Szukaj

Marta Stefańczyk: „klasyczny dress code przetrwa”

Budowanie wiarygodności w biznesie jest mocno związane z tym, jak się wygląda. Wizerunek to jedna z wartości korporacji. Degradacja dress code’u jest więc dla mnie nielogiczna – mówi Marta Stefańczyk, twórczyni i prezeska szyjącej na miarę marki Cafardini.

Ostatnie miesiące przyspieszyły rozluźnienie się służbowego kodu ubioru, z którego przestrzegania i tak od kilku lat rezygnowało coraz więcej firm. Teoretycznie więc, szyte na miarę garnitury nie powinny mieć świetlanej przyszłości; zwłaszcza obecnie, kiedy do wygranej z koronawirusem jest daleko i konieczność osobistych kontaktów budzi obawy.

Paradoksalnie jednak, tworzenie ubrań na zamówienie może być receptą na przetrwanie stroju formalnego. Uważane do niedawna za sympatyczny relikt dla garstki entuzjastów, dziś postrzegane są jako nowoczesne.

Szycie na miarę jest zaprzeczeniem masowej nadprodukcji, skutkującej tysiącami ton niesprzedanych ubrań.

Jest też transparentne, etyczne, trwałe. A do tego wykonywane lokalnie, przez wysokiej klasy rzemieślników. Reprezentuje więc wszystko, co stanowi obecnie w modzie wartość nadrzędną.

Dress code w czasach homeoffice

– Klient jest bardziej świadomy procesu powstawania ubrania. Zwraca uwagę, z czego jest uszyte, docenia jakość tkanin, wie, że to wełna a nie poliester, że została utkana we Włoszech z włókna z Nowej Zelandii, wie, gdzie jest uszyte, cieszy go, że powstaje w godnych warunkach – przyznaje Marta Stefańczyk.

Czytaj też: Ania Kuczyńska: „trzeba mieć twardą wizję biznesu”

Choć korporacyjny kod ubioru coraz częściej dostosowywany jest do oczekiwań pracownika, któremu trudno cokolwiek w tej kwestii narzucić, to zdaniem Marty Stefańczyk klasyczny styl jest mocno zakorzeniony.

– Owszem, w interesie mojej firmy jest, by mężczyźni nosili garnitury, ale w dobrze skrojonym ubraniu człowiek wzbudza po prostu szacunek i zaufanie. Zwłaszcza, że my akurat koncentrujemy się na topie biznesu, a tam dbanie o jakość dress code’u niezmiennie jest ważne. T-shirty zamiast uszytej na miarę marynarki? Warto zadać sobie pytanie, co chcemy osiągnąć poprzez własny wizerunek – uważa Stefańczyk.

Fot: Grzegorz Pastuszak
Marynarka uszyta na miarę. Fot: Grzegorz Pastuszak

Oczywiście, skutki pandemii, która fatalnie wpłynęła na wyniki finansowe branży odzieżowej, nie ominęły także usługi szycia na miarę. W przypadku klientów indywidualnych, wielu z nich zmuszonych zostało do odwołania własnych ślubów.

– Wstrzymaliśmy im realizację zamówienia. Szycie na miarę polega przecież także na idealnym dopasowaniu stroju, a jeśli klient przesunął ślub na przyszły rok, to jego sylwetka do tego czasu może znacząco się zmienić – mówi Stefańczyk.

Dziś ci klienci wracają. Nieśmiało, bo w przypadku szycia na miarę nieodłączny jest kontakt z drugim człowiekiem, ale skala tych powrót daje powody do optymizmu. W przeciwieństwie do klienta korporacyjnego i grupowego – Cafardini ubiera zarówno zarządy i pracowników firm aż do średniego stopnia menedżerskiego, ale też załogi prywatnych odrzutowców.

Wszelkie te zamówienia zostały wiosną wstrzymane, i – jak przewiduje Marta Stefańczyk – pozostanie tak do końca roku, zważywszy, że koncerny będą przywracać swoich pracowników do biur przez minimum sześć kolejnych miesięcy, a homeoffice, jak wiadomo, nie wymaga stosowania dress code’u. – Jakość i rzemiosło w swojej niszy zawsze jednak się obronią – wierzy Marta Stefańczyk.

Cafardini: na początku była szwalnia

Założycielka marki Cafardini swoją przygodę z branżą krawiecką zaczęła w 2006 roku od pracy przy restrukturyzacji dużego zakładu szwalniczego na południu Polski, w którym do dziś szyte są zamówienia dla Cafardini. – Błyskawicznie się zorientowałam, że masowo produkowane garnitury to nie jest mój świat – mówi Stefańczyk.

W 2005 roku, nie tracąc czasu, skompletowała wizytówki od znajomych ze świata biznesu i od przyjaciół swojego taty, chwyciła za telefon i zaczęła umawiać spotkania. Klientów odwiedzała wraz z Renatą Rachwał, krawcową, a dziś wiceprezeską zarządu, która brała od nich miary. Początkowo prywatnie, w domach, a następnie w biurach.

– Interesowała mnie koncepcja travel tailor, by klienci nie musieli jeździć do salonów i stać w korkach, by to usługa była dopasowana do nich, a nie na odwrót. W ten sposób jednak to ja pierwsze lata działalności firmy spędziłam w samochodzie – wspomina szefowa Cafardini, która wcześniej studiowała m.in. zarządzanie i marketing w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu, biznes międzynarodowy w Grenoble oraz w Akademii Przywództwa Jacka Santorskiego.

Akcesoria do garnituru Fot: Grzegorz Pastuszak
Akcesoria, bez nich nawet najlepiej uszyty garnitur będzie niekompletny. Fot: materiały prasowe

Pod naciskiem klientów – nie rezygnując z opcji dojazdu do nich, do dziś dostępnej w kilku miastach w Polsce – otworzyła jednak w końcu pierwsze małe studio w Warszawie, w hotelu Europejskim w 2008 r.; później przyszedł czas na 45-metrowy showroom przy ul. Grzybowskiej, który z czasem urósł do 150 mkw. Wielu z nich pozostało od tamtego czasu wiernych marce. – Jakieś trzy lata temu przyszedł do nas nasz pierwszy klient, z garniturem opatrzonym numerem 001; nadal go nosił – opowiada Stefańczyk.

Garnitur na miarę: nie tylko szary i granatowy

Sporo od tamtego czasu w modzie męskiej, nawet tej najbardziej klasycznej, się zmieniło. – Nogawki się skróciły i zwęziły; ich szerokość wynosiła nawet 23 centymetry, a dziś ledwie 18 centymetrów. Węższe i krótsze są też marynarki oraz ich rękawy. Zmieniła się też sama konstrukcja – ramiona są węższe niż kiedyś, a samo ubranie jest dużo lżejsze. Marynarka ma być dziś niczym druga skóra – wylicza Marta Stefańczyk.

Pogłębiła się świadomość klientów. Mniej boją się dopasowanych ubrań, otwarcie mówią, że chcą atrakcyjnie wyglądać. Wiedzą dokładnie, czego chcą.

Na przykład, na jakiej wysokości w swojej koszuli chcieliby mieć umieszczone guziki. Lubią nosić ją rozpiętą pod szyją i zależy im, by w takim wariancie wyglądać możliwie najkorzystniej. – Ważna jest też szerokość mankietów, dostosowywane są do konkretnych modeli zegarków. Dzięki szyciu na miarę nie muszą dopasowywać dodatków do ubrania tylko odwrotnie – tłumaczy założycielka Cafardini.

Na przestrzeni lat rozszerzyła się też lista powodów, dla których Polacy zamawiają ubranie na miarę. Niegdyś była to głównie nowa praca, wysokie stanowisko i uroczystości rodzinne. Dziś, jak opowiada Stefańczyk, zamawiają, bo dostali podwyżkę, bo zakochali się i chcą dobrze wyglądać, albo – wręcz przeciwnie – rozwiedli się. Co zresztą dość logiczne: są wolni, wrócili na „rynek” i chcą zaprezentować się najlepiej jak mogą. Coraz więcej mężczyzn też, których na to stać, po prostu lubi dobrze się ubrać.

Piętnaście lat temu garnitur na miarę oznaczał garnitur szary lub granatowy, mocno tradycyjny. Choć można było uszyć go z dowolnej tkaniny, klienci wybierali jedną czy dwie, najbardziej „poprawne” i nierzucające się w oczy. Dziś klienta trudno zainteresować informacją, że tkanina jest odporna na plamy. Musi mieć ona, na przykład, filtry przeciwsłoneczne.

Marynarka uszyta na miarę Fot: Grzegorz Pastuszak
Detale, to one decydują o jakości wykonania garnituru uszytego na miarę. Fot: Grzegorz Pastuszak

Klienci są też coraz odważniejsi. Jeśli wybierają zestaw koordynowany, to marynarka zazwyczaj ma wyraźną fakturę i mocną barwę, na przykład zieleni, fioletu czy bordo. W przypadku krat są to brązy z granatem, łączone zielenią. Jak mówi Marta Stefańczyk, dziś krata to nie dwa, czy trzy kolory, ale taka, na której znajdzie się ich sześć lub więcej. A wszystko to nadal wygląda elegancko.

Dlatego zdarzyło się, że klient przymierzając w atelier uszyty mu garnitur, wyrzucił do kosza ten, w którym przyszedł. – A nie była to jakaś niedroga konfekcja tylko renomowany włoski dom mody – śmieje się Marta Stefańczyk. Jak przyznaje jednak, mimo wzrostu świadomości i szacunku dla rzemiosła, nie spodziewa się wysypu marek szyjących na miarę.

– Ta kategoria rośnie organicznie, wymaga czasu, a jej paliwem napędowym jest relacja z klientem, co buduje się stopniowo – mówi szefowa Cafardini.

Zamknij
Zamknij