Szukaj

Pasja mocnego tupnięcia

Nie patrzę na szkołę jak na biznes tylko patrzę na to, co się ludziom podoba i idę za tym. Staram się również o to, by to, co się podoba nie było za drogie – mówi Małgorzata Wołyńczyk, tancerka i założycielka szkoły flamenco.

Gosiu, z wykształcenia jesteś?

Magistrem filologii ukraińskiej.

To nieco odległe od kultury iberyjskiej. Kiedy i jak flamenco zawitało do Twojego życia?

Wszystko zaczęło się od tego, że znajomy mojego ojca, będąc w Hiszpanii, znalazł na ulicy kasetę z muzyką El Cabrero. Kolega ojca wiedział, że tata interesuje się muzyką hiszpańską, nie tyle flamenco, co tak ogólnie hiszpańską i postanowił sprezentować mu kasetę. Tacie nagrania Cabrero spodobały się na tyle, że zapisał się na kurs gitary flamenco do szkoły Marka Krajewskiego i w ten sposób flamenco zawitało do naszego domu i do mojego życia. Oczywiście, oprócz muzyki były też filmy, zwłaszcza Carlosa Saury.

Czyli flamenco to pierwsze taneczne zauroczenie?

Najpierw był taniec towarzyski, a potem współczesny. W 2001 roku skręciłam nogę z naderwaniem torebki stawowej i nie mogłam dłużej zajmować się tańcem współczesnym, który wymaga bardzo dużej gibkości. No i wtedy postanowiłam iść na kurs flamenco, bo wydawało mi się, że będzie to coś w miarę spokojnego.

Czy flamenco to nie jest przypadkiem mocne tupnięcie?

W tamtym czasie, w porównaniu z tańcem współczesnym, flamenco wydawało mi się bardzo statyczne, spokojne, potem dopiero okazało się, że jest w nim wiele ekspresji, dynamiki, różnorodności. Natomiast co do kontuzji nogi, to flamenco właściwie pomogło mi ją wyleczyć, dzięki ćwiczeniom stepu na nowo nabudowały mi się mięśnie. Paradoksalnie, gdy mam przerwę i nie ćwiczę, wtedy kontuzja daje o sobie znać, więc najlepszym sposobem rehabilitacji jest właśnie praktyka flamenco.

Czy nam Polakom, Polkom łatwo jest nauczyć się tego tańca?

Tak, zwłaszcza jeśli ktoś chce i ma do tego cierpliwość, bo jest to taka droga, która nie ma swojego końca, flamenco to pasja na całe życie. Trzeba polubić same treningi, polubić uczenie się tego tańca. Z mojego punktu widzenia, każdy, kto systematycznie chodzi na zajęcia, może opanować podstawy, głównym problemem jest słabnący po jakimś czasie entuzjazm, dlatego dobrze jest znaleźć nauczyciela czy nauczycielkę, którzy dbają o to, by na każdej lekcji, poczynając od tej pierwszej, był przynajmniej niewielki fragment choreografii. Dzięki temu dana osoba, nawet jeśli jest na początku swojej przygody z flamenco, może doświadczyć przyjemności z tańca i stopniowo rozwijać technikę, tak by czuć się w tym tańcu coraz bardziej swobodnie.

 Kiedy okazało się, że sam taniec to za mało i postanowiłaś założyć własną szkołę?

Założenie szkoły przyszło właściwie na samym końcu, samo prowadzenie zajęć było ważną dla mnie decyzją. Początkowo uczyłam się bardzo nieregularnie, bo miałam studnia dzienne i pracę w telewizji, która wymagała dyspozycyjności 24 godziny na dobę. Nie mogłam odpuścić studiów i bardzo ambitnie musiałam mieć piątki na egzaminie, także działałam wtedy „na full” i pierwsze trzy lata trenowałam jedynie raz w tygodniu. Bardzo żałowałam, że nie mogę mieć drugiej godziny, ale taki to było wtedy intensywny okres studencko – pracowy. Mimo tego bardzo szybko dostałam propozycję, bym poprowadziła pierwszą grupę, pewnie dlatego, że miałam za sobą 10 lat doświadczenia w tańcu towarzyskim i współczesnym oraz lata szkoły muzycznej. Podstawy przyswoiłam bardzo szybko i stwierdziłam, że mogę uczyć, nie wiedziałam tylko, czego dokładnie mam uczyć i w jaki sposób. Ale gdy dostałam propozycję uczenia innych, podjęłam decyzję „na tak”. Akurat skończyłam studia i ograniczyłam pracę w telewizji, mogłam więc wziąć dodatkowe 2 godziny lekcji w tygodniu dla siebie. Bardzo czekałam na każde z tych zajęć i ubolewałam, że nie mogę znaleźć czasu na jeszcze jedne. Bardzo szybko też postanowiłam wyjechać do Sewilli. Zobaczyłam tam, ile jest do ogarnięcia, na co należy zwrócić uwagę, co jest ważne, jak się jest nauczycielem i szczerze…? Jak dobrze sięgnę pamięcią, to pierwsze pytanie od uczennicy: „Kiedy założę własną szkołę?” dostałam jeszcze przed pierwszym wyjazdem do Hiszpanii.

Ile czasu minęło od tego pierwszego pytania do momentu, kiedy zdecydowałaś, by otworzyć własną szkołę?

Nie wiem… czekaj, policzę szybko… 11 lat.

11 lat? Dlaczego tak długo zwlekałaś?

Dlatego, że własna szkoła to jest bardzo duża odpowiedzialność. Jak się prowadzi tylko zajęcia, to skupiasz się w ciągu dnia na treningach i przygotowaniu zajęć, a potem po prostu idziesz prowadzić te zajęcia wieczorami. Natomiast gdy prowadzisz szkołę, trzeba już mieć bardzo duże doświadczenie, żeby przygotowanie zajęć nie było bardzo czasochłonne, tylko żeby operować doświadczeniem i warsztatem nauczycielskim i szybko decydować, co jest danej grupie potrzebne, jaki element powinien być w choreografii; umiejętność stworzenia choreografii, znajomość form to całkiem oddzielne, bogate zagadnienia … Ja wtedy, gdy ta dziewczyna zapytała się o moją szkołę, nie miałam jeszcze umiejętności profesjonalnych, to wszystko się dopiero zaczynało, ale to co robiłam, chyba już się ludziom podobało. Może to był klimat na zajęciach, może to, co już sama umiałam potrafiłam przekazać innym… W każdym razie szkoła to są wszystkie aspekty związane z uczeniem, o których wspomniałam plus odpowiedź na pytanie, jak rozwijać szkołę, żeby jej uczniowie jak najwięcej się nauczyli i nie tracili na to całego życia, żeby jak najszybciej mieli efekty i satysfakcję.

Jak udaje ci się łączyć karierę tancerki, z prowadzeniem szkoły? Ostatnio w konkursie Jerez de la Frontera jako jedyna osoba nie mieszkająca na stałe w Hiszpanii zakwalifikowałaś się do ścisłego finału i zdobyłaś III miejsce w kategorii Solistas Profesionales Adultos. Czy jest w Polsce inna tancerka, która może pochwalić się takimi osiągnięciami w profesjonalnym świecie flamenco?

W Polsce jest dużo bardzo dobrych tancerek, które mogłyby sięgnąć po takie medale, natomiast ja pierwsza pokusiłam się o taką przygodę i dlatego jestem prekursorką; pierwsza na tyle szalona, by brać udział w międzynarodowych konkursach.

Jak więc udaje ci się łączyć karierę „pierwszej szalonej” z praktycznym, przyziemnym zarządzaniem biznesem, bo szkoła to przecież biznes?

Nie patrzę na szkołę jak na biznes, tylko patrzę na to, co się ludziom podoba i idę za tym. Staram się również o to, by to, co się podoba nie było za drogie. Nie patrzę tak do końca na  mega zyski, oczywiście ważne jest, żeby było co włożyć do garnka, jednak głównie koncentruję się na myśleniu o tym, co daje rozwój szkole, co nakręca, co daje życie, co powoduje, że szkoła jest żywa. Bardziej jestem choreografem szkoły, w takim sensie, że buduję choreografię, odpowiednią dramaturgię, w której jest miejsce na te momenty, gdzie się mocniej pracuje i te momenty, gdy się nabiera oddechu, by potem znowu pracować.

Mówiąc o dramaturgii czy choreografii szkoły udaje ci się w tę choreografię wplatać warsztaty tak znamienitych postaci jak Florencia O’Ryan, która w ostatnim, XXII Concurso Nacional de Arte Flamenco de Córdoba zdobyła I miejsce, Sandra Cisneros, która prowadzi własną szkołą tańca flamenco w Andaluzji czy Manuel Betanzos, który w świecie flamenco jest uważany za niedoścignionego mistrza ekspresji i plastyczności ruchu. Każde z nich jest nie tylko doskonałym tancerzem, ale też pedagogiem. Rzadko się zdarza, aby ludzie tej klasy uczyli początkujących flamencosów, a Tobie udaje się te osoby zapraszać do swojej szkoły. Jak Ty to robisz?

Najpierw poznałam Florencję: gdy po raz drugi przyjechałam do Hiszpanii poznałyśmy się na zajęciach i już wtedy bardzo mnie zaintrygowała. Nie umiała wtedy jeszcze tyle, co teraz, ale wyróżniała ją spośród innych jej charyzma. Zakumplowałyśmy się wtedy – ja widziałam coś w niej, a ona widocznie zobaczyła coś we mnie – pamiętam nasze pierwsze spotkania, gdy rozmawiałyśmy o deklinacji i koniugacji w języku polskim, choć Florencja nigdy wcześniej nie miała z naszym językiem styczności. Zainspirowała mnie jej ciekawość świata i ludzi, jej wrażliwość, profesjonalizm. Zaprzyjaźniłyśmy się, a ja od początku wiedziałam, że ona ma w sobie to „CÓŚ” – coś więcej niż każda inna utalentowana hiszpańska tancerka; ma w sobie coś niezwykle pociągającego w tańcu. Potem zaryzykowałam i zaprosiłam ją do Polski w 2013 roku, do szkoły Marka Krajewskiego w której pracowałam przez 13 lat zdobywając doświadczenie jako nauczycielka. Stwierdziłam, że jeśli ktoś, kto nie jest Hiszpanką tak świetni sobie radzi…

dodajmy, że Florencja jest Chilijką…

… tak, Florencja przyjechała do Hiszpanii mając 19 czy 20 lat i za sobą 4 lata uczenia się flamenco w Chile, gdzie poziom jest bardzo wysoki, po czym przyjechała do Hiszpanii i zawojowała tamtejsze sceny, łącznie ze zwycięstwem w najbardziej prestiżowym konkursie w Cordobie. Stwierdziłam, że Florencja jako nie-Hiszpanka ma bardzo dobrze przeanalizowane i poukładane w głowie wszelkie detale związane z tańcem i taka osoba będzie mogła świetnie uczyć tych, którzy nie są rodowitymi Hiszpanami.

A Manuel Betanzos?

To tancerz, który prowadzi własną szkołę w Sevilli – Manuel Betanzos Academia de Flamenco – oferującą zajęcia i dla amatorów, i dla profesjonalistów. 5 lat temu zapytał mnie, dlaczego ja nie mam własnej szkoły, bo on by bardzo chętnie przyjechał. Manuel ma niesamowity dar otwierania ludzi na muzykę. My tutaj w Polsce jesteśmy troszkę jakby zmrożeni, nieco zamknięci, skrępowani, nie należymy do najbardziej roztańczonych narodów…

powiedziałabym, że jesteśmy narodem rzadko tańczącym na trzeźwo …

… i wstydzącym się pokazać siebie w tańcu, a Manuel potrafi doskonale wlać w człowieka hiszpańskie ciepło, radość, swobodę, płynność ruchu. Nie skupia się tak bardzo na technice, ponieważ jego choreografie nie są trudne, ale koncentruje się przede wszystkim na tym, by nauczyć plastyczności, otwartości, szczerości w tańcu, totalnego rozluźnienia. W lutym 2019 roku zaprosiłam go po raz pierwszy, a o tym, jak ceniony jest w świecie flamenco jako nauczyciel niech zaświadczy fakt, że zapisy na jego kurs trwały zaledwie dobę, po 24 godzinach zabrakło już wolnych miejsc. W marcu przyjeżdża do nas ponownie, ale już wcześniej, bo w lutym, odbędą się warsztaty z Florencją, natomiast w marcu, oprócz Manuela, będziemy też gościć Sandrę Cisneros.

 

Sandra to kolejna utalentowana tancerka i świetny pedagog, współpracujący z Twoją szkołą. Jak doszło do waszego pierwszego spotkania?

Sandra przez jakiś czas mieszkała w Polsce i pojawiła się w szkole flamenco w Warszawie, a ja zapisałam się do niej na lekcje indywidualne, dwa razy w tygodniu. Swoim tańcem prezentowała estetykę flamenco, którą nie wiadomo jak poznać, jak zrozumieć. Sandra była tą pierwszą, niezapomnianą nauczycielką, dzięki której poznałam i przyswoiłam sekretną duszę flamenco. Świetnie zdała egzamin bycia doskonałym pedagogiem, pnie się też po szczeblach kariery tanecznej, jest laureatką prestiżowego konkursu w Madrycie VIII Concurso de baile flamenco Villa Rosa 2019. Ukończyła konserwatorium „Pepa Flores” w Maladze a obecnie kształci się w Conservatorio Superior de Danza de Málaga oraz prowadzi własną szkołę tańca „Jabera Studio”. Mieszkała przez jakiś czas w Polsce, zna nasz kraj, naszą kulturę i choć nie mówi po polsku, to sporo rozumie i bardzo dobrze odnajduje wspólny język z uczestnikami warsztatów.

Wielu ludzi marzy o tym, by ich zawód był również ich pasją a Ty to realizujesz w życiu. Powiedz, co jest wyzwaniem w spełnianiu tego marzenia, a co jest nagrodą?

Trochę poszłam z prądem, czyli jak pojawiła się możliwość prowadzenia zajęć, to się na to zdecydowałam i odkryłam, że jestem w tym dobra i że uczenie tańca sprawia mi przyjemność. Uznałam też, że skoro mam uczyć innych, to sama powinnam stać się profesjonalną tancerką flamenco i tak to jakoś poszło, taki samo nakręcający się mechanizm. Z perspektywy czasu wyzwaniem jest to, żeby znaleźć równowagę w każdym dniu, znaleźć czas na trening, na szkołę i czas na życie prywatne…

a masz czas na życie prywatne?

…no więc ten aspekt jest akurat absolutną porażką… Żadnego zwycięstwa na tym polu nie ma, co roku mam postanowienie noworoczne, by coś tu zmienić…

Ale jest pewne zwycięstwo w tym obszarze: wiem, że twój narzeczony jest gitarzystą flamenco i bardzo wspiera Cię w twoich działaniach…

Kuba pewnie wolałby, żebym miała więcej czasu dla niego poza szkołą, a ja się budzę i natychmiast myśli moje krążą wokół szkoły – bardzo to lubię i odnajduję w tym spełnienie, są jednak inne aspekty życia prywatnego, które póki co czekają na realizację.

A co jest nagrodą w tej pracy?

Nagrodą jest to, że mogę cały czas kreować, mogę cały czas wymyślać, trudno tu o rutynę, choć rutyna jest bardzo ważna na przykład w stepowaniu, bo ona rozwija umiejętności. A rutyna, która nie rozwija, taka bezmyślna rutyna biurowa po prostu mnie zabija, więc uciekłam w świat, w którym czuję, że żyję naprawdę.

Małgorzata Wołyńczyk: Tancerka i założycielka szkoły flamenco La Puerta del Baile w Warszawie. Jest laureatką VI Międzynarodowego Konkursu Tańca Flamenco „Flamenco Puro” w Hiszpanii (Jerez de la Frontera 2019, III miejsce w kategorii Solistas Profesionales Adultos). Tym samym jest pierwszą polską tancerką flamenco nagrodzoną w Andaluzji. Ponadto jest laureatką nagrody „Premio Especial de Jerez” w 2017 roku na Międzynarodowym Konkursie Flamenco Puro w Turynie. Kilkakrotnie występowała na scenach w Hiszpanii, w tym trzykrotnie była zapraszana do Pena de Gelves w Sewilli. Swoje umiejętności zdobywała i doskonaliła w najlepszych sewilskich szkołach tańca. Wystąpiła z zespołem Gipsy Kings. Współpracowała z Filharmonią Narodową, Teatrem Narodowym, Teatrem Kamienica, Telewizją Polską. W latach 2004–2017 prowadziła liczne kursy tańca w warszawskiej szkole Studio Flamenco, zdobywając ogromne doświadczenie jako nauczycielka flamenco. Jej popularność wśród polskich fanów flamenco przyciąga na prowadzone przez nią od 2011 roku letnie warsztaty w Stręgielku i Wilkowie pasjonatów tej sztuki z całego kraju.

Zamknij
Zamknij