Praca producenta w branży filmowej nie polega na tym, że wychodzi się z biura o 17:00, „wyłącza się” głowę i wraca do domu – mówi Anna Kępińska, producentka fimowa. Czasem najlepsze pomysły na rozwiązanie trudnych sytuacji pojawiają się niespodziewanie. Tych spraw nie da się oddzielić. Być może takie podejście to konsekwencja tego, że gdy bierzesz na siebie odpowiedzialność za firmę, projekt czy ludzi, myślisz o tym cały czas. Może to kwestia dojrzałości, a może także wychowania i wartości? – dodaje.
Reżyser reżyseruje, scenarzysta pisze scenariusz, operator kręci, aktor gra. Co robi producent?
Producent produkuje, czyli zarządza procesem produkcji pod względem organizacyjnym, finansowym, ale często także kreatywnym. Czasem nawet inicjuje cały projekt, jeśli pomysł wychodzi od niego. Mówiąc w skrócie: rozpędza i doprowadza do realizacji film czy serial, powodując, że przestaje on być jedynie pomysłem w głowie twórcy. Czasem też inwestuje własne pieniądze w projekt. Producent wspiera też twórców i stara się być zaangażowany na każdym etapie realizacji, żeby wszyscy czuli, że grają do jednej bramki. To nie tylko zarządca biznesu, osoba, która pilnuje pieniędzy. Staramy się też być blisko procesu kreatywnego. Realia w branży się zmieniają. Coraz częściej to właśnie producent jest osobą, z którą stacje telewizyjne czy platformy chcą rozmawiać nie tylko o sprawach biznesowych, produkcyjnych, ale także kreatywnych.
Polacy odnoszą sukcesy na świecie w branży filmowej – przykładów nie brakuje. Polski producent też może zrobić karierę za granicą?
Tak, i to się dzieje. Jest paru fantastycznych polskich producentów pracujących za granicą czy realizujących międzynarodowe koprodukcje. Mam poczucie, że świat się teraz przed nami bardzo otworzył. Oczywiście, pracując za granicą, trzeba poznać i zrozumieć inne zasady działania tamtejszych systemów produkcyjnych. Doświadczyliśmy tego np. w Belgii, pracując nad „Heweliuszem”. Kluczowe różnice to m.in. zasady finansowania projektów w kontekście np. wsparcia ze środków publicznych w postaci tzw. zachęt, inne zasady organizacji pracy czy kompetencje niektórych członków ekipy zdjęciowej. Polscy twórcy są doceniani na świecie, a potwierdzeniem są nagrody na prestiżowych festiwalach międzynarodowych.
Pomagają w tym projekty dla platform takich jak Netflix.
Oczywiście. Premiery projektów filmowych lub serialowych w 190 krajach w tym samym czasie w sposób naturalny rozszerzają dostęp do polskich produkcji. Po emisji „Wielkiej wody” pojawiło się duże zainteresowanie jej twórcami ze strony producentów z zagranicy, była masa zapytań, gratulacji i rozmów. Zwracano uwagę na oryginalność w podejściu do tematu, uniwersalizm opowieści, ale też na jakość realizacji. Niedawno pewien niemiecki producent, który przygotowywał projekt filmowy dotyczący powodzi w Niemczech, poprosił mnie o konsultację. Chciał posłuchać o naszych doświadczeniach z pracy nad „Wielką wodą” i omówić ewentualne zagrożenia. To było interesujące dla mnie spotkanie, Niemcy podkreślali to, jakie wrażenie zrobił na nich nasz projekt, byli ciekawi naszego podejścia producenckiego i realizacyjnego, doceniali skalę produkcji i sposób opowiadania.
„Heweliusz” i „Wielka woda” – który z seriali był dla pani ważniejszym wydarzeniem, jeżeli chodzi o rozwój zawodowy?
Trudno je porównać. „Wielka woda” była pierwsza i wywodziła się z moich doświadczeń osobistych. Pochodzę z Wrocławia, przeżyłam powódź z 1997 r. i stąd pomysł na serial o tym wydarzeniu. „Heweliusz” nie powstałby bez zrealizowania „Wielkiej wody”, to doświadczenie pozwoliło nam myśleć o dużo trudniejszym produkcyjnie i emocjonalnie wyzwaniu. Oba projekty wymagały jednak indywidualnego i kreatywnego podejścia twórców w tworzeniu konceptu realizacyjnego, który zdecydował potem o jakości i powodzeniu tych seriali. Oba wymagały też zbudowania zgranego i odważnego zespołu, a także nadawcy, który nam zaufa i podejmie ryzyko, angażując się w projekty o skali do tej pory nierealizowanej w Polsce. Rozpoczynając pracę koncepcyjną, nie mieliśmy przecież pewności, czy nasze pomysły się sprawdzą.
Producent chyba nie może nie wiedzieć? Musi mieć pewność, że się uda.
Uważam, że może nie wiedzieć. Ważne, aby wierzył, że dzięki odpowiednim decyzjom ta pewność się pojawi. Przy projektach o dużym ryzyku ważni są utalentowani twórcy, którzy wierzą w projekt i widzą w nim wyzwanie dla siebie, a przy tym potrafią szukać kreatywnych rozwiązań. Potem przychodzi czas na testy i próby, które to weryfikują. Wtedy z reguły wiadomo już, czy projekt może się udać. Czas przygotowań, czyli tzw. prepu, jest kluczowy jeśli chodzi o powodzenie projektu, do tego niezbędne jest podejmowanie dobrych decyzji.
Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Co uruchamia machinę, która owocuje powstaniem takich seriali jak „Wielka woda”?
Zacznijmy od tego, że gdy rodził się pomysł na „Wielką wodę”, byłam w okresie kryzysu okołopandemicznego. Wcześniej realizowałam duże projekty serialowe, ale za każdym razem miałam poczucie, że tempo prac literackich, przygotowań i produkcji, ze względu na specyfikę podejmowania decyzji w stacjach telewizyjnych w tamtym czasie na polskim rynku, nie służyło ani ekonomii, ani jakości. Szalenie mnie to frustrowało. Był nawet moment, gdy zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam kontynuować swoją drogę zawodową. W tym czasie jednak obejrzałam serial „Czarnobyl” i mocno mnie poruszył. Zaczęłam się zastanawiać, co mogłabym opowiedzieć w serialu dziejącym się w Polsce, utrzymanym w podobnym gatunku i klimacie. Polski rynek przechodził wówczas spore zmiany. Pojawił się m.in. Netflix. Wtedy wróciło do mnie wspomnienie powodzi z 1997 roku. A potem już poszło.
Pierwszy krok dla producenta najczęściej jest taki sam – znaleźć i zarazić pomysłem ludzi, którzy ruszą z nim w tę podróż. Na pierwszym spotkaniu z Jankiem Holoubkiem powiedziałam tylko: „Chciałabym zrobić serial o powodzi w 1997 roku”. Nie znałam go wówczas, spotkaliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać. Widziałam jego „Rojsta”, wydawał mi się nowoczesny, ciekawie opowiadany, pomyślałam więc, że chciałabym pracować z nim przy tym projekcie. Zależało mi, aby zacząć od reżysera.
Co odpowiedział?
„Okej, ale trzeba to wypełnić historiami. Pogadajmy o tym, kto by to napisał”. Janek zasugerował Kaspra Bajona, z nim rozmowa była krótka. Spodobał mu się pomysł. Zaczęliśmy czytać książki na temat powodzi z 1997 r., zdziwiło mnie, że było ich niedużo, do tego kilka opracowań socjologicznych, trochę prac doktorskich, albumy fotograficzne, kroniki. Nie znaliśmy się dobrze z Kasprem, ale oboje szybko poczuliśmy, że rozmawiamy o tym samym i mamy podobne podejście do tematu. Zdałam sobie sprawę, że w tym trójkącie pociągniemy ten projekt. Dopiero potem pojawił się temat platformy streamingowej oraz kwestia kompletowania pozostałych twórców i ekipy. Na początku najważniejsze jest to, by mieć wokół siebie ludzi, którzy myślą i czują podobnie jak ty, mają podobną wrażliwość.
Z „Heweliuszem” też tak było?
Podobnie, choć wtedy trwała produkcja „Wielkiej wody”, więc blisko współpracowaliśmy w naszym trójkącie. Pamiętam, że Kasper wszedł do pokoju, w którym teraz rozmawiamy, zwanego „writersroomem”, i powiedział: „Ania, trzeba zrobić serial o Heweliuszu”. Tragedia promu wryła mi się w pamięć. Dokładnie pamiętałam, gdzie byłam, gdy usłyszałam o katastrofie Jana Heweliusza i jak przejęła mnie ta informacja. Nie miałam wątpliwości, że powinniśmy zrobić ten serial. Wiedziałam też, że to Janek powinien zrobić „Heweliusza”. Na szczęście dał się namówić, dzięki temu czułam, że projekt może się udać, bo mieliśmy już na koncie realizację „Wielkiej wody”.
Reżyser Jan Holoubek, scenarzysta Katarzyna Śliwińska-Kłosowicz, producentka Anna Kępińska i scenarzysta Kasper Bajon podczas 28. Gali Polskich Nagród Filmowych Orły 2026
Obie produkcje mają wspólną cechę – mówią o ważnym doświadczeniu.
Wydawało mi się, że powódź z 1997 r. nie została zapamiętana jako doświadczenie zbiorowe. Tymczasem w trakcie pisania scenariusza okazało się, że każdy, z kim rozmawiałam, mówił: pamiętam, gdzie byłem i co robiłem w tym czasie. Każdy miał w głowie swój odnośnik do tamtego wydarzenia. Z „Heweliuszem” było inaczej. Gdy wspominałam, że robię serial o tej katastrofie, wiele osób w ogóle jej nie pamiętało. To mnie zaskoczyło, bo wydawało mi się, że to była ogólnonarodowa tragedia. To pierwsza różnica między tymi dwoma projektami. Wątek traumy, śmierci i żałoby był bardzo obecny w serialu „Heweliusz”. Z kolei w „Wielkiej wodzie” opowiedzieliśmy historię szerzej, nie z perspektywy konkretnych osób, bardziej jako doświadczenie zbiorowe. Mimo że była to wielka tragedia, która spowodowała ogromne straty materialne, a wiele osób zginęło, ludzie zapamiętali też pozytywne emocje związane z solidarnością, empatią i wzajemnym pomaganiem. Przy „Heweliuszu” tego nie było i to zasadniczo wpłynęło na ton obu seriali.
Praca na zbiorowych emocjach wiąże się z odpowiedzialnością. To tworzy presję?
Jeśli mówimy o odpowiedzialności, to polega ona między innymi na tym, że nie zagłębiamy się w temat pobieżnie, tylko wchodzimy głęboko w emocje wielu ludzi, którzy opowiadają, co przeżyli, a potem staramy się je dość wiernie oddać. Ton opowieści w „Wielkiej wodzie” i „Heweliuszu” powstał na bazie wspomnień i emocji uczestników wydarzeń, o których opowiadają seriale. Nasza odpowiedzialność polega na tym, żeby do nich dotrzeć i odpowiednio przedstawić. Pamiętajmy, że serial fabularny nie jest filmem dokumentalnym, nie chodzi w nim o precyzyjne odtworzenie faktów i zdarzeń. Dramaturgia rządzi się swoimi prawami, a twórcy nakładają na nią jeszcze swoją wrażliwość artystyczną. Najważniejsze i zarazem uczciwe wobec widza jest w tej sytuacji odtworzenie prawdy emocjonalnej.
Ten zawód był pani pierwszym wyborem, jeżeli chodzi o drogę życiową?
W czasach liceum chciałam zdawać na medycynę. Część mojej rodziny to lekarze, więc wydawało mi się, że to odpowiednia droga kariery, choć chyba kompletnie się do tego nie nadawałam. Na szczęście zmieniłam zdanie i pod koniec liceum wybrałam całkiem inny kierunek – produkcję filmową. To była trochę przypadkowa decyzja. Moi rodzice chyba zaniepokoili się, że nie mam pomysłu na to, co robić w życiu, a zauważyli, że interesowałam się teatrem, kulturą, dlatego zaproponowali mi spotkanie ze znajomą kierowniczką produkcji z Telewizji Wrocław. Przyjrzałam się, na czym polega jej praca i postanowiłam zdawać na organizację produkcji do Katowic. Potem wszystko się potoczyło już naturalnie. Szybko zaczęłam pracować w zawodzie kierownika produkcji, a z czasem producenta i nawet przez chwilę nie myślałam o zmianie. Zafascynował mnie ten świat i chyba się w nim sprawdzałam. Dziś myślę, że producent to jeden z ciekawszych zawodów filmowych, łączy bardzo różne kompetencje od kreatywnych przez organizacyjne do biznesowych.
Gdy dzisiaj patrzę na młodzież, która próbuje różnych dróg, kończy jedne studia, robi potem zupełnie coś innego i nie ma na początku jasno określonego kierunku czy celu, myślę, że gdy byliśmy w ich wieku, od nas oczekiwano jednoznacznych decyzji. To miało oczywiście dobre i złe strony, z jednej strony wachlarz wyborów był węższy, ale z drugiej strony łatwiej było popełnić błąd, który decydował o całym życiu.
Z myślą o młodych ludziach powstał konkurs „Wyobraź sobie”, który w tym roku kończy 5 lat. Jest pani z nim związana niemal od początku, jaką daje on szansę młodym ludziom?
To bardzo ciekawy konkurs, ponieważ ma bardzo szeroki zasięg i jest dla każdego. Bardzo szybko się rozwija, w tym roku zgłoszono ponad 1100 projektów. Nie został stworzony tylko z myślą o zawodowcach, nie wymaga też napisania scenariusza, wystarczy tak zwany treatment, czyli opis poszczególnych scen, bez dialogów. Można oczywiście powiedzieć, że treatment też nie jest łatwą formą, wymaga pomysłu, struktury, znajomości dramaturgii. Zgoda, ale łatwiej stworzyć treatment niż kompletny scenariusz. Jeśli ktoś ma pomysł, jest kreatywny, ale brak mu doświadczenia lub ciężko było mu się dotąd przebić, konkurs „Wyobraź sobie” jest dla niego. Może spotkać ludzi, którzy pomogą mu rozwinąć jego projekt. Twórcy wybranych projektów mogą dopracować swoje dzieło wspólnie z fachowcami. Dodajmy do tego spotkania z bardzo ciekawymi ludźmi z branży, a także potencjalnie szansę na stworzenie scenariusza na podstawie wyróżnionego treatmentu, a w perspektywie – nawet filmu.
Kim są osoby, które zgłaszają się do konkursu „Wyobraź sobie”? To przyszli reżyserzy, scenarzyści, producenci?
To bardzo różni ludzie i to też jest ciekawe w tym konkursie. Są wśród nich osoby bardzo młode i takie w wieku dojrzałym. Część pracuje w szeroko rozumianej branży filmowej, przy produkcji filmów reklamowych, ale też w branży np. gier wideo. Są też tacy, którzy dopiero zaczynają i w ogóle nie mają warsztatu. Łączy ich to, że zawsze chcieli pisać, mają pomysł na film i zawarli go w treatmencie.
Myślenia niezbędnego do tego, by opowiadać historie, które poruszają, można się nauczyć, czy trzeba się z tym urodzić?
Trzeba mieć w sobie pewien rodzaj wrażliwości. Profesor Janicki, z którym miałam zajęcia na uczelni, mówił: scenarzysta powinien jeździć autobusem, wtedy ma szansę obserwować ludzi. Mówiąc inaczej – trzeba mieć w sobie wrażliwość, talent do pióra i być ciekawym drugiego człowieka i świata. To niezbędna podstawa. Cała reszta to warsztat, którego można się nauczyć. Jeśli ktoś ma w sobie pewną gruboskórność, ciężko będzie mu zauważyć i opisać coś ciekawego. W branży filmowej wszystko zaczyna się od tekstu.
Czego doświadczeni filmowcy mogą się nauczyć od młodych?
Przede wszystkim tego, że młodzi myślą trochę inaczej. Każde pokolenie opowiada swoje historie we własny sposób. Każde ma swoje obserwacje, tematy, lęki, konflikty i doświadczenia, które stara się opisać. Być może młodzi bardziej myślą krótkimi formami, skrótami, są mniej „analogowi”, a może potrzebują powrotu do spokojniejszej narracji? Na pewno potrzebna jest im uwaga i rozmowa o tym, co chcą opowiedzieć. To zadanie dla doświadczonych twórców. Ważne jest, aby debiutanci jak najwięcej dawali z siebie, wnosząc w ten sposób coś świeżego i oryginalnego do kinematografii. Powtarzanie schematów, sięganie po to, co się ogląda i jest lubiane, to ślepa uliczka. Warto przełamywać schematy i opowiadać historie w sposób zrozumiały dla młodego pokolenia.
W rozmowach z młodymi ludźmi o ich treatmentach staram się nie stawać w opozycji do nich. Nie czuję się ekspertką od oceniania scenariuszy, mogę za to intuicyjnie podzielić się tym, czy dana historia mnie porusza. Ważne jest dla mnie też, aby usłyszeć, na czym im zależało – wtedy jestem w stanie wskazać, czy udało się to wydobyć w projekcie.
Jest rozmowa, a gdzie bunt i odwieczny konflikt pokoleń?
Bunt też jest oczywiście. Pokolenie urodzone w latach 70. czy 80. ma inny stosunek do pracy czy „work-life balance” niż większość dzisiejszych 30-latków. Wynika to pewnie z wychowania, tamtych czasów, naszej historii, wydarzeń politycznych i społecznych. Stosunek do pracy i proporcji względem czasu wolnego to tylko jedna z różnic.
W branży, która uchodzi za taką, w której pracuje się bardzo dużo, widać zmiany?
Praca producenta w branży filmowej nie polega na tym, że wychodzi się z biura o 17:00, „wyłącza się” głowę i wraca do domu. Czasem najlepsze pomysły na rozwiązanie trudnych sytuacji pojawiają się niespodziewanie. Może być tak, że wstajesz z łóżka i doznajesz olśnienia, czasem dzieje się to, gdy gotujesz zupę albo jesteś z psem na spacerze. Tych spraw nie da się oddzielić i nie jest to chyba tylko specyfika branży filmowej. Być może takie podejście to konsekwencja tego, że gdy bierzesz na siebie odpowiedzialność za firmę, projekt czy ludzi, to myślisz o tym cały czas. Może to kwestia dojrzałości, a może także wychowania i wartości.
Młode pokolenie patrzy na te sprawy inaczej, więc warto się pogodzić z tym, że to trwała zmiana. Młodzi powinni jednak dostrzec, że czasem w życiu albo w pracy pojawiają się sytuacje, gdy nie warto odpuszczać. To momenty, gdy trzeba trochę zaburzyć proporcje pomiędzy życiem osobistym a pracą.
Moim zdaniem zmiany są już zauważalne, widać większe poszanowanie dla czasu wolnego, życia prywatnego. Wydaje mi się też, że nastały czasy mniejszego dystansu i odejścia od sztucznych podziałów między pokoleniami. Jest więcej rozmowy i wzajemnej argumentacji, kiedyś miało to miejsce dużo rzadziej. Konflikty pokoleniowe były, są i będą. Najważniejsze, by rodziło się z nich coś nowego, a także – by szukać wzajemnego zrozumienia.