Szukaj

Anna Orska: „Szkoda mi czasu na błędy”

– Nie mam czasu na tworzenie rzeczy, które będą źle wyglądać – mówi Anna Orska, jedna z najbardziej znanych polskich projektantek biżuterii. To prawda, jest bardzo zajęta. Wysoko zawiesiła poprzeczkę.  

Biżuterię zaczęła tworzyć ponad dwadzieścia lat temu, także dla największych marek. Od 2009 roku działa pod własnym nazwiskiem. Rzadko sięga po klasyczne surowce; im bardziej niestandardowe ich pochodzenie i trudniejsza technika obróbki i zdobień – tym dla niej lepiej.

O jej oryginalnych, trudnych do zdefiniowania, a jednocześnie łatwo rozpoznawalnych projektach mówi się „charakterne”. Dziś jest najbardziej uznaną polską projektantką biżuterii.

Trafić do źródła

Mimo niewątpliwego sukcesu komercyjnego metody jej pracy bywają ekstrawaganckie. Od wielu lat bowiem jej praca ściśle związana jest z podróżami do najtrudniej nawet dostępnych miejsc globu i nauką lokalnego rękodzieła, kultury i technik pracy z egzotycznymi z europejskiego punktu widzenia materiałami.

Wyjeżdża dwa razy do roku: za każdym razem zmienia się kierunek wypraw, choć nie sposób ich organizacji. To w niewielkim tylko stopniu kontrolowana improwizacja. 

– Niedawno wróciłam z Peru. Chciałam zgłębić poznane wcześniej w Meksyku metody tkania z wełny alpak czy lam, trafić do ich źródła. Poleciałam więc do peruwiańskiego Cuzco, by na miejscu dowiedzieć się, dokąd dokładnie powinnam się udać – opowiada Anna Orska.

Anna Orska Peru
Fot: archiwum prywatne

– Gdy miejscowi rzemieślnicy opowiedzieli mi o górskich dolinach, w których tkają całe rodziny, wsiadłam w autobus, później złapałam stopa, i dojechałam – opowiada projektantka.

Na wysokości 4- 5 tys. n.p.m., znalazła małe wioski żyjące z rolnictwa i właśnie tkactwa. Ich mieszkańcy sami hodują zwierzęta, ścinają im wełnę, przędą i barwią naturalnymi barwnikami z ziół, roślin czy owadów. 

– Znałam tkactwo z Akademii Sztuk Pięknych, a tam można było tkać w dowolnym miejscu, w dodatku z majestatycznym widokiem na Andy. Wbija się kołek na przeciwko siebie, siada z wyprostowanymi nogami w odległości dwóch metrów i tka.

– To skomplikowane, bo robi się to dwuosnowowo, czyli tak, by ornament nie miał prawej i lewej strony, lecz z dwóch stron wyglądał tak samo „ładnie” – wspomina Orska.

Bezsenność w Wietnamie

Owocem pracy są dwa prototypy modelu do kolekcji. – Jeden zabieram ze sobą, drugi zaś zostawiam im na miejscu; by wiedzieli, jak powielić je w liczbie od kilku do kilkudziesięciu sztuk, które u nich zamówię. 

Wracając bowiem do Polski, Orska składa u rzemieślników zamówienie, wpłaca zaliczkę i po prostu liczy na to, że odeślą jej gotowe modele.

Problemy logistyczne są na porządku dziennym: w trudno dostępnych obszarach Meksyku, na przykład, po kilku próbach udało jej się w końcu wysłać kuriera do jednej ze wsi; odebranie towaru zajęło mu dwa miesiące.

Sposób podróżowania i działania wszędzie jest podobny. – W Wietnamie chciałam zatrudnić się na plantacji podwodnych pereł, tyle że dostęp do nich jest pilnie strzeżony – wspomina.

– Nie zdążyłam się jednak rozczarować, a już dostałam cynk, że całkiem niedaleko istnieje wieś, która zajmuje się wyrobem towarów z laki: parawanów, ram do obrazów, mebli. Pojechałam tam, poznałam kogo trzeba i nauczyłam się tej techniki – opowiada.

Wymagającej, trzeba dodać, bo dla pożądanego efektu co pięć godzin nakłada się nową warstwę laki. Dlatego praktycznie nie spała. Gonił ją czas, bo w każdym z takich miejsc spędza zaledwie miesiąc. W ten sposób powstały jednak zupełnie nowe komponenty do biżuterii. 

Od Peru, przez Bali do Nepalu

Orska przyjęła zasadę, że najpierw poznaje technikę, a dopiero potem zabiera się za projektowanie. – Nie mam czasu na popełnianie błędów i tworzenie czegoś, co będzie źle wyglądać – mówi.

Tę dyscyplinę wyniosła ze szkół. A studiowała projektowanie mebli i wzornictwo na poznańskiej ASP; w tej łódzkiej obroniła doktorat i zrobiła habilitację, na Politechnice Koszalińskiej zaś uzyskała tytuł profesora nadzwyczajnego.

Na Bali w niemal zapomnianej miejscowości w głębi lądu, wraz z lokalną ludnością rzeźbiła w kościach bawołów.

Zamieszkała w zaprzyjaźnionym gospodarstwie, podpatrywała twórców specjalizujących się w konkretnym ornamencie: skrzydłach ptaków czy roślinach, dla przykładu.

Anna Orska Peru
Fot: archiwum prywatne

Warunki podczas takich wyjazdów niemal zawsze są spartańskie. – Na początku myślałam, że połączę wakacje z pracą, ale szybko pozbyłam się złudzeń. Nie ma chwili, żeby odetchnąć – przyznaje.

Jak mówi, wyobrażała sobie, że poszukiwaniom mistrzów rękodzieła w różnych dziedzinach towarzyszyć będzie relaks i niespieszne zgłębianie egzotycznych kultur, tymczasem czas dzieli na zdobywanie ich zaufania i – w drugiej części – po prostu na ciężką fizyczną pracę.

– Po powrocie z Peru byłam wycieńczona; marzyłam, by w końcu wrócić do domu, bo walczyłam z chorobą wysokościową. Ale wiem, że takie wyjazdy to fantastyczny patent na rozwój – uważa projektantka.

Inaczej – jak twierdzi – się nie da. Wybierając się do Nepalu, na przykład, research robiła w Polsce. Zdalnie wynajęła też warsztat w Katmandu. Na miejscu okazało się, że to zwykły garaż, w którym literalnie nie ma nic.

Dlatego trochę czasu zajęło, zanim mogła oddać się repusowaniu, czyli zdobieniu blach poprzez wybijanie wgłębień, dających po drugiej stronie wypukły wzór.

A skąd w ogóle pomysł? -Szukałam czegoś ciekawego; czegoś co ma swoją historię. Po latach projektowania klasycznej biżuterii uznałam, że byłoby fajnie gdyby przedmiot niósł za sobą coś więcej niż tylko to, że jest ładny. 

Diamenty jak grudki ziemi

Markę Orska założyła w 2009 roku. Początkowo tworzyła dla zabawy. Jak twierdzi, zaskoczył ją rynek, a fakt, że ludzie zechcieli kupić jej projekty i że nie musi tworzyć do szuflady, dodał jej odwagi.

Jej pierwsza kolekcja, wykonana z zardzewiałych lin wyłowionych z mórz i oceanów, sprzedała się w kilka tygodni. 

Upcykling, czyli nadawanie nowej wartości niepotrzebnym przedmiotom czy materiałom stał się jej znakiem rozpoznawczym: stosowała go zanim stało się to modne.

Tworzyła z rzemieni, papieru, bambusa, ale i z elementów wyciągniętych ze starych silników samochodowych. Zostało jej to do dziś, by wspomnieć zrzucone jelenie poroże czy też stanowiące surowiec uboczny wspomniane rogi hodowanych na mięso bawołów. 

Z czasem małą pracownię zmieniała na coraz większe, zarabiała na sprzęt. – Spełniałam marzenia, co zresztą trwa do tej pory. Do tej pracowni mogłabym kupić wszystko i wydać każde pieniądze – twierdzi Anna.

Anna Orska Peru
Fot: archiwum prywatne

Z W.Kruka odeszła sześć lat później, w 2015 roku; dziś zatrudnia kilkanaście osób w swojej pracowni plus po kilka w swoich czterech butikach.

Od klientów, jak mówi – dostała wolną rękę na robienie szaleństw. – Trafiłam na idealną grupę docelową. Teraz po prostu kupują w ciemno, przez telefon, co nieustannie mnie nakręca – cieszy się projektantka. Tak było z kolekcją z nieoszlifowanych diamentów, wyglądających jak grudki ziemi: sprzedała się w trzy dni.

Jej sprzedażowe evergreeny? Bransoletka z kilku połączonych ze sobą obręczy, asymetryczne kolczyki, jak nie do pary oraz – ostatnio – naszyjniki utkane w Peru, przypominające golf od swetra.

To kobiety, bo mężczyźni, wierna grupa klientów Orskiej, wybierają piny –  przypinki z motywami pszczoły, insektów czy miłosny górskiej, tj. kwiatka z mosiądzu w nietypowym jak na Orską różowym kolorze.

Panowie kupują po kilka i noszą jednocześnie, wpinając, na przykład, w rękaw. – Nieustannie mnie zadziwiają; gdy przebywam czasem w butikach, by pomóc w sprzedaży, wychodzę uskrzydlona, widząc kto do nich przychodzi – opowiada Orska.

W kwietniu miała wyruszyć w kolejną podróż projektową. – Bilety lotnicze już kupione, apetyt na przygodę duży, ale oczywiście zostanę w domu. Nowa kolekcja musi poczekać. Jestem jednak pewna, że „co się odwlecze…” – wierzy Anna.

Zamknij
Zamknij