Szukaj

Jan Kwieciński: „jestem analogowy, kocham dobre historie”

Nie sposób odmówić mu odwagi. Kiedy pandemia spowodowała wstrzymanie premiery „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, wspólnie ze współpracownikami postanowił udostępnić swój film na Netflixie. Teraz to najczęściej oglądana polska produkcja w tym serwisie.

Urodził się w 1985 roku. Jako syn producenta filmowego, wychowywał się na planie. Fachu uczył się przy produkcjach Spielberga i Wajdy. Wyprodukował przebojowy komediodramat „Atak paniki” Pawła Maślony.

Teraz wspólnie z Bartoszem M. Kowalskim i Mirellą Zaradkiewicz napisał scenariusz „W lesie dziś nie zaśnie nikt” – pierwszego polskiego horroru typu „slasher”, którego naprawdę nie trzeba się wstydzić. Czy ten film zmieni postrzeganie rodzimych horrorów, a może także podejście do dystrybucji filmów w Polsce?

Nie czekaliście do zakończenia pandemii koronawirusa, wasz film „W lesie dziś nie zaśnie nikt” od razu zadebiutował na Netflixie. To była trudna decyzja?

Jan Kwieciński: Bardzo trudna, bo marzyliśmy, żeby wreszcie podzielić się z widownią filmem, nad którym tak ciężko pracowaliśmy. Kiedy tuż przed premierą zamknięto kina w Polsce, musieliśmy zastanowić się, co dalej.

Cieszę się, że tak szybko dostaliśmy możliwość zaprezentowania się wielkiej widowni w całej Polsce na Netflixie.

To dla nas ogromna duma i nobilitacja. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się że można lepiej spędzić czas kwarantanny niż oglądając nasz film.

Ludzie myślą chyba podobnie, wasz film „W lesie nie zaśnie dziś nikt” okupuje pierwszą pozycję w „Top 10 w Polsce” na Netfliksie.

Najwyraźniej odpowiada on na zapotrzebowanie widza, na głód kina gatunkowego w Polsce.

Wylądowaliście na platformie, przełamując klasyczne podejście do dystrybucji. Film przypomina buszowanie po wypożyczalni kaset wideo, nowoczesność zderza się w nim z oldskulem. A jak jest z tobą? Należysz do ludzi analogowych czy jesteś na bieżąco z nowinkami technologicznymi?

Wszyscy z naszego pokolenia, ludzie urodzeni w latach 80., są przynajmniej w jakimś stopniu analogowi. Ja na pewno jestem, na tym się wychowałem.

Wydaje mi się, że tę analogowość nawet w sobie pielęgnuję. Na strychu mam kolekcję VHS-ów i płyt DVD, które zbierałem przez lata. Sentyment jest tak duży, że nie mogłem się ich pozbyć, to kawał mojego życia, kupa wspomnień i wielka inspiracja do tworzenia.

Dopiero teraz zobaczyłem na twoim biurku konsolę Nintendo Game Boy.

Jest też „Kapitan Żbik”, kaseta magnetofonowa z „Forresta Gumpa” i VHS z „Wiedźminem”. W moim przypadku oldskul to też wypożyczalnie video. To cotygodniowe wypady w poszukiwaniu kina klasy A, B, C czy czegokolwiek, co dostępne było na półkach.

Miks tych doświadczeń dał mi uwielbienie dobrej historii, porywającej narracji, ale koniecznie w znakomitej formie. Chyba dlatego takie wrażenie zrobiły na mnie ostatnio „Nieoszlifowane diamenty” braci Safdie. Czuć w tym filmie DNA chłopaków z wypożyczalni.

W scenariuszu „W lesie…” nie brak odważnych odniesień do polskiej rzeczywistości. Zupełnie jak bohaterowie filmu, wydaje się w potrzasku pomiędzy siłami reprezentowanymi przez złego księdza i bliźniaków wyglądających jak Jason z „Piątku 13-ego”.

Najlepsze horrory zawsze odnosiły się do rzeczywistości, próbowały oswoić społeczne lęki i nastroje. W „Halloween” Carpenter zagląda do demonów pozornie bezpiecznych amerykańskich przedmieść, a „Noc żywych trupów” Romero interpretowana jest według klucza konsumpcjonizmu i zimnej wojny.

Zależało nam, żeby film, który robimy, nie był wolny od podobnego komentarza. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” to list miłosny do klasyki gatunku przetrawionej przez współczesność.

Stąd cały koncept dzisiejszej Polski oraz odcięcia bohaterów od technologii i pytanie, czy to aby na pewno ratunek. Kiedy przeczytaliśmy o obozach offline’owych, poczuliśmy, że to świetny punkt wyjścia.

Jakie były reakcje na hasło: „kręcimy polski horror”?

Większość osób, do których przyszliśmy z tym projektem, pukała się w czoło. „To nie ma prawa się udać w Polsce” – słyszeliśmy. Poza naszym koproducentem Zenonem Maśloną z Planu Zet nikt w nas nie wierzył.

Mam wrażenie, że kino moralnego niepokoju skutecznie zabiło w Polsce myślenie o gatunku. Każdym, nie tylko horrorze. Wystarczy spojrzeć, jak w traktowano komedie Stanisława Barei. Żuławskiego uznawano za dziwaka i ekscentryka z ubocza. To było kino gorszego sortu.

Początkowo planowaliśmy kręcić cały film po zmroku w Bieszczadach, ale kiedy po kolejnych spotkaniach zdaliśmy sobie sprawę, jak trudno będzie zdobyć wystarczające pieniądze, zaczęliśmy wprowadzać zmiany pod skromniejszy budżet.

Ostatecznie wylądowaliśmy w lasach pod Warszawą, a noc zamieniła się w dzień, co szczególnie w tym gatunku jest ogromnym wyzwaniem.

Co jeszcze było wyzwaniem?

Jak powiem, że wszystko, nie będzie to wcale dalekie od prawdy. Na planie ciągle się czegoś uczyliśmy. Projektowanie potwora w kraju, w którym praktycznie nigdy nikt tego robił, efekty specjalne na planie, gdzie krew ma sikać hektolitrami, efekty komputerowe itd. Itp.

Mieliśmy świadomość, na co się porywamy i w których momentach możemy się wyłożyć, czego nie nadrobimy nawet największą pasją.

Potknięcia są nieuniknione, jeśli przecierasz szlak. Jednak zawsze marzyłem, żeby jako producent robić takie filmy, które sam chciałbym oglądać w kinach.

Masz imponujące CV. Przed dwudziestymi urodzinami zdążyłeś zaliczyć pracę jako asystent Andrzeja Wajdy i kierownika produkcji na planie u Stevena Spielberga.

Kończyłem London Film School u Mike’a Leigh. Kierunek nazywał się „filmmaking” i jego ideą jest kompleksowe podejście wprowadzające elementy zawodu operatora, reżysera, producenta.

Wydaje mi się, że dzięki temu rozumiem każdy z pionów, bo pracując nad szkolnymi projektami poznałem specyfikę ich pracy. Z drugiej strony, jestem bardziej krytyczny wobec samego siebie, bo nie patrzę na projekty wyłącznie z perspektywy producenta.

Pamiętasz swój pierwszy dzień na planie?

Ojciec zabierał mnie na plan od małego, tam spędziłem większość dzieciństwa. Zaraziłem się kinem przez osmozę. Bardzo późno odkryłem, że można robić w życiu coś innego niż kręcić filmy. (śmiech)

W moim przypadku wybór ścieżki zawodowej był oczywisty. Obserwuję, że łatwiej mi dogadać się z filmowcami, których – tak jak mnie – ukształtowało dziwaczne combo popkulturowych doświadczeń lat 90.

Pierwszym filmem, który obejrzałem w kinie z tatą, był „Leningrad Cowboys jadą do Ameryki” Akiego Kaurismäkiego. Chłonęliśmy wtedy na równi „Pulp Fiction” co „MacGyvera”, „Drużynę A” czy „Yattamana”, „Gigiego” i inne seriali anime na Polonii 1.

I horrory klasy B?

Zdecydowanie. Jeśli chce się dziś mówić o rzeczach ważnych i docierać do młodych widzów, trzeba ubierać filmy w ciekawą, rozrywkową formę.

Kino gatunkowe ma szansę pełnić formę takiej tuby dialogującej z młodym widzem. Udowodnili to Ari Aster i Jordan Peele. Dzięki takim filmom jak „Dziedzictwo. Hereditary”, „Midsommar. W biały dzień” czy nagrodzone Oscarem za scenariusz „Uciekaj!” horror wszedł na salony.

Myślałem, że to przyniesie wysyp podobnych pomysłów u nas. Ale w krótkich metrażach wciąż nie widać zabawy konwencjami, najwyraźniej młodzi twórcy boją się jeszcze ryzyka.

Co masz na myśli?

Oglądam dużo etiud. Choć ewidentnie wzrasta świadomość młodych reżyserów i jakość tych filmów, to są jeszcze w większości szalenie klasyczne. Kiedy ryzykować, eksperymentować, szukać, jeśli właśnie nie na etapie szkoły?

Producenci oglądają potem te filmy i nie szukają w nich idealnych form tylko właśnie poszukujących twórców. Budowanie portfolio z etiud studenckich pod kątem kina, jakie chce się robić później, to rzecz absolutnie kluczowa, aby kiedyś zrobić swój pierwszy film.

Tak to działa?

Dam przykład: po obejrzeniu „Magmy” zadzwoniłem do Pawła Maślony. Chciałem z tym facetem pracować. Tak powstał „Atak paniki”. Podobnie z Piotrkiem Domalewskim, byliśmy dogadani jeszcze przed sukcesem „Cichej nocy”.

Debiut Bartosza M. Kowalskiego „Plac zabaw” spotkał się z krytyką ze strony niektórych, ale jednego nie można mu odmówić: był wyrazisty. Dlatego został zapamiętany. Dzięki shortom poznałem też poczucie humoru Kaliny Alabrudzińskiej, wiedziałem, że ma genialne wyczucie wielowymiarowych postaci kobiecych. A tego właśnie potrzebowaliśmy w serialu „Sexify” dla Netflixa.

Producent bierze na siebie ryzyko finansowe, to jasne. Ale żeby w ogóle do mowy o ryzyku doszło trzeba przekonać dziesiątki osób, że zainwestowanie w konkretnego reżysera swojego czasu i pieniędzy ma sens. Dlatego muszę mieć pełne zaufanie do twórcy, z którym wchodzę na pokład. Spędzam z nim też potem więcej czasu niż we własnym domu, więc fajnie żebyśmy się przynajmniej lubili.

Zamknij
Zamknij