O czasie przełomu lat 80. i 90. w Polsce mówi się i pisze wciąż zdecydowanie za mało. Jeszcze rzadziej głos zabierają ci którzy, jak mówi w tej rozmowie Grażyna Kulczyk, wówczas „chwytali byka za rogi”. Ona, tak jej ówczesny mąż, Jan Kulczyk, była jedną z takich osób.
O tamtym czasie, wciąż budzącym kontrowersje i spory, w dużej mierze jest jej książka. Czas transformacji powraca w niej jak bumerang, choć Grażyna Kulczyk potraktowała „Budując” jako okazję do podsumowania wielu wydarzeń ze swojego życia – od dzieciństwa i dorastania w skromnej wielkopolskiej rodzinie przez studia prawnicze, małżeństwo, upadek komunizmu i narodziny rodzinnego imperium, powstanie Starego Browaru w Poznaniu aż po emigrację do Szwajcarii i budowę Muzeum Susch. Jest też sporo o Janie Kulczyku. „To była prawdziwa, żywa współpraca dwóch osobowości. (...) Nie znoszę, gdy traktuje się mnie jako przypis do jego biografii. To jest nie tylko niesprawiedliwe, to po prostu nieprawda. To ja porządkowałam jego wizje i pilnowałam, żeby się nie rozsypały na kawałki. Nie byłam cieniem. Byłam siłą, która pozwoliła mu stać się tym, kim był” – pisze Grażyna Kulczyk.
Dlaczego powstała ta książka – i dlaczego właśnie teraz?
Uznałam, że to moment, w którym warto się cofnąć. To nie oznacza, że przyszedł czas na podsumowania, zresztą tytuł „Budując” wskazuje na to, że wciąż jestem w procesie. Mam jeszcze wiele pomysłów do zrealizowania. Natomiast w pewnym momencie trzeba powiedzieć „stop” i przyjrzeć się temu, jak wyglądało życie. Nie chodziło mi o eksponowanie sukcesów. Istotniejsze było, by spojrzeć na całość, także na słabości, a przy okazji zadać sobie pytanie: dlaczego pewne rzeczy się udały, a inne nie? Ta książka to także ważna dla mnie próba opisania samej siebie.
„Budując” to książka bardzo osobista. Pisze pani nie tylko o sukcesach i porażkach, także o rodzinie, macierzyństwie, o swoim mężu. Co było trudniejsze: opowiedzenie o życiu w tak otwarty sposób, czy podjęcie decyzji, że w ogóle chce się to zrobić?
Jedno i drugie nie było łatwe, ale przede wszystkim do pewnego momentu wydawało mi się, że nie starczy mi czasu na ten projekt. Książka to bardzo czasochłonne zajęcie. Prace nad nią trwały 2 lata. Na początku myślałam: po co mi to, mam jeszcze czas, a nuż książka okaże się pożywką do negatywnych komentarzy? Tylko czy z obawy przed nimi należy rezygnować z możliwości opowiedzenia historii? W mojej książce można znaleźć wiele refleksji, które wydały mi się potencjalnie ważne, zwłaszcza dla kobiet – takich, które może sama chciałabym kiedyś, przed laty usłyszeć. Dlaczego się nimi nie podzielić? Uznałam, że chcę to zrobić. A jeśli startuję z jakimś projektem, zwykle doprowadzam go do końca.
Czytaj więcej
Powtarzam młodym ludziom: jeśli chcesz robić pieniądze i zajmować się biznesem, studiuj filozofię, najlepiej antyczną. Dzięki temu będziesz lepiej...
Co pani poczuła, gdy całość była już gotowa?
Po wyrzuceniu z siebie tego, co można znaleźć w książce, poczułam wewnętrzne uporządkowanie. To nie tak, że wcześniej go nie miałam, ale gdy decydujemy się na podsumowanie, sami widzimy lepiej, jacy jesteśmy. Nigdy nie dowiemy się, jak postrzegają nas inni, ale możemy przekonać się, jaką mamy konstrukcję, nazwać swoje słabe i mocne strony.
„Budując” w sporej części jest o polskiej transformacji. Jak zapamiętała pani tamten czas?
Okres transformacji w Polsce jest wciąż niedoceniany, a powinien być przedmiotem wielkiej narodowej dumy. Polska zrobiła olbrzymi skok. Nie zawsze wiadomo, jak go opisać, bo przełom lat 80. i 90. kojarzy się medialnie z historiami nie tylko sukcesów, ale także nieprawidłowości, niezbyt dobrze prowadzonych biznesów, afer. Wiadomo, clickbait istnieje nie od dziś. Takie ujmowanie tematu zawsze mnie bolało i nadal boli. To był jeden z celów tej książki: opowiedzieć o przełomie lat 80. i 90. pokoleniom, które nie doświadczyły czasu transformacji i żyją dzisiaj w dostatniej ojczyźnie. Bez trudu naszego pokolenia tego wszystkiego zapewne by nie było. Przyspieszenie rozwojowe, które nastąpiło w Polsce, wzięło się z ogromnej pracy wykonanej w okresie transformacji. Pracy chwilami wręcz heroicznej.
Ma pani dzisiaj poczucie, że ta ciężka praca coś pani odebrała?
Zasada, której się trzymam w życiu, brzmi: nie żałuję. Nie mówię, że czegoś nie straciłam, ale tak wygląda życie. Gdybym miała je powtórzyć, to chyba wiele bym nie zmieniła. Zostawiłabym nawet porażki czy rzeczy, które straciłam. Wiele osób w obliczu niepowodzenia zatrzymuje się w swoim nieszczęściu i trwa przy niespełnionym marzeniu. Moją siłą jest to, że potrafię w takiej sytuacji zrobić wewnętrzny rachunek sumienia, a następnie ruszyć dalej. Coś się nie udało? Okej, ale inne rzeczy zakończyły się sukcesem. Cieszmy się tym, idźmy do przodu.
Czytaj więcej
By mogło powstać potrzebna była Idea i tytaniczna praca. Koncepcja zakładała zachowanie historycznych budynków, stąd pomysł, by iść w głąb i drążyć...
Polska z przełomu lat 80. i 90. wydaje się dzisiaj czymś bardzo odległym. Jak opowiadać o okresie transformacji po tylu latach?
Zrobiłam to po swojemu. Pod koniec lat 80. nikt z nas nie dostał matrycy, którą można było przyłożyć, żeby wiedzieć, jak działać w nowej rzeczywistości. Studiowaliśmy ekonomię socjalistyczną, by chwilę później przenieść się do kapitalizmu. System się zmienił, a my nie dostaliśmy czasu na dostosowanie. Możliwości było bardzo dużo, bo Polska była wówczas jak niezapisana kartka. Można było próbować swoich sił niemal w każdej dziedzinie, ale jednocześnie nikt nie dysponował instrukcją obsługi, więc działaliśmy najlepiej jak umieliśmy. Oczywiście – zdarzały się patologie, ale teraz też są, choć mamy zupełnie inne czasy i działamy według znanych zasad. Wtedy nikt nie obiecywał nam sukcesu, a mimo to wierzyliśmy w niego. Bez tej wiary nic by się nie udało. Tworzyliśmy struktury, powstawały miejsca pracy, zapełnialiśmy towarami puste półki w sklepach. Ci, którzy mieli wyobraźnię, pasję i samozaparcie, chwytali okazje. My do takich należeliśmy. Trzeba było mieć odwagę, determinację i być gotowym do poświęcenia czasu. Słyszę, że dzisiaj ludzie starają się równoważyć pracę, odpoczynek i przyjemności. My oczywiście wiedzieliśmy, że przyjemności istnieją, czasem zmuszaliśmy się do tego, żeby odpoczywać, ale nikt wówczas nie twierdził, że należy pracować jedynie 8 godzin dziennie. Po prostu brało się byka za rogi.
Pani też brała wtedy byka za rogi. Co sprawiło, że prawniczka z aplikacją sędziowską postanowiła zamienić wymiar sprawiedliwości na biznes?
Dorastałam wśród kobiet niezależnych. Moja mama i babcia pracowały, nie były na garnuszku mężów. Gdybym wychowywała się w domu, w którym kobieta nie pracuje zawodowo i nie podejmuje decyzji, pewnie byłoby mi trudniej. Zmiana w moim życiu, o którą pan pyta, wydarzyła się także dzięki temu, że miałam takiego, a nie innego partnera. Być może gdyby nie to, że mój mąż parł do przodu w biznesie, zostałabym przy prawie i prowadziłabym kancelarię adwokacką w Poznaniu? Teraz można jedynie gdybać. Wiem na pewno, że byłabym aktywna, nawet gdybym nie poszła w stronę biznesu. Bez wątpienia jednak moje małżeństwo spowodowało, że wyrosły mi skrzydła.
Tamten okres transformacji był światem mężczyzn?
Nigdy nie miałam problemów wynikających z tego, że jestem kobietą. Brałam na siebie kilka ról – matki, żony, organizatorki życia domowego i rodzinnego, a także – osoby aktywnej zawodowo. Nie przyjmowałam roli dziewczynki, która ustępuje pola mężczyznom dlatego, że nosi spódniczkę. Starałam się działać tak, by nikt nie powiedział: facet zrobiłby to lepiej. Odrzuciłam myślenie, że kobieta nie potrafi, to oczywista nieprawda. Dzisiaj kobiety wiedzą, że tak jak mężczyzn stać je na fantastyczne działanie. Wtedy to nie było oczywiste, ale nie akceptowałam takiego podejścia i to mi bardzo pomogło. Jeździłam biznesowo do Chin i na Tajwan i tam zdarzały się niesamowite sytuacje. Dla Chińczyków było zaskakujące, że kobieta przyjeżdża do nich robić biznes. Musiałam się dostosować do ich świata. Nie dlatego, że uważałam, iż moi partnerzy biznesowi są mądrzejsi ode mnie. Po prostu akceptowałam to, że istnieją różnice kulturowe.
Grażyna Kulczyk, „Budując”, Wydawnictwo Znak Literanova, 2026.
Perfekcjonizm. To słowo jest pani bliskie?
Oczywiście. Jestem perfekcjonistką. To zarazem i dobrze, i źle. Perfekcjonizm pozwala mi pogodzić ze sobą wiele rzeczy, a także przyspiesza różne procesy w moim życiu. Dzięki niemu mogłam zrobić więcej niż ci, którzy nie są tak poukładani jak ja. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że ta cecha zapewne nie jest najłatwiejsza dla mojego otoczenia.
Wspomniała pani o Janie Kulczyku. Jak się buduje związek dwóch silnych osobowości?
Trudno. Na początku małżeństwa, gdy rodzą się dzieci, kobieta intuicyjnie przyjmuje rolę osoby prowadzącej cały dom. To dla mnie było bardziej niż oczywiste. Ale gdy dzieci podrosły, pomyślałam: skończyłam studia, mam aplikację sędziowską, moje życie nie może sprowadzać się do bycia żoną. Chciałam osiągnąć coś swojego. Nigdy nie myślałam w kategoriach rywalizacji z moim mężem, robiliśmy inne rzeczy i na inną skalę. Stworzyłam sobie własny świat opleciony wokół sztuki.
Sztuka i biznes idą w parze. Mamy w Polsce kolekcjonerów, duże firmy budują kolekcje instytucjonalne. Jaka była zależność między biznesem a sztuką w okresie przełomu w Polsce?
Pyta pan, czy moje pierwsze projekty dotyczące sztuki realizowane w Poznaniu pomagały mi w biznesie? Tego bym nie powiedziała. To był odruch, przekonanie, że jeśli coś osiągnęłam, kolejnym etapem powinno być otaczanie się sztuką i wspieranie artystów. Nieżyjącemu twórcy nie da się pomóc, kupując jego obraz. Tym, którzy żyją – jak najbardziej. Transformacja gospodarcza spowodowała, że artyści, o których w socjalizmie państwo dbało, nagle znaleźli się w obliczu wielkiej niewiadomej. Potrzebowali wsparcia. Nie byłam jedyną osobą, która wtedy kupowała sztukę, ludzi podobnie myślących było w Polsce więcej. W pewnym momencie wymyśliłam, że skoro mam coraz więcej prac, to powieszę je w moich biurach. Dzisiaj wielu biznesmenów wiesza sztukę w swoich gabinetach i biurach. 30 lat temu to było świeże i nowatorskie posunięcie.
Pisze pani w książce: „Nie od razu zostałam kolekcjonerką i nie byłam nią też wtedy, kiedy już kupiłam Malczewskiego czy Witkacego”. W którym momencie zdała sobie pani sprawę, że to coś więcej niż kupowanie obrazów np. z myślą o zabezpieczeniu majątku, że następuje zmiana jakościowa w pani relacji ze sztuką?
Nigdy nie traktowałam sztuki jako inwestycji i tak jest do dzisiaj. Oczywiście, nabywając prace, zwłaszcza drogie, mam chwilę zastanowienia i sprawdzam ceny aukcyjne. Inaczej byłaby to beztroska. Wszystko zaczęło się od tego, że kupowałam prace, które mi się podobały. Jeśli jakaś wpadła mi w oko i było mnie na nią stać, kupowałam. Kolekcjonerem można się nazwać dopiero wtedy, jeżeli zbiory, które się zgromadziło, mają określoną istotę i określony profil. Nie ma przy tym znaczenia, co kolekcjonujemy. Dopiero gdy zaczynamy świadomie podchodzić do zbiorów, gdy wiemy, że mają one dotyczyć określonego okresu, określonych artystów, jakiegoś nurtu, wtedy można powiedzieć: jestem kolekcjonerem. Po tym można wejść na kolejny poziom. Nadal funkcjonuję jako kolekcjonerka, ale reprezentuję też instytucję, a instytucja kultury to podmiot, który wyznacza myślenie innych. To – „wyższy stopień wtajemniczenia” – udało mi się to osiągnąć dzięki mojemu Muzeum Susch w Szwajcarii. Dzięki niemu koryguję historię sztuki, która została nieprawidłowo napisana, pokazuję artystki, które w niej pominięto. To bardzo odpowiedzialna praca.
Każdy kolekcjoner powinien mieć misję?
Dobrze, gdyby tak było, choć nikt nie musi w takiej roli występować. Widzę jednak, że coraz więcej kolekcjonerów w Polsce świadomie podchodzi do tego, co kolekcjonuje, powstaje coraz więcej przestrzeni wystawowych, galerii czy muzeów. To bardzo piękne.
Pani muzeum też miało powstać w Polsce, ale nie powstanie.
Gdy chciałam zbudować je w Poznaniu, brak przepisów o partnerstwie prywatno-publicznym spowodował, że dostałam odmowę od władz. Gdyby nie ten fakt, od kilkunastu lat moje muzeum funkcjonowałoby w Polsce. Na przepisy o partnerstwie prywatno-publicznym musieliśmy jednak poczekać. Niestety, kulturę zwykle traktuje się jako mniej istotną. W pierwszej kolejności pragniemy zaspokoić inne potrzeby. Tyle że bez kultury żaden naród nie może przetrwać. To platforma budowania naszej tożsamości.
Sztuka rządzi dzisiaj pani kalendarzem?
Zdecydowanie tak. W momencie, gdy zdecydowałam się na budowę Muzeum Susch w Szwajcarii, musiałam się poświęcić temu projektowi w znaczącym stopniu. Wbrew temu, co myślą niektórzy, muzeum nie tylko nie przynosi pieniędzy, ale też generuje koszty. Czytałam tekst, w którym napisano, że „Kulczykowa znalazła sobie następne źródło zarobku”. Niewiele jest na świecie instytucji tego typu, które z biletów pokrywają większość ponoszonych kosztów. Dodajmy też, że moje muzeum to nie tylko wystawy, ale też publikacje, rezydencje artystyczne czy badania...
„Sztuka stała się całym moim życiem” – takie zdanie pada w pani książce.
Na pewno wytyczyła wiele moich życiowych ścieżek. Inaczej nie zdecydowałabym się na przykład na emigrację. Mój wyjazd do Szwajcarii był świadomą decyzją wynikającą z chęci stworzenia takiej instytucji jak Muzeum Susch, którego funkcjonowanie jest ważne nie tylko dla mnie, ale także dla wielu ludzi na świecie. Muzeum Susch nie jest przestrzenią, w której się zamykam i kontempluję, jest otwarte na ludzi. Podobnie było ze Starym Browarem w Poznaniu, do którego przychodzili ludzie i doceniali to, że oddano do użytku tak niezwykły obiekt, w którym na dodatek jest miejsce na sztukę.
Kim dzisiaj jest Grażyna Kulczyk? Kobietą biznesu? Kolekcjonerką? Inwestorką? Muzealniczką?
Osobą wolną. Spełnioną, co nie oznacza, że nie jestem nadal trochę zanurzona w różnych biznesach. Nie traktuję ich jednak tak jak kiedyś, gdy stanowiły połowę mojego życia. Dzisiaj jestem szczęśliwa rodzinnie i spełniona zawodowo. Osiągnęłam to, co zamierzałam.
Tytuł książki brzmi: „Budując”. Jaka jest najważniejsza rzecz, którą udało się pani zbudować?
Zawsze podkreślam, że dla mnie najważniejsza była i jest rodzina – mam dzieci, z których jestem dumna i cudowne wnuki. To powoduje, że ciągle chce mi się budować.