Szukaj

Z rąk terrorystów na nadgarstki menedżerów

Zegarki z cyfrowym wyświetlaczem przeżywają renesans. To chwilowa fanaberia czy trwałe zjawisko?

– To prawdziwy F-91W ? Mogę zobaczyć?

– Prawdziwy, szary. Mam też drugi, granatowy, bo przy zakupie pierwszego dorzucili mi go za połowę ceny. W sumie wyszło mniej niż 150 zł.

To autentyczna rozmowa, jaką przeprowadzili niedawno dwaj dziennikarze „Rzeczpospolitej”. Właściciel zegarka Casio F91-W to redaktor ekonomiczny, który z racji wykonywanej profesji ma częsty kontakt z menadżerami wysokiego szczebla. I, jak wynikało z jego wypowiedzi, ich też ogarnęło szaleństwo na punkcie wspomnianego modelu.

Ostatnio podczas spotkania z takim człowiekiem, bardzo się rozemocjonował, widząc Casio na moim nadgarstku. Powiedział, że też używa takiego samego, i zachwalał jego niewielkie rozmiary, dzięki którym łatwo wsuwa się pod mankiet.

Moda na ten konkretnie model nie jest przypadkowa, bo jest chyba najbardziej znanym w ofercie japońskiego producenta. Jest plastikowy, niekoniecznie ładny i teoretycznie niczym szczególnym się nie wyróżnia. Zdobył jednak sławę dzięki swoim słynnym posiadaczom. Z F91-W na nadgarstku dali się sfotografować m.in. amerykański krezus Chuck Feeney, wiceszef Hyundaia Chung Eui-sun, a przede wszystkim Barack Obama i Osama bin Laden.

W tym ostatnim przypadku wybór jest raczej oczywisty, bo F91-W uchodzi za ulubiony zegarek terrorystów. W 2011 roku Guardian napisał, że posiadanie takiego czasomierza jest według amerykańskich śledczych z Guantanamo ważnym dowodem świadczącym o przynależności do Al-Kaidy. Powód? Łatwość użycia F91-W jako zapalnika do bomby domowej roboty. Mimo wszystko to kryterium może zaskakiwać, bo – jak zauważyły organizacje broniące praw człowieka – z tego samego modelu korzystali też niektórzy strażnicy w Guantanamo.

To, że takie czasomierze zaczęły trafiać nie tylko na ręce terrorystów, ale i menadżerów, świadczy o wielkiej sztuce, która udała się Casio. Firma odświeżyła modę na coś, co wydawało się być zamkniętym rozdziałem w historii czasomierzy.

Zegarki z cyfrowym wyświetlaczem zaczęły zdobywać rynek w latach 70., ale w pewnym sensie ich historia sięga 1969 roku. Wcześniej niekwestionowanym liderem na rynku zegarków byli rzemieślnicy ze Szwajcarii. Dla każdego, kto kupował czasomierz, było jasne, że jeśli ma być dokładny, musi pochodzić właśnie z tego kraju. Co stało się w 1969 roku? Japońska firma Seiko wypuściła pierwszy w historii model kwarcowy, choć jeszcze z tradycyjnym cyferblatem – Quartz-Astron 35SQ.

Szybko okazało się, że dokładne zegarki można robić dużo taniej niż w Szwajcarii. Producenci z tego kraju popadli w trwające wiele lat tarapaty, które w podręcznikach do ekonomii określane są mianem „quartz crisis”. Z czasem na rynku zaczęły pojawiać się też czasomierze z cyfrowym wyświetlaczem.

Pierwszym był P2 2900 LED Time Computer amerykańskiej firmy Hamilton Pulsar, produkowany od 1972 roku i reklamowany jako „pierwszy kompletnie nowy sposób na podanie czasu od 500 lat”. Godzina wyświetlała się dopiero po naciśnięciu guzika, czas ustawiało się magnesem, a bateria szybko się wyczerpywała. Mimo to sprzedawał się jak świeże bułeczki. M.in. dlatego, że producentowi udało się go ulokować w filmie z Jamesem Bondem „Żyj i pozwól umrzeć”.

Dotąd agent Jej Królewskiej Mości lubował się w zegarkach marki Rolex. Wkrótce na rękę Jamesa Bonda zaczęły też trafiać inne czasomierze z cyfrowym wyświetlaczem. Chyba najładniejszym był Seiko G757 5020 Sports 100, który „zagrał” w „Ośmiorniczce”.

W tamtym czasie firma Seiko produkowała wyjątkowo funkcjonalne jak na owe czasy zegarki, wyposażone w pamięć, alarmy i kalendarz, a wkrótce rynek zaczęło podbijać również Casio. „Wyobraź sobie zegarek za 19,95 dol .z dokładnością zegarków wartych tysiąc dolarów lub więcej” – głosiła jedna z reklam prasowych Casio.

Czasomierze cyfrowe przeżywały intensywny złoty okres, jednak równie szybko się przejadły. W latach 90. w praktyce zniknęły z rynku i wydawało się, że są już nie do odratowania.

Wróciły wraz z modą na retro, a F91-W nie jest jedynym, który w ofercie ma Casio. Japoński gigant prowadzi całą linię vintage i wciąż sprzedaje przykładowo swoje słynne modele z kalkulatorem. Jednak po bliższym przyjrzeniu się temu rynkowi można dojść do wniosku, że wcale nie jest tak różowo. Zegarków z cyfrowym wyświetlaczem jest sporo, lecz głównie są to tanie egzemplarze z Chin. Do takich modeli nie wrócili dawni czołowi producenci, jak Seiko albo Pulsar, którzy obecnie skupiają się na zegarkach z tradycyjnym cyferblatem. Może poza drobnymi wyjątkami.

Seiko Sports 100 z filmu z Jamesem Bondem został w nieco zmienionej wersji ulokowany w grze komputerowej „Metal Gear Solid 5: The Phantom Pain” i wypuszczony w limitowanej serii.

Najwięksi gracze na rynku chyba uznali, że jeśli przyszłość należy do zegarków elektronicznych, to nie tych tradycyjnych, lecz smartwatchy. Te ostatnie, wytwarzane przez producentów elektroniki, mają mnóstwo funkcjonalności i komunikują się ze smartfonem.

Czy rzeczywiście zegarki cyfrowe to tylko chwilowa fanaberia, która roztopi się niczym pierwszy śnieg? Ja póki co podjąłem decyzję. Kupię własnego F91-W, tyle że w kolorze zielonym. A skoro drugi dają za pół ceny, to może wezmę od razu dwa?

Zamknij
Zamknij