Szukaj

Inez i Katarzyna Wicher: „u nas nie ma barw pośrednich”

Chwalone w mediach, docenione przez branżę, wyraziste i oryginalne. Dziś Inez i Katarzyną Wicher, założycielki marki Vicher, szyją dla szpitali i walczą o swoją markę.

Całą kolekcję letnią mamy gotową. Zrobiłyśmy piękną sesję w Los Angeles, postarałyśmy się o dużo jedwabiu, ciekawych nadruków, fasonów, ale nie wiemy, czy będziemy mieć szansę w ogóle ją sprzedać – mówią projektantki.

Rozmawiamy na początku kwietnia, już po publikacji danych m.in. przez banki Millenium i PKO BP. A w nich czarno na białym: wydatki Polaków na ubrania spadły o blisko 90 proc. – Marzec był trudny, bo branża stanęła z dnia na dzień. Jesteśmy butikiem online, więc niczego nie musiałyśmy zamykać, a i tak zaliczyłyśmy gigantyczne spadki. Zdarzają się wręcz dni bez żadnych obrotów – przyznają projektantki.

Dwa miesiące niepewności

Nie siedzą jednak bezczynnie. Od kilku tygodni szyją kombinezony i maski dla służby zdrowia. – Kibice z Poznania zrzucili się i kupili tkaninę, mamy gdzie szyć, ale w naszej małej pracowni nie jesteśmy w stanie nadążyć z produkcją, więc dałyśmy ogłoszenie, by dołączyli do nas inni poznańscy projektanci. Zwłaszcza że w tym mieście jest sporo marek i są siły przerobowe. Oprócz Magdy Hasiak, z którą pracujemy od początku, zgłosił się jednak tylko duet RAD (awangardowi ulubieńcy krytyków minionego roku – przyp. aut.) – przyznaje Inez Wicher.

Vicher
Fot: materiały prasowe

Jak twierdzi, nie mogły postąpić inaczej. – Po tym, jak Polsat wyemitował krótki materiał o naszej inicjatywie, dostałyśmy dziesiątki listów ze szpitali z całej Polski, z prośbą o wsparcie. Uznałyśmy, że skoro mamy ludzi i warunki, możemy to zrobić – opowiada.

Inna sprawa: nie chcą odbierać nadziei pracownicom. – Jesteśmy za nie odpowiedzialne jak za rodzinę. Nie możemy im powiedzieć: „zwalniamy was, bo nie ma zakupowego flow” – mówią siostry. To kilkanaście krawcowych, krojczych, konstruktorek, współpracowniczek. Na jak długo projektantkom starczy funduszy? Na jakieś dwa miesiące. – Nie mamy oszczędności jak potentaci na rynku – przyznają.

Nadal jednak projektują i pracują nad kolekcją jesienną. Jak mówią, nie da się po prostu odciąć od marki i ludzi nią związanych – Działamy na oparach, z wiarą, że coś w końcu drgnie. Nasze klientki nas znają, ufają nam i do nas wracają – pociesza się Inez Wicher.

Po pierwsze: kolory

Jest do czego wracać. Vicher, jedna z głośniejszych obecnie polskich marek, działa od 2017 roku. Wcześniej siostry, na fali popularności marek odzieżowych dla dzieci, postanowiły projektować ubranka dla kilkulatków. Wytrzymały rok.

Paradoksalnie – bo obie mają po troje dzieci – nie czuły się w tym dobrze. Co innego ich obecna autorska marka. Jest chwalona w poświęconej modzie prasie, doceniona przez blogerów i branżę, mocno wyróżnia się na tle oferty.

Po pierwsze, kolor. Jak u Almodovara, czyli niemal awangardowy, bo w Polsce, z nielicznymi wyjątkami, rządzą szarości, beże i czernie. – U nas nie ma barw pośrednich: albo opcja full, albo barwy monochromatyczne – przyznają projektantki. Skąd inspiracje? Ze sztuki: Van Gogh, Toulouse-Lautrec, Chagall, Kahlo, Rothko. – Ostatnio nawet, przy drobnej melancholii, przemyciłyśmy głębokie brązy z Rembrandta – opowiadają.

Vicher
Fot: materiały prasowe

Po drugie, śmiała forma. Vicher to nie klasyka, tak ceniona u nas zarówno w casualu, jak i, nazwijmy to, strojach wizytowych. Kombinezony, wyraziste sukienki, „oversize’owe” swetrzyska czy płaszcze, a wiele z tego utrzymane w estetyce lat 70. – Lubimy mówić o naszych projektach „wysmakowany maksymalizm” – twierdzą projektantki.

Asceza i rzemiosło

Co ciekawe, może na zasadzie kontrastu, w dzieciństwie często doświadczały typowej dla mnichów ascezy. W sensie dosłownym. Najmłodsze lata, dzięki ciotce – zakonnicy, spędzały m.in. w klasztorach, wśród – jak dziś wspominają – sióstr grających w ping-ponga, ale także u wujka, księdza i filozofa.

Rodzice „pozbywali się” córek na trzy tygodnie, więc siostry Wicher jeździły na wakacje do zgromadzeń zakonnych we Francji czy do Krakowa.

Wydawać by się mogło, że za murami klasztoru jest nuda, cisza, spokój. Tymczasem te miejsca tętniły życiem, dla nas, dzieci, fascynującym. Przesiadywałyśmy w klasztornej kuchni albo szwalni, często w barokowych wnętrzach i chłonęłyśmy tę atmosferę – wspomina Inez Wicher.

Po trzecie zaś, rzemiosło. – Plisy w solejce (spódnicy – przyp. aut.) robimy ręcznie jak w linii haute couture Diora. By powstała potrzeba 6 metrów tkaniny, na którą ręcznie nanosi się druki, a następnie ręcznie plisuje – wyjaśniają siostry. Jedwab sprowadzany jest z manufaktur we Francji czy z Włoch; niektóre z nich – jak mówią projektantki – są teraz zresztą w dramatycznej sytuacji, z powodu wstrzymania produkcji.

Swetry, jeden z rozpoznawczych produktów marki, wykonują z kolei zaprzyjaźnione artystki. – Zebrałyśmy grono rękodzielniczek; to dziewczyny z dyplomami szkół artystycznych, pilnują ściegu nitki, wykończeń i wszystkiego, co sprawia, że każda z dzianin to dzieło sztuki – mówi Inez Wicher.

– Czasem słyszymy: idźcie w ilość, a nie jakość, za trzysta złotych sprzedacie wasze swetry w tysiącach sztuk, ale nam zależy, by w produktach marki widoczna była pasja, tradycja, talent. Nie bez powodu wspieramy wymierające zawody – opowiadają projektantki.

Modowy eksperyment, który się powiódł

Skąd ten pomysł i świadomość? Po ukończeniu studiów humanistycznych zainteresowały się designem. Poznań temu sprzyjał. Jakieś 10-15 lat temu właśnie tam zaczęło się prawdziwe szaleństwo na punkcie wzornictwa. W znacznej mierze to zasługa Piotra Voelkla, współzałożyciela uczelni SWPS i School of Form oraz właściciela m.in. meblarskiej marki Vox.

Z jego inicjatywy do Wielkopolski zaczęli przyjeżdżać eksperci związani ze wzornictwem, tacy jak znane badaczki trendów Li Edelkoort czy Zuzanna Skalska, a także Anna Meroni, profesorka na wydziale designu politechniki w Mediolanie.

W ramach Concordii, platformy współpracy rozmaitych twórców, która z czasem przekształciła się w Concordia Design, pierwsze w Polsce prywatne centrum designu, uczyli metodologii pracy. To tu, w multidyscyplinarnych zespołach, swoje doświadczenia wymieniali m.in. Tomek Rygalik, Anna Orska czy Tomasz Augustyniak.

Vicher
Fot: materiały prasowe

– Przez kilka lat współorganizowałyśmy te warsztaty, ale też i uczęszczałyśmy na nie. Miałyśmy możliwość poznania know-how, studiowania wzornictwa, zdobywania umiejętności adaptacji starego rzemiosła czy wykorzystywania konkretnych narzędzi – tłumaczy Katarzyna Wicher. Dzięki spotkaniom dowiedziały się też, że praca projektanta nie ogranicza się do tego, co wymyśli. Realizacja projektów wymaga bowiem zespołu ludzi.

Siostry, które ukończyły również projektowanie ubrań na podyplomówce na ASP w Łodzi pod okiem uznanych projektantów, Michała Szulca i Gosi Czudak, przyznają jednak, że mimo wszystko marka Vicher była eksperymentem.

Nie miałyśmy pieniędzy ani inwestora, zaczynałyśmy od pojedynczych sztuk. Ryzykowałyśmy wszystkie nasze oszczędności. Teraz inwestorzy się  zgłaszają, ale jesteśmy sceptyczne. Gdybyśmy słuchały speców tej branży, nie robiłybyśmy takiej mody i pewnie dawno by już nas nie było – mówią.

Na szczęście, do czasów pandemii, los im sprzyjał. – Do niedawna! Płakać nam się chce, jak pomyślimy, że podczas ostatnich targów w Paryżu, na których się wystawiłyśmy, zdobyłyśmy pierwsze zamówienia do butików we Francji czy na Brooklynie, i że dostałyśmy propozycję pokazania kolekcji na fashion weeku w Sankt Petersburgu – wyliczają projektantki.

Pocieszeniem pozostają tak zwane #vichersis, czyli wierne fanki i klientki marki. Ile ich jest? Projektantki szacują, że kilka tysięcy. W obecnych, ciężkich dla branży mody czasach, to najlepszy kapitał.

Zamknij
Zamknij