Ja zawsze tłumaczę klientom, że u psów takie uczucia jak zazdrość, zawiść, złośliwość – one w ogóle nie występują!

Dlatego psy są takie cudowne.

(śmiech). Do tego gryzienia kanapy nie ma sensu dopasowywać ludzkich uczuć czy motywacji. Pies tak, a nie inaczej się zachowuje, ponieważ to mu przynosi chwilową ulgę. Nie potrafi zrozumieć, że wychodzimy codziennie i codziennie też wracamy do domu, tylko przeżywa rozpacz rozłąki. A ponieważ gryzienie przedmiotów sprawia mu przyjemność – w mózgu wytwarzają się endorfiny – to robi to, bo w ten sposób rozładowuje nieprzyjemne napięcie. Pies nie powie, że czuje się nieszczęśliwy, tylko zje kawałek kanapy.

Nie wszystkie tak robią. Są psy, dla których te samotne godziny w domu to nie problem.

Przeżywają je te, które mają lęk separacyjny. Psy spokojne i zrównoważone, które w dodatku tak zostały wychowane, że rozłąka jest czymś normalnym i przyzwyczaiły się do tego od szczeniaka – one nie szczekają, gdy zostają same i nie niszczą mebli. Co innego pies ze schroniska. Kiedy decydujemy się na adopcję takiego psa nie ma sensu się dziwić, że będzie się bał samotności i rozładowywał to napięcie.

Taki pies koniecznie potrzebuje pomocy psiego behawiorysty?

Niekoniecznie. Czasem wystarczy mądry właściciel, który zechce zrozumieć, co się dzieje z psem, poczyta w Internecie, zadba o niego.

Niektórzy wierzą, że kiedy pies już pogryzie kanapę, to potem tego żałuje. 

Nie! Psy nie mają poczucia winy. Nie wolno ich też po kilku godzinach za takie zachowanie karać! To na pewno by psy powiedziały w Wigilie. Że tego typu zachowanie ludzi jest dla nich zupełnie niezrozumiałe. One nie rozumieją związku przyczynowo-skutkowego. Dla psa istnieje tylko tu i teraz. Więc kiedy właściciel wraca z pracy i zaczyna krzyczeć, pies nie ma pojęcia, co się dzieje. Pio kilku godzinach od zniszczenia kanapy, nie jest w stanie skojarzyć kary. Popada więc w bezradność i potem widzimy zahukane psy, które boją się własnego cienia. To są typowe przykłady maltretowanych, bitych psów. Psychiczne kaleki.

Dziś nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie zrobił, ale kiedyś podczas „szkolenia”, „tresury” psy się biło.  

To były metody awersyjne z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych oparte na przekonaniu, że przez ukaranie psa możemy sprawić, że on coś zrozumie. Ale to nie prawda!

Bardzo nam się smutno zrobiło. A przecież w ostatnich kilku, kilkunastu latach podejście do zwierząt w Polsce bardzo się zmieniło! Na lepsze!

Oczywiście! Sam fakt, że czytelnicy będą mieli możliwość przeczytania tego wywiadu, to już wielki sukces. Jeszcze kilka lat temu taka długa publikacja o prawach zwierząt…

O szczęściu zwierząt!

Tak. Taka publikacja by się nie przebiła do mainstreamu.

Ale dziś się przebija! Porozmawiajmy o dzikich zwierzętach. Co by nam powiedziały o północy zwierzęta mieszkające w ZOO? 

Dzikie zwierzęta to już jest zupełnie oddzielny rozdział, niż psy i koty, które tak naprawdę same kilka tysięcy lat temu przyszły do ludzi. Same zaczęły się garnąć do naszych wiosek i domostw. Wybrały sobie gatunek ludzki do wspólnego życia. W przypadku dzikich zwierząt wspólne bytowanie, to zawsze jest przymus. A jeśli w grę wchodzi przymus, to bardzo trudno jest stworzyć dla zwierzęcia warunki, w których będzie się dobrze czuło. Oczywiście, że zwierzę czuje pozytywne emocje do człowieka, który karmi je w ZOO. Ale nigdy nie sprawimy, by takie dzikie zwierzę czuło się w ogrodzie zoologicznym szczęśliwe.

To niemożliwe?

Niemożliwe. Choć można usiłować do tego dążyć. Tak, jak robi to choćby poznańskie ZOO, gdzie schronienie otrzymują dzikie, potrzebujące pomocy zwierzęta. Jak ostatnio tygrysy. To jest coś pięknego!

A dlaczego powiedział pan, że to niemożliwe, by zwierzę czuło się w ZOO szczęśliwe? Nawet w najlepszym ZOO?

Ponieważ tutaj dochodzi do konfliktu. ZOO jest nastawione na to, by jak największej ilości ludzi pokazać dzikie zwierzęta. A one tego najczęściej nie chcą. Kotowate, drapieżne zwierzęta – one nie lubią widoku człowieka, kryją się przed nim. One lubią samotność, dlatego też polują w samotności. Nie lubią być wystawiane na widok publiczny.

Małpkom chyba towarzystwo człowieka nie przeszkadza?

(śmiech). Chociażby na Gibraltarze możemy obserwować, ze faktycznie garną się do ludzi: wyrywają im torebki i droczą się z nimi. Ale tutaj jest ważna podstawowa rzecz: że przede wszystkim małpy lubią być ze sobą nawzajem. Dlatego co innego jedna smutna małpka w klatce, a co innego – cała gromada. Nawet, jeśli te zwierzęta żyją w zamknięciu, to kluczowe znaczenie ma, czy są w grupie? One bardzo dobrze się czują w dużej gromadzie: kilkanaście zwierząt, które mogą ze sobą walczyć, godzić się i między którymi dochodzi do prokreacji. To jest małpie szczęście. I być może wtedy te wścibskie, ludzkie oczy, nie męczą ich specjalnie.

Zwierzęta, które pan leczy, naprawdę wygrały los na loterii. Jakie „dzikusy” aktualnie dochodzą w pańskiej lecznicy do zdrowia? 

Mamy 60 bocianów, 4 myszołowy, 2 kruki, po 3 sowy i lisy, 8 saren, 2 jeże. Mamy kruka, który trafił do nas po tym, jak zjadł zatrutego lisa i w efekcie był sparaliżowany. Ale teraz czuje się już dobrze! Już lata!

Dzikie zwierzęta trafiają do lecznicy najczęściej z powodu urazów kończyn czy skrzydeł?

Tak. Dlatego ich leczenie trwa długo.

A te dzikie zwierzęta, co by nam powiedziały w Wigilię, gdyby mogły?

Że mają coraz mniej miejsca do życia, bo coraz bardziej wkraczamy na ich naturalne terytoria. Sarny mieszkały sobie spokojnie na nieużytkach, a tu nagle rozpoczyna się budowa nowej drogi ekspresowej i one biedne nie mają się gdzie podziać. Myślę, że one by powiedziały człowiekowi, że przede wszystkim potrzebują spokoju. Nawet w Czarnobylu, gdy człowiek po prostu się wycofał, to natura doskonale sobie poradziła sama. Dzikim zwierzętom naprawdę niczego nie potrzeba. Tylko tego, żeby dać im święty spokój.

Myśliwi twierdzą, że dokarmiają sarny i że one tego potrzebują zimą. 

Można to robić interwencyjnie. Jak się trafi zima stulecia, minus 30 stopni, to faktycznie dzikie zwierzęta zaczynają podchodzić pod nasze domy. Jednak generalnie takie dokarmianie dzikich zwierząt, to nie jest dobra sprawa, bo zaburza ekosystem: niektóre zwierzęta intensywnie się wówczas rozmnażają., grupują się w jednym miejscu, przez co mogą się stać łatwym łupem dla innych zwierząt, zaczynają się też rozprzestrzeniać choroby. Tak samo jest z dokarmianiem gołębi czy łabędzi.

Naprawdę?

Zwierzęta tracą instynkt i potem same nie potrafią zdobywać pożywienia. Poza tym problem z dokarmianiem zwierząt jest taki, że ludzie chcą dobrze, ale nie wiedzą jak i czym karmić zwierzęta. Np. jeże: one są mięsożerne i nie jedzą jabłek. A łabędzie nie jedzą chleba.

A co powinny jeść?

Ziarna, warzywa. Jak ktoś już koniecznie chce nakarmić łabędzie, to powinien poszukać paszy dla kaczek. Można ugotować marchewkę i ją posiekać. A tak naprawdę dla zwierząt bardziej, niż to dokarmianie, ważne jest, żebyśmy nie sprzątali na jesień naszych przydomowych ogródków. Dla dzikich zwierząt nie ma nic gorszego, niż te wszystkie śliczne, idealnie przystrzyżone trawniczki! Nie róbmy tego! Poczekajmy ze sprzątaniem na wiosnę. A liście, czy jabłka, które spadną jesienią, zostawmy zwierzętom, żeby miały się gdzie schronić i co jeść.

Wróćmy jeszcze na chwilę do psiej miłości. Nasze zwierzaki, po swojemu, nacodzień wiele spraw nam komunikują. Liżąc nas po twarzy mówią „kocham cię”?

Można to powiedzieć. To jest na pewno oznaka przywiązania i potrzeby bliskości. Zaznaczenie że jesteśmy z tego samego stada, mamy ten sam zapach i krążą między nami te same fluidy. Część ludzi się do tego nie przyznaje, ale ja  myślę, że każdy czuje wielką przyjemność, kiedy zostanie polizany przez psa. Takie zachowania tworzą więź i cementują relację. Podobnie jak karmienie. U człowieka, który karmi psa i zwierzęcia, które jest karmione, uwalniają się podobno takie same substancje w mózgu: endorfiny, dopamina, serotonina. W ten sposób powstaje silna więź. To się dzieje również we wspomnianych ogrodach zoologicznych, gdzie opiekun zaprzyjaźnia się w ten sposób ze zwierzętami, którymi się opiekuje.

Zostańmy jeszcze przy psach na moment. Chciałam zapytać o spanie w łóżku…

Mówi się, że ludzie dzielą się na tych, którzy się przyznają do spania z psem i tych, którzy się do tego nie przyznają. Ja mało znam osób, które by się tego wstydziły. Zdarzają mi się za to klienci, którzy się martwią, dlaczego psy nie chcą z nimi spać w łóżku. (śmiech).

A to nie dlatego, że te psy nie kochają swoich ludzi?

Nie! Po prostu jest im za gorąco! Ale ja zawsze takie zmartwienia klientów rozumiem, bo to są piękne chwile, kiedy można się wtulić w psa i zapomnieć o bożym świecie. Nie ma innego zwierzęcia, z którym można by spać.

Bo kot „chadza własnymi drogami”.

Z kotami jest zupełnie inaczej, to prawda. Koty mają całkowicie inną psychikę niż ludzie, nie lubią być przez nas – w sensie emocjonalnym – osaczane. Są zdecydowanie bardziej od psów wyobcowane. Co nie oznacza, że nie potrzebują ludzi. Oczywiście, że potrzebują! Obecność człowieka jest dla kota bardzo ważna. Codzienne pieszczoty i zabawy to rzecz kluczowa dla jego zdrowia psychicznego. Wiele osób myśli, że skoro kot jest bezobsługowy, to nie trzeba się nim zajmować wcale. To olbrzymi błąd!  Jeśli nie będziemy się z nim bawić, jeśli on nie będzie mógł prezentować swoich instynktów łowieckich z piłeczką, czy sznurkiem – to będzie nieszczęśliwy. Nie ma nic gorszego niż kot bez żadnych interakcji w domu.

A jak to jest z tą czułością, okazywaną przez koty?

Z nimi nie da się tak zrobić jak z psem – poleżeć i się przytulić. Koty same decydują, kiedy przyjdą, otrą się, pomruczą, przytulą. I wybierają sobie ludzi: lgną do osób opanowanych i spokojnych. To im lubią siadać na kolanach. Tym energicznym – już nie.

Na koniec pozwolę sobie na intymne pytanie: domyślam się, że osoba, która kocha zwierzę†a tak, jak pan, dzieli się w Wigilię ze swoimi zwierzętami opłatkiem? 

Nie! Bo to dla nich niezdrowe. Ale zawsze, jak już ze wszystkimi się podzielę opłatkiem, to tarmoszę kota i przytulam psa. A potem, po północy, idę zawsze sprawdzić, jak się mają wszyscy moi pacjenci.

Zamknij
Zamknij