Szukaj

„Diabeł ubiera się u Prady”: film, który źle się zestarzał

15 lat temu w kinach pojawił się film „Diabeł ubiera się u Prady”. Wywołał ekscytację i zawładnął wyobraźnią milionów kobiet zafascynowanych światem mody. Mówmy jednak wprost – mało który film zestarzał się tak fatalnie, jak opowieść o Mirandzie Priestly i jej asystentce. W 2021 roku „Diabeł ubiera się u Prady” prawdopodobnie w ogóle by nie powstał, bo normalizuje toksyczne relacje w pracy.

Wydaje się, że to było całkiem niedawno, kiedy oglądając film „Diabeł ubiera się u Prady”, kibicowaliśmy Andy Sachs, granej przez Anne Hathaway młodziutkiej i ambitnej dziennikarce, która dostała się na staż na stanowisku asystentki Mirandy Priestly, redaktorki naczelnej prestiżowego magazynu modowego. Dziś wielu z nas z politowaniem patrzyłoby na to, jak Andy rujnuje sobie zdrowie i prywatne życie tylko po to, aby realizować nieludzko trudne zadania, rzucane jej przez bezwzględną szefową.

Minęło 15 lat od premiery filmu „Diabeł ubiera się u Prady”

Jednym z najbardziej irytujących momentów filmu była scena, w której Andy próbuje poruszyć niebo i ziemię, aby zorganizować Mirandzie bilet na samolot pomimo szalejącego huraganu. Oczywiście nic z tego nie wyszło, efektem była surowa krytyka Mirandy. Obserwowaliśmy, jak Andy ponosi porażkę w pracy, dla której „miliony dziewczyn są gotowe zabić”.

Czytaj też: Magdalena Górka, polska operatorka z Hollywood: Dajcie kobietom równe szanse, tylko tyle

Skoro bohaterka filmu „Diabeł ubiera się u Prady” osiągnęła to, do czego aspirują miliony ludzi, to czy powinna narzekać na całkowity brak równowagi między życiem prywatnym a zawodowym, albo na bycie ofiarą nieustannej werbalnej i psychologicznej przemocy ze strony szefowej?

Istnieje tyle definicji sukcesu, ile jest aspiracji, marzeń i planów na własny rozwój. Jednak jeszcze piętnaście lat temu to nie było takie oczywiste. Świadomość istnienia czegoś takiego jak równowaga między pracą a życiem prywatnym dopiero raczkowała, a o mindfullness nikt jeszcze nie słyszał. Był natomiast brutalny rynek pracy, na którym sukces odnosiły jedynie ambitne, cyniczne jednostki, które całe życie podporządkowały walce o sukces. A jeżeli jednostka miała pecha bycia kobietą, to musiała co najmniej podwójnie się napracować, aby udowodnić swoją wartość. Zwłaszcza kiedy jej szefem była inna kobieta.

Tak właśnie było w przypadku głównej bohaterki filmu. Andy zaakceptowała niskie wynagrodzenie i towarzystwo przemądrzałych koleżanek z pracy. Wszystko dlatego, że „bycie asystentką Mirandy otwiera wiele drzwi”. Mglista obietnica lepszych możliwości rozwoju zawodowego była wystarczającym argumentem na to, aby dać się wykorzystywać ponad miarę.

Andy robiła wszystko, aby nie stracić swojej życiowej szansy. Bez mrugnięcia okiem odbierała pilne telefony od Mirandy na spotkaniu z przyjaciółmi czy randce z chłopakiem. Ale jakież ma znaczenie fakt, że pogrążała się w coraz większym stresie, skoro śmigała w designerskich ciuchach na Times Square?

„Diabeł ubiera się u Prady”: pochwała toksycznego stylu pracy

„Diabeł ubiera się u Prady” powielał stereotyp, że taki toksyczny styl pracy jest jedynym sposobem na rozwój własnej kariery. Miranda Priestly była archetypem silnej, ambitnej kobiety. Dla utrzymania swojej pozycji i wiarygodności w pracy była w stanie poświęcić dosłownie wszystko. Chciała też uzależnić od siebie Andy, wmawiając jej, że wystarczy jedno jej słowo, aby kariera dziewczyny legła w gruzach. Przekaz filmu Davida Frankela był jasny: wystarczy jeden błąd, aby bezpowrotnie stracić szansę, która już nigdy więcej się nie przydarzy.

Oczywiście wysoce naiwne byłoby stwierdzenie, że w dzisiejszych czasach sytuacja zawodowa kobiet uległa znaczącej poprawie. Wiele z nich zmieniło jednak podejście do własnego rozwoju. Dziś z większym przekonaniem możemy stwierdzić, że „Diabeł ubiera się u Prady” to film, który nieładnie się zestarzał. Schemat zależności między przełożonym a pracownikiem, jaki z niego znamy, dzisiaj byłby niemożliwy do pokazania. Chyba że jako przejaskrawiony przykład patologii.

Dziś wiemy, że nie istnieje coś takiego jak „życiowa szansa”, która zdarza się tylko raz. Oczywiste już jest, że w ciągu kariery trafimy na niejeden taki moment. Zaś kobietę sukcesu à la Miranda Priestly najchętniej omijalibyśmy szerokim łukiem.

Zamknij
Zamknij