Szukaj

Rozrzutność zamiast eko: nie umiemy kupować ubrań używanych

Second handy pomagają w walce ze zjawiskami „szybkiej mody” i nadmiernej konsumpcji. Same zalety? Nie. Okazuje się, że kupowanie ubrań używanych też można zepsuć. Zawdzięczamy to mediom społecznościowym.

O znaczeniu modowych second handów napisano już niemal wszystko. Rynek używanej odzieży będzie w najbliższych latach rósł, napędzany ekologiczną świadomością młodych konsumentów, pragnących ograniczyć konsumpcję i zmniejszyć negatywny wpływ „szybkiej mody” na środowisko. Brzmi to bajkowo, jednak w konfrontacji z rzeczywistością ten obrazek okazuje się mniej sielankowy. Jednym z efektów ubocznych mody na second handy jest bezrefleksyjne kupowanie całych worków ubrań – czasem dla własnych celów, czasem po to, by je ponownie sprzedać z zyskiem.

Czytaj też: Cel: zysk. Handlarze zniszczyli szlachetną inicjatywę Nike’a

O zjawisku mówi się w kategoriach gentryfikacji, analogicznie do zjawiska zachodzącego w dzielnicach miast, które kiedyś były zamieszkane przez ludzi o różnych dochodach, w modne rejony, skąd mniej zamożnych mieszkańców skutecznie zaczynają wypędzać wzrastające wraz z prestiżem czynsze. Analogicznie w przypadku lumpeksów bogaci klienci kupujący bez opamiętania sprawiają, że ceny rosną, a dostępność maleje.

W ostatnich tygodniach użytkownicy Tik Toka, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, regularnie pokazują, do czego to prowadzi – ceny używanych butów dorównują już produktom nowym, a kamizelki czy bluzy kupione w second handach zostają wystawione na sprzedaż za ceny nawet trzydzieści razy wyższe.

Do zjawiska przyczyniają się między innymi „haule zakupowe”, czyli filmy w mediach społecznościowych, których autorzy prezentują swoje zakupy. To pod wieloma względami zjawisko podobne do popularności filmów, na których użytkownicy Youtube’a czy Tik Toka objadają się karykaturalnymi ilościami jedzenia. Niedawno władze Chin wprowadziły prawo zakazujące tworzenia podobnych treści. Tym, którzy je złamią, grożą wysokie grzywny.

Dodatkowo rozwój zjawiska stymulują popularne platformy internetowe do sprzedaży używanych ubrań czy rękodzieła, takie jak Depop czy Etsy. Oprócz problematycznej gentryfikacji, która skutkuje podwyżką cen, problemem jest też dostępność ubrań dla osób plus size, które nie zawsze znajdują dla siebie ubrania w popularnych sieciówkach – lub których nie stać na ubieranie się u drogich projektantów. Warto też pamiętać, że kupowanie w second handach nie może być ekologiczną wymówką – dla planety najlepszym rozwiązaniem będzie, gdy będziemy po prostu mniej konsumować.

„Kupowanie i sprzedawanie z drugiej ręki nigdy nie odbywało się w całości z altruistycznych powodów, które są podnoszone najczęściej: dla ochrony środowiska czy pomocy ludziom, których nie stać na kupowanie drogich ubrań” – mówi historyczka mody Jennifer Le Zotte w rozmowie z serwisem Vox. Autorka książki o historii second handów twierdzi, że przykłady na zawłaszczanie stylów i miejsc związanych z odzieżą używaną przez bogatsze warstwy społeczne można znaleźć już w XIX wieku.  „To wcale nie jest nowa rozmowa” – mówi.

Zamknij
Zamknij