– Jestem przedsiębiorcą naprawdę z przypadku – mówi. – W wieku 20 lat pomysł, że miałbym prowadzić firmę, brzmiał dla mnie jak herezja. Ja byłem tym od książek, nie od przedsiębiorczości. Mimo to Wiesław Żyznowski zbudował wielką firmę. Mercator Medical SA to światowy gracz na rynku rękawic medycznych. Pandemiczne zapotrzebowanie na tego typu sprzęt zapewniło Żyznowskiemu status miliardera. Dzisiaj nie kieruje już firmą na co dzień, ale wciąż jest aktywny biznesowo jako przewodniczący rady nadzorczej Mercator Medical.
W tej rozmowie nie będziemy jednak zajmować się biznesem. Porozmawiamy o filozofii, książkach, Wieliczce, Sierczy, rodzinnej wsi Żyznowskiego w Małopolsce – a także o Homerze.
Oglądał pan „Odyseję”?
Jeszcze nie.
Brak czasu?
Nigdy nie chodzę na filmy tuż po premierze, choćby z tego powodu, że ilość popcornu i innych produktów nadających się do chrupania podczas seansu jest wówczas zbyt duża. Dlatego upłynie jeszcze sporo czasu, zanim wybiorę się na Odyseję. Będę celował w końcówkę wyświetlania, wtedy jest spora szansa na to, że sala kinowa będzie pusta.
„Odyseja” to ważny tekst dla pana?
„Odyseja” i „Iliada” są dla mnie absolutnie konstytutywne. Doktorat z filozofii, który obroniłem w 2013 r., w znacznej części oparty jest na Homerze. Dywaguję w nim o przedsiębiorczości, odnosząc się między innymi do „Odysei”. U Homera dopatruję się dwóch najważniejszych typów człowieka reprezentowanych z jednej strony przez Achillesa, z drugiej – przez Odyseusza. Achilles ma jeden cel, osiąga go, po czym może umrzeć. Tymczasem Odyseusz to człowiek, który stanowi archetyp przedsiębiorcy.
Odyseusz przedsiębiorcą?
Tak. Jeżeli szukamy w kulturze archetypów przedsiębiorcy, to tym pierwszym jest właśnie on. Nie twierdzę jednak, że Odyseusz jest wyłącznie archetypem przedsiębiorcy. Do tej postaci najlepiej pasuje pojęcie polytropos.
Powinniśmy być wdzięczni Christopherowi Nolanowi, mamy do czynienia z renesansem zainteresowania Homerem. Film bije rekordy popularności, Odyseja w przekładzie Antoniego Libery zniknęła z półek.
Każde zwiększenie znajomości najważniejszych tekstów antycznych jest godne uwagi. Nie byłbym natomiast tak optymistyczny jak pan. Dwie dekady temu do kin trafiła „Troja” z Bradem Pittem, później film „300” opowiadający o Spartanach stawiających opór Persom. Hollywood już dawno odkrył dla siebie najważniejsze wątki antyczne. Co z tego? W tekstach, które czytam na co dzień, nie widzę rozumienia tamtych historii i tamtego świata. Niestety jestem pesymistą.
Czytaj więcej
– Od przełomu w latach 90. byliśmy społeczeństwem, które cały czas idzie do przodu, kroczy od jednego celu do drugiego. Nie twierdzę, że takie myśl...
W pana przypadku najpierw był filozof czy przedsiębiorca?
Jako 16-latek w antykwariacie przy ulicy Brackiej w Krakowie kupiłem „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego. Próbowałem to czytać i odbiłem się od samej warstwy językowej. Mimo to została we mnie myśl, że jest tam coś, co warto zgłębić. Później poszedłem inną drogą w życiu, ale filozofia cały czas tkwiła we mnie. Na pewno najpierw były książki i filozofia, później pojawiła się przedsiębiorczość. Jestem przedsiębiorcą naprawdę z przypadku. W wieku 20 lat pomysł, że miałbym prowadzić firmę, brzmiał dla mnie jak herezja. Ja byłem tym od książek, nie od przedsiębiorczości. Jako młody człowiek miałem zresztą poglądy socjalistyczne. Mój przyrodni brat, starszy ode mnie, w latach 80. był dużym na tamte czasy przedsiębiorcą. Kiedyś powiedział mi, ile zarabia na godzinę, i to mnie oburzyło. Odpowiedziałem: To nieuczciwe, żeby tak dużo zarabiać. To była moja szczera, młodzieńcza, socjalistyczna reakcja.
Co filozof odpowiedziałby na pytanie, czy uczciwie jest dużo zarabiać?
Zależy który. Mogę powiedzieć, co powiedziałby mój ulubiony filozof, czyli Nietzsche. Był on wyznawcą jak największej ekspansji przez jednostkę, głosił pochwałę woli mocy. Tak jak Platon gardził tak zwanymi kramarzami, czyli drobnymi przedsiębiorcami. Był zwolennikiem tego, żeby jednostki zajmowały się dużymi przedsięwzięciami, także biznesowymi.
Po latach wrócił pan do filozofii, żeby napisać doktorat. To była niezakończona sprawa?
Filozofia czekała we mnie na swój czas. Urodziłem się w 1964 r., doświadczyłem kompleksów związanych z pochodzeniem z kraju socjalistycznego. Przemawiała przeze mnie ambicja, chciałem zaistnieć jako przedsiębiorca, dlatego wymyśliłem produkcję rękawic medycznych i fabrykę w Tajlandii. Udało się dzięki niezwykle szczęśliwie zatrudnionemu menedżerowi i innym korzystnym zbiegom okoliczności, a nie dzięki mojemu talentowi czy mądrości. Firma Mercator Medical to dzisiaj gracz znany globalnie, choć trzeba zaznaczyć, że jesteśmy dobre kilka razy mniejsi niż największy podmiot w tej branży. Pod koniec lat 90. uznałem, że sprawy biznesowe mam uporządkowane i mogę pozwolić sobie na to, żeby zająć się czymś innym. Miałem wtedy kilka przedsiębiorstw, jedno sprzedałem i wróciłem do filozofii, by poświęcić jej kilkanaście kolejnych lat. Bliska jest mi tak zwana filozofia życia, znacznie bliższa niż filozofia ściśle teoretyczna. Powtarzam młodym ludziom: Jeśli chcesz robić pieniądze, zajmować się biznesem, studiuj filozofię, najlepiej antyczną. Dzięki temu będziesz lepiej rozumiał ludzi, świat i politykę.
Czytaj więcej
Przekształcenie założenia pałacowo-parkowego w oddalonych o niecałe 50 kilometrów od Wrocławia Mojęcicach to historia rodzinna. – Podjęliśmy wyzwan...
Jakie pytanie filozoficzne powinno być dzisiaj najważniejsze dla przedsiębiorców i polityków, którzy tworzą rzeczywistość, w której funkcjonujemy?
Dla każdego – polityka, przedsiębiorcy, redaktora „Rzeczpospolitej” – najważniejsze powinno być jedno pytanie, pozornie banalne, ale te najważniejsze pytania często są najprostsze: Po co to robię? Jaki jest sens tego, co robię? To oczywiście nie jest najważniejsze pytanie w życiu, te „życiowe” pytania są o wiele poważniejsze, ale jeśli nawiązuje pan do tego, co robimy, to powinniśmy sobie zadawać pytanie: Po co to robię?
W takim razie dlaczego przedsiębiorca prowadzący wielką firmę zajął się wydawaniem książek o wsi Siercza, o Żydach wielickich, o Łemkach? Powołał pan do życia niszowe wydawnictwo, które na dodatek, jak pan podkreśla, książek nie wydaje, lecz je „wydobywa”.
Mieszkam we wsi Siercza pod Wieliczką. Tutaj mój dziadek, Ludwik Żyznowski, w 1920 r. wżenił się do miejscowego rodu, który w tej okolicy żyje od kilkuset lat. Dobiegając czterdziestki, uświadomiłem sobie, że na temat tej wsi oraz tutejszych rodzin nie ma ani jednego monograficznego artykułu, ani jednego aktualnego tekstu. W tym 2002 r. zdałem sobie sprawę, że jeśli moja wieś jest dla mnie ważna, powinienem coś z tym zrobić. Dlatego pomyślałem: Powołajmy do istnienia książkę. A jeżeli wydaję książkę, to staję się wydawcą, prawda?
W ten sposób założyliśmy wydawnictwo, dla tej jednej książki o Sierczy. Później przenieśliśmy to założenie na kolejne miejscowości i następne historie. Za każdym razem proces myślenia był podobny: Nie ma ważnych tekstów o tym miejscu, więc przydałaby się książka, żeby zostawić świadectwo. Bardzo szybko dołożyłem do tego ideę, że zajmujemy się tylko tematami, których nikt inny nie podejmie. Czasami przychodzi do mnie jakiś autor i pyta: „Czy ty byś mi czegoś nie wydał?”. Zawsze odpowiadam: „Jeżeli masz szansę wydać swoją książkę w wydawnictwie bardziej komercyjnym, to idź tam, my szukamy tematów, których nikt inny nie podniesie”.
Przyświeca mi idea złożenia świadectwa swojego życia i pochodzenia. Tkwi to we mnie głęboko. Niespecjalnie to lubię, bo w dzisiejszych czasach może być odbierane jako trochę naiwne i staroświeckie. Trudno, taki jestem. Uważam, że należy złożyć świadectwo tego, jak się żyło i skąd się pochodziło. Nasze wydawnictwo jest elementem tego świadectwa. Mamy misję wydawania książek, co do których jesteśmy przekonani, że nikt inny nie powołałby ich do życia. Nasza najważniejsza dotąd publikacja poświęcona jest Żydom wielickim. Wydałem ją ze względu na Wieliczkę. Łemkami też zajmujemy się nie tylko ze względu na nich, ale także na Beskid Niski i Dukielszczyznę, które są mi bardzo bliskie. Wydawnictwo to w pewnym sensie gest wobec samego siebie. To bardzo osobista historia.
Mówi pan: powołaliśmy wydawnictwo dla jednej książki, wydajemy to, czego nikt inny by nie wydał. To nie brzmi jak opis zwykłego biznesu.
Wydawnictwo jest działalnością komercyjną, bo sprzedajemy nasze książki. Nakłady zresztą dość szybko się wyczerpują. Paradoksalnie książki bardzo niszowe często znajdują szersze spektrum czytelników niż te bardziej ogólne. To, co robimy, to działalność komercyjna, ale biznesem bym tego nie nazwał. To słowo rezerwuję dla większych projektów.
Kaprys? Nie widzę tu chęci ekspansji. Nie ma elementu dynamicznego rozwoju, walki o rynek.
O ile w biznesie chęć ekspansji jest mi bliska i naturalna, o tyle w przypadku wydawnictwa nigdy nie myśleliśmy i nadal nie myślimy w tych kategoriach. Nawet jeżeli wspieram inne firmy z tej branży, bo to już robiłem, choćby w przypadku wydawnictwa słowo/obraz terytoria, to traktuję to jako dwie różne rzeczy i nie chcę ich łączyć. Nasze niszowe wydawnictwo to jedno, a wspieranie innych przedsięwzięć wydawniczych to coś innego.
Od początku zakładał pan, że celem będzie „wydobywanie” książek?
Tak. Im bardziej książka okazuje się „wydobywnicza”, tym bardziej ją cenię. Wierzę, że ona jest dzięki temu przeniesiona z historii i nie powstałaby w innych okolicznościach. Przedwojenni Żydzi wieliccy, których odwiedziliśmy w Izraelu i w innych miejscach na świecie, już dzisiaj nie żyją. Dotarliśmy do nich w ostatniej chwili, by zebrać ich wspomnienia. Dzisiaj taka książka jak „Żydzi Wieliczki i Klasna” mogłaby powstać tylko na podstawie dokumentów, a to coś zupełnie innego niż książka oparta na wspomnieniach. Zdaję sobie sprawę, że mamy nadmiar książek na świecie. Mimo to uważam, że wciąż jest mnóstwo takich, które nie powstały, a które powstać powinny.
Jak wybrnąć z tego, że żyjemy w świecie nadmiaru, a mimo to teksty ważne pozostają niewydane?
Z nadmiarem z jednej strony, a niedoborem z drugiej mamy do czynienia nie tylko w przypadku książek. W Krakowie można kupić lody niemal na każdym kroku, a jednocześnie wciąż można mieć poczucie, że brakuje miejsc oferujących produkt naprawdę rzemieślniczy i naturalny. Zdaję sobie sprawę, że powołujemy nasze książki do istnienia w sytuacji nadmiaru tekstów. Mam też świadomość, że jest ogromna liczba książek, które nie zostały przetłumaczone na polski. Wiele z nich to teksty konstytutywne dla kultury świata. Ktoś mógłby zapytać: Po co zajmujesz się małymi miejscowościami? Masz środki, zleć tłumaczenie tych ważnych książek.
Co by pan odpowiedział?
Trwam przy swoim dlatego, że mam do tego serce, czuję emocje wobec tego, co robię. Gdybym tłumaczył inne książki, robiłbym to z przekonania intelektualnego, ale być może nie miałbym do tego serca.
Jak ludzie w Wieliczce czy Łemkowie odbierają książki, które są przecież adresowane także do nich?
Przez 20 lat istnienia wydawnictwa spotkałem się z wieloma reakcjami na nasze książki, ale muszę przyznać, że nie miałem do czynienia z negatywnymi. To nie znaczy, że ich nie ma, zapewne po prostu do mnie nie docierają. Widzimy natomiast, że nasza działalność owocuje powstaniem różnych inicjatyw. Wywołujemy jakiś temat, a on zaczyna żyć własnym życiem. Kilkanaście lat temu, gdy pracowaliśmy nad książką o Żydach wielickich, słyszałem opinie, żeby nie ruszać tego tematu, bo jest drażliwy. Wiadomo, chodziło między innymi o kwestie majątkowe. Nie przejąłem się tym. Wydaliśmy książkę – i nagle przypomniano sobie o cmentarzu żydowskim w Wieliczce, który został wyczyszczony i zagospodarowany. Powstała też tablica pamiątkowa, a co roku 28 sierpnia obchodzimy dzień pamięci zagłady żydowskich mieszkańców Wieliczki. Nasza książka „Żydzi Wieliczki i Klasna” wywołała pewną zmianę w świadomości. Ludzie przypomnieli sobie, że Wieliczka była kiedyś w bardzo dużym stopniu żydowska.
Która z książek wydanych przez Wydawnictwo Żyznowski okazała się dla pana najważniejsza?
Dużo mówimy w tej rozmowie o Wieliczce, o Beskidzie Niskim czy o Sierczy, ale najbardziej osobistą i najbardziej emocjonalną książką jest dla mnie nasza najnowsza premiera „Olsza II – osiedle nieważne?”, poświęcona krakowskiemu osiedlu Olsza II. Moi rodzice pochodzą z okolic Wieliczki, ale przenieśli się do Krakowa i tam się wychowywałem, najpierw w centrum miasta, później właśnie na osiedlu Olsza II. W tej książce zawarłem spore wspomnienie, bardzo osobiste, i jest to najważniejsza dla mnie pozycja w katalogu Wydawnictwa Żyznowski. Tam jest moje dzieciństwo, szkoła, tam są koledzy z podstawówki. Z mojego punktu widzenia – sama czułość.