Szukaj

Julia Turewicz: „chcemy dawać gwarancję odpowiedzialności”

W czasach globalnego kryzysu wywołanego przez pandemię, polska marka pokazuje światowym gigantom świata mody, że można być „eko” nie tylko w formie deklaracji, ale naprawdę, od początku do końca, od A do Z. Ta marka nazywa się Nago

Początek Nago wyglądał tak: Julia Turewicz i Jasiek Stasz, od wielu lat związani z rynkiem mody w Polsce, uznali, że trzeba zrobić coś dobrego dla siebie i dla Ziemi. W ich głowach narodził się projekt w pełni transparentnej marki modowej, którą nazwali Nago.

Od pomysłu do realizacji minęło zaledwie kilka miesięcy. Dziś, tuż przed drugą rocznicą powstania, Nago może pochwalić się rozpoznawalnością w wielu krajach na świecie, a twórcy marki mają coraz większy wpływ na zmiany na polskim rynku mody. Z Julią Turewicz rozmawiamy o tym, jak narodził się pomysł na Nago, dlaczego marki modowe powinny mówić szczerze o tym, jak wygląda proces produkcji ubrań i co w myśleniu o ekologii w modzie zmieniła tegoroczna pandemia.

Nago: moda i ekologia

Świetnie poradziliście sobie w czasach pandemii, podczas gdy innym, o wiele bardziej doświadczonym markom, nie udało. Jaka jest wasza recepta na ciężkie czasy?

Julia Turewicz: To, że jesteśmy tacy młodzi, paradoksalnie pomogło nam przetrwać. Jesteśmy małą, elastyczną organizacją, w której każdą decyzję można podjąć szybko, w ciągu jednego dnia. Z drugiej strony mieliśmy szczęście, które można też nazwać intuicją. Dwa tygodnie przed lockdownem w Polsce, wypuściliśmy linię athleisure, która miała być dodatkiem do naszych kolekcji. Dostawaliśmy informacje od klientów, że ubrania do ćwiczeń dostępne w sklepach szyte są ze sztucznych tkanin, że mało jest rzeczy naturalnych i oddychających – a to szczególnie ważne dla osób ćwiczących jogę czy pilates. Nasza linia athleisure okazała się strzałem w dziesiątkę, bo ludzie zamknięci w domach chcieli ćwiczyć. Poza tym trzeba było pokazać się na Instagramie (śmiech). Każdy chciał jakoś sobie poprawić humor, zastosować coś w rodzaju autoterapii.

Przeczytaj też: Zuzanna Skalska: „Świat pękł. Ratujemy go dla naszych wnuków”. Najważniejsza polska analityczka trendów o tym, co zmienił rok 2020

To nam bardzo pomogło, okazało się core’em sprzedaży, podobnie jak bluzy. Wszystko zaczęło się kręcić wokół rzeczy wygodnych, sprawdzających się w domu i na spacerze. Szybko zmieniliśmy też podejście do letniej kolekcji. Mieliśmy juz zaprojektowane rzeczy wyjściowe, na imprezy, na sezon weselny. Wycofaliśmy się z tego, choć sample były gotowe. 

Zamknięcie granic podczas lockdownu nie przeszkadzało w dostawach materiałów do produkcji?

JT: Utrudniało to sytuację, szczególnie w kontekście dostępu do tkanin, bo najwięcej sprowadzamy z Turcji, Włoch czy Portugalii. Turcję zamykano dwa lub trzy razy, pozamykane były fabryki, transporty czekały na granicach. Opóźnienia były spore i to nas mocno stresowało.

Oczywiście pojawiały się wtedy pokusy, żeby skorzystać z czegoś, co jest bliżej, taniej, choć nie jest zgodne do końca z filozofią marki. Ale po chwili przychodziło otrzeźwienie – musimy być wierni swoim zasadom, rzeczy później pojawią się na rynku, ale jakoś sobie poradzimy. Był to dla nas czas wzmożonych działań, to pozwoliło nam przetrwać.

Dla kogo ma być Nago?

JT: Głównie dla kobiet. Mamy też męską linię, ale i te ubrania kupują kobiety dla swoich facetów. Na początku myślałam, że naszą klientką będzie kobieta w moim wieku i trochę starsza, a więc 35+. Okazało się, że kupują nas też nastolatki, które oszczędzają pieniądze, albo proszą rodziców o prezent.

To, co łączy wszystkich klientów Nago, to świadome podejście do życia i zakupów. Nie rezygnują zupełnie z mody, ale chcą ją kupować świadomie. Analizują z czego są zrobione ubrania, domagają się certyfikatów, sprawdzają pochodzenie materiałów, gdzie i jak je szyjemy. Chcą ubierać się w trendzie, ale nie sezonowym. Przerobili już temat etycznych kosmetyków, zdrowego odżywiania, jakościowego spędzania czasu, ćwiczą raczej jogę niż sporty ekstremalne. Moda to dziedzina, w której jeszcze dużo trzeba w tym kierunku zrobić, bo rynek wciąż za mało wymaga, na przykład pod względem obowiązujących przepisów.

Dlaczego tak się z tym zwleka? Mowa o ogromnym i ważnym przemyśle. Sektor mody jest potężny, generuje 2% światowego PKB. 

JT: Pojawiły się priorytety. Nie tyko na świecie, ale w Polsce. Jedzenie wprowadzasz bezpośrednio do organizmu i efekty są natychmiast odczuwalne. Jesteś tym, co jesz. Do tego obawa przed nowotworami, na rozwój których ma wpływ żywność przetworzona – w tym wypadku nie można było czekać, konsumenci się tego domagali.

Przeczytaj też: Jest dowód: Pranie dżinsów szkodzi oceanom tak, jak plastik

W przypadku kosmetyków jest podobnie – czujesz, jak w ciebie wnikają. W kwestii ubrań konsumenci zachowują się w większości wciąz inaczej – nie mają świadomości, że tkaniny mają styczność z największym organem, skórą. A ona wchłania wszystkie substancje, nierzadko toksyczne. Tak to wygląda po stronie klientów. Z drugiej strony wiele firm nie ma żadnego interesu we wprowadzaniu regulacji, bo wymaga to zmiany w podejściu do produkcji, nowych inwestycji. 

Łatwiej jest uprawiać „greenwashing”, ekościemę.

JT: Jasne, łatwiej skupiać komunikację na mini kolekcjach, doklejać zielone metki: Conscious, Eco Aware, Join Life. Gdy zaczynasz się w nie wczytywać, okazuje się, że nie ma tam obietnic. Przeciwnie. Dowiadujesz się z tych metek, że jakiś procent bawełny organicznej może być w tej linii wykorzystany, ale nie musi…

Konsumenci dają się nabrać, ale nie można ich za to winić. Nie muszą znać się na składach, nie muszą wczytywać się w każdą metkę.

My, z szacunku do klienta, od początku trzymaliśmy się naszej filozofii. Jasne, że byłoby łatwiej czasami przymknąć na coś oko, szybko zarobić, nie zastanawiać się, czy budżet nam się zepnie czy nie. Z Jaśkiem (Jasiek Stasz, współwłaściciel Nago – przyp.red.) zainwestowaliśmy w tę firmę oszczędności życia. Chcemy jednak być marką, która daje gwarancję jakości, eko i odpowiedzialności. Stracić zaufanie jest łatwo, odbudować – bardzo trudno. 

Jak powstawała filozofia Nago?

JT: Z Jaśkiem znamy się od liceum, potem pracowaliśmy razem w tworzeniu platformy Showroom. Już wtedy mieliśmy dużo przemyśleń na temat mody i kupowania. Wówczas, w Showroomie, odpowiadaliśmy za wyniki, musieliśmy więc tak działać, żeby klienci chcieli kupować coraz więcej rzeczy.

W końcu mnie to zmęczyło, pomyślałam: czy ludzie potrzebują tego wszystkiego? Zaczęła nas przerażać samonapędzająca się moda, spadek jakości, spadek cen – tylko po to, by ludzie kupowali więcej.

Jasiek odszedł z Showroomu, firmy którą współtworzył, i pojechał w podróż dookoła świata. Stopniowo on i ja zaczęliśmy odchodzić do szybkiego stylu życia, zwracaliśmy uwagę na kosmetyki, na to, co mamy na talerzu, jaki mamy stosunek do śmieci, do kupowania.

Julia Trusewicz z Nago: chcieliśmy mieć prostą, dobrze brzmiącą nazwę

Nie oszaleliśmy, nie jesteśmy święci, funkcjonujemy w mieście, choć dziś robimy to o wiele bardziej świadomie. Myślimy o naszym wpływie na środowisko. Wiemy, że ten stary porządek musi się zmienić. To wynika z wielu rozmów, które prowadziliśmy ze specjalistami z całego świata. Poczuliśmy więc dość szybko, że takie myślenie w biznesie za jakiś czas będzie już obowiązywało. Biznesy ekologiczne rosną w siłę.

Nago sesja
Sesja zdjęciowa promująca kampanię Nago. Zdjęcia: Borys Synak

Po powrocie Jaśka zaczęliśmy rozmawiać o zrobieniu czegoś wspólnie. Oboje mieliśmy doświadczenie w modzie, więc był to naturalny wybór. Od lat obserwowaliśmy historie porażek i sukcesów polskich firm. Wiedzieliśmy, co powinno zadziałać, a co nie. Orientowaliśmy się świetnie w zagadnieniach PR-owych czy marketingowych, ale o produkcji nie wiedzieliśmy nic. To był dla nas nowy obszar, ale się udało. 

Ile trwały przygotowania do startu?

JT: Niedługo. Zaczęliśmy zamawiać materiały wiosną, wakacje były czasem przygotowań, ruszyliśmy w październiku. Trochę więcej niż trzy miesiące. 

Bardzo szybko.

JT: To dlatego, że zawsze myślimy praktycznie, osiągamy cele małymi krokami. Na początek wypuściliśmy niewielką liczbę produktów, żeby sprawdzić, czy się spodobają. To był dobry pomysł, mieliśmy informacje od klientów, dopracowywaliśmy rzeczy, testowaliśmy materiały, szwalnie, wprowadzaliśmy zmiany, uczyliśmy się na błędach. 

Wybraliście dość zaczepną nazwę – Nago. Wyjaśniacie, że chodzi wam o „nagą prawdę”. Jak reagują na to klienci?

JT: Chcieliśmy mieć prostą, łatwą nazwę, brzmiącą dobrze w Polsce i za granicą. Do tej pory wszyscy reagują na nią sympatycznie. Oznaczają nas, piszą komentarze w sieci „nago, ale ubrany”, „cała nago”. Pojawia się dużo żarcików, ale miłych.

Jakie przeszkody stoją w Polsce przed marką ekologiczną, która chce być w pełni transparentna?

JT: Coraz więcej marek chce być postrzeganych jako ekologiczne. Wykorzystują nasze cytaty, ale nie idzie za tym jakość, ani transparentność. Czytamy wypowiedzi właścicieli tych marek, że „zawsze byli eko, ale nie wpadli na to, żeby o tym mówić”. Przecież to absurd. Poza tym wiemy, z jakich materiałów szyją, skąd je pozyskują.

Ktoś mówi, że jest eko, a produkuje sweter z 50% wełny i 50% akrylu. Przeżywam to, że takie rzeczy się sprzedają, że nie ma weryfikacji.

Rozmawiam z ludźmi z branży i słyszę, że nie proszą o certyfikaty, bo „to bez sensu”. Jak to bez sensu, skoro nas o certyfikaty proszą nawet klienci? W Nago każda rzecz musi mieć certyfikat.

Jak się zdobywa takie certyfikaty?

JT: Sprawdzasz producentów i prosisz ich o okazanie certyfikatów. Wiele razy słyszeliśmy, żebyśmy zaczęli zaliczkować, robić sample, bo przecież certyfikaty są, a potem otrzymywaliśmy odręcznie napisaną kartkę z pieczątką. Najgorsze, że wiele marek się na to godzi. Wierzy na słowo. Jak to możliwe?

Nasze klientki w Niemczech dokładnie nas sprawdzają. Nie przejdzie tam „bycie eko” bez dowodów.

Oczywiście takich certyfikatów nie wywieszamy na stronie, są to rzeczy w jakimś sensie poufne, bo związane z produkcją. Ale jeśli się do nas zgłosisz z prośbą o ich udostępnienie, to je dostaniesz. Firmy uprawiają „greenwashing” nie tylko na poziomie tej wspomnianej już zielonej metki, ale i głębiej, na poziomie produkcji. To przykre. Postępuje tak wiele marek uznających się za naszą konkurencję. Dla mnie ważna jest otwarta komunikacja. Mydlenie ludziom oczu jest słabe. W innych krajach działa to już inaczej.

Nago też jest obecne zagranicą. 

JT: Jesteśmy dostępni w kilkunastu butikach w Europie, sprzedajemy w San Francisco, w kilku butikach w Chinach, gdzie żyje sporo eko-freaków. Covid pokrzyżował nam plany, wcześniej lataliśmy na targi czy spotkania. Teraz przystopowaliśmy. Skupiamy się na obecności swoich kanałów za granicą. Pod tym kątem też szybko zmieniliśmy strategię. Nie można się trzymać kurczowo wcześniej obranych dróg. 

Nago sesja
Sesja zdjęciowa z kampanii promującej kolekcję Nago. Zdjęcia: Borys Synak

Na początku lockdownu sądziliśmy że w modzie zapanuje minimalizm, a w życiu codziennym powrót do społeczności, ekologicznego życie. Z drugiej strony, z historii mody wiemy, że po kryzysach najczęściej przychodzi karnawał.  Co będzie z modą? Co z ekologią?

JT: Na początku byłam do tego optymistycznie nastawiona, myślałam, że pandemia skłoni ludzi do refleksji, że to wszystko było po coś. Miałam nadzieję, że zmienimy swoje zachowanie, bo na naszych oczach rozmarza wieczna zmarzlina. W niej zahibernowane są  wirusy, z którymi nie umiemy walczyć.

Teraz obawiam się, że wszystko idzie w drugą stronę. Jednorazowe maseczki, rękawiczki, torebki, kubeczki – to wszystko jest naszą codziennością i ekologicznym koszmarem.

Ludzie myślą o własnym, doraźnym bezpieczeństwie. Praca, którą przez ostatnich kilka lat wykonaliśmy, poszła w tym roku na marne. Znów się cofnęliśmy. Poza tym sieciówki mają się całkiem dobrze, część odczuła kryzys, ale stworzyły lepsze sklepy online. Ludzie są w stanie znieść sporo stresu, ale potem muszą odreagować. Boję się, jak będzie wyglądać przyszłość. Dalej napędzamy konsumpcjonizm.

Pandemia zmieniła wasz sposób rozumienia biznesu? Nauczyła was czegoś nowego?

JT: Przede wszystkim tego, że trzeba ufać intuicji, szybko podejmować decyzje, choć nie jest to łatwe. Przed wybuchem pandemii prowadziliśmy zaawansowane rozmowy z inwestorami. Jednak biznes naszego inwestora w początkowej fazie lockdownu bardzo ucierpiał, więc nadal musieliśmy się samofinansować.

Nago: każda rzecz musi mieć certyfikat

Dało nam to siłę, zrozumieliśmy, że pod kątem biznesowo-finansowym świetnie sobie poradziliśmy, pozostaliśmy  niezależni. Nawet, jeśli teraz będziemy chcieli się starać o finansowanie zewnętrznie, to już z innej pozycji – wyszliśmy z kryzysu, jesteśmy na zupełnie innym etapie. Jednak na razie chcemy prowadzić Nago we dwójkę, z własnym finansowaniem. Uwierzyliśmy, że idziemy we właściwym kierunku. 

Powiedziałaś wcześniej, że tkaniny sprowadzacie głównie z Turcji, w swoich projektach wykorzystujecie też recyklingowane zamki, guziki z kokosa i orzechów. Da się zrobić markę ekologiczną w Polsce od A do Z?

JT: Wszystkich komponentów w Polsce kupić się nie da. Zrobiliśmy research i okazało się, że nawet jeśli kupujemy coś od polskiego producenta, to i tak części składowe, na przykład przędza, są z Indii czy Turcji.

Julia Turewicz Nago
„Biznesy ekologiczne będą rosły w siłę” – przekonuje Julia Turewicz. Fot: materiały prasowe

Na obecną chwilę nie da się więc tego zrobić, choć rynek się zmienia. Dwa lata temu, kiedy zaczynaliśmy pierwsze rozmowy, wciąż słyszeliśmy „nie”, „nie opłaca się”, „kto to kupi?”. Dziś za to słyszymy, „okej, może się da, sprawdzimy”. Minęły 4 sezony w modzie, a zmiana na rynku jest potężna.

Sieciówki też zaczęły się interesować ekologicznymi materiałami. Producenci rozumieją, że jeśli przetestują pewne rzeczy na nas, to może ktoś z LPP też zainteresuje się takim produktem.

Mniejsze marki, jak nasza, są dla producentów polem do testów. Nadal jednak próbuje się oszukiwać przy certyfikatach. W Turcji nie zdarzyło nam się to nigdy, bo każdy ma świadomość, że nie może sobie na coś takiego pozwolić.

W jakim miejscu jest dzisiaj polski rynek ze swoim podejściem ekologicznym? Co nas czeka?

JT: Jesteśmy, jak ze wszystkim, w tyle. Za USA na pewno, podobnie jak za sąsiadami zza naszej zachodniej granicy. Z drugiej strony zaobserwowałam, że coraz bardziej interesujemy się ekologicznym stylem życia. Kilka dni temu brałam udział w głosowaniu nad budżetem partycypacyjnym w Warszawie, robię to od wielu lat. Widzę, jak wiele przybyło w ciągu ostatnich lat projektów związanych z zielenią.

W Polsce coraz mocniej będziemy doświadczać skutków globalnego ocieplenia, więc siłą rzeczy będziemy poświęcać temu coraz więcej czasu i miejsca. W wielu sytuacjach – to pozytywne aspekty mody – wstyd jest po prostu pewne rzeczy robić: pić z plastikowej słomki, ładować warzywa do jednorazówek, być fajną marką i pakować produkty w plastik.

Coraz więcej firm ma świadomość, że bycie „nie-eko” przestaje się opłacać biznesowo.

Najczęściej na producentach takie pro-ekologiczne zachowania wymuszają konsumenci. Coraz więcej osób nie je mięsa. Zobacz, ile powstało knajp wegetariańskich czy wegańskich. Tradycyjne restauracje zazwyczaj mają w karcie chociaż jedno danie wege. Jeszcze pięć lat temu to nie było takie oczywiste.

Dużo się zmienia na naszych oczach. Jeśli można mówić o dobrym działaniu trendów, to właśnie jest doskonały tego przykład. Zaczynamy zadawać pytania, często niewygodne. Koronawirus sprawił, że zrobiliśmy krok wstecz, jednorazowe rzeczy będące w ostatnich latach obciachem, teraz stały się gwarancją bezpieczeństwa. Ponownie musimy wykonać tę samą pracę. To krok w tył, ale za chwilę zrobimy dwa w przód. Wierzę w to.

Zamknij
Zamknij