Szukaj

Paulina Pyszkiewicz: „Rozmowy z e-butikami to gra o wszystko”

Paulina Pyszkiewicz, twórczyni marki LeBrand opowiada o tym, w jaki sposób wejść do ekstraklasy świata mody, jak wyglądają negocjacje z gigantami tej branży – i w jaki sposób rola matki zmieniła to, jak prowadzi biznes

LeBrand, jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich marek, zyskuje popularność na świecie. Najnowsza kolekcja zwróciła uwagę największych e–butików, które są kołem zamachowym całej branży. Paulina Pyszkiewicz, właścicielka LeBrand, zdradza, jak wyglądają negocjacje z gigantami branży modowej i jakie zmiany są konieczne, by marka, która odnosi sukcesy w Polsce, stała się podmiotem liczącym się na rynku międzynarodowym. 

Autentyczność i konsekwencja się opłacają”- mówi Paulina Pyszkiewicz. Potwierdza też, że bez inwestora i wspólnika, ale ciężką pracą, zaangażowaniem i podążaniem za swoimi marzeniami można osiągnąć międzynarodowy sukces.

LeBrand istnieje od sześciu lat. Początkowo klientkami były jedynie Polki, ale w kolejkach po produkty polskiej marki coraz częściej ustawiają się też Francuzki, Niemki czy Belgijki.

Paulina do biznesu podchodzi mądrze i świadomie wybiera metodę małych kroków. O współpracach z największymi ebutikami jak Net–a–porter, Matchesfashion czy Moda Operandi marzą marki z całego świata, często nie wiedząc, jak wielu przygotowań to wymaga. Ona przeszła ten proces, udało jej się osiągnąć poziom, do którego aspiruje wiele marek z całego świata. Jak tego dokonała? 

LeBrand ma 6 lat. Wiele się zmieniło w tym czasie. Jak sobie poradziłaś zaczynając w branży mody bez inwestora? 

Paulina Pyszkiewicz: Kiedy startowałam, miałam wizję biznesu, wiedziałam, co chce robić, ale nie miałam na to środków. Początkowo znalazłam osobę, która chciała w LeBrand zainwestować, więc zaczęłam spokojnie pracować nad pierwszą kolekcją, opłacając produkcję z własnych środków. Robiłam to bez obaw, bo wiedziałam, że te pieniądze w końcu do mnie wrócą. Kiedy wydałam naprawdę wszystko, okazało się, że mój inwestor się wycofał.

Przepłakałam wiele dni. Musiałam zdecydować, czy zrezygnować, czy zaryzykować. Uznałam, że poświęciłam zbyt dużo czasu i pracy, by się wycofać w takim momencie.

Nie chciałam, żeby wszystko poszło na marne. Nie miałam pieniędzy na profesjonalną stronę internetową, więc na początku klientki robiły zakupy przez Facebooka i raczkujący wtedy Instagram. Powoli, z miesiąca na miesiąc, budowałam markę, która zaczęła budzić coraz większe zaufanie. Miałam małą produkcję – po jednej, dwie sztuki z danego modelu więc wszystko się sprzedawało. Żadnej nadprodukcji. Swetry były np. robione ręcznie na drutach. Teraz już oczywiście nie mogłabym sobie na to pozwolić, ale wtedy miało to swój urok.

LeBrand kolekcja
„Udało mi się znaleźć niszę” – mówi Paulina Pyszkiewicz, twórczyni marki LeBrand. Fot: Borys Synak

Miałaś wtedy 21 lat i małe dziecko na utrzymaniu. 

PP: Bywało ciężko. Wiedziałam, że chcę pracować dla siebie, bo to daje dużo swobody. Pracując dla kogoś w tak młodym wieku, zarabiałabym pewnie tyle, że po opłaceniu opiekunki dla syna niewiele by zostało – a ja mieszkałam w wynajmowanym mieszkaniu. Postanowiłam, że chcę zaryzykować i spróbować z własnym biznesem.

Mawiasz, że im mniej ma się czasu, tym lepiej można nim gospodarować.Nadal, się pod tym podpisujesz, teraz już z dwójką dzieci? 

PP: Tak. Teraz mam coraz więcej na głowie i nie czuję, żeby mi było trudniej zarządzać czasem. Zresztą zawsze uważałam, że dziecko dodaje skrzydeł i mobilizacji, niczego nie utrudnia, ani nie sprawia, że coś nas omija. To błędne rozumowanie. Może gdybym w wieku 19 czy 20 lat nie miała dziecka, zupełnie inaczej pokierowałabym swoim życiem i może nie byłabym właścicielką LeBrand?

Myślisz, że założenie marki modowej teraz, w porównaniu z tym, jak rynek wyglądał sześć lat temu, jest łatwiejsze, czy trudniejsze?

PP: Kilka lat temu rynek był zupełnie inny, nie było takiej konkurencji. Sześć lat temu polską modą rządzili projektanci, którzy tworzyli kreacje głównie wieczorowe. Nie było marek z rzeczami na co dzień, czyli dokładnie tym, co ja chciałam zaoferować: swetry, dżinsy, T-shirty, płaszcze – wszystko, czego potrzebujesz, by skomponować codzienną garderobę. Myślę, że teraz jest dużo trudniej. Udało mi się znaleźć niszę i to sprawiło, że Lebrand został tak pozytywnie przyjęty.

Niemal od początku istnienia LeBrand miałaś butik na warszawskiej ulicy Mokotowskiej. Czemu postanowiłaś go zamknąć?

PP: Ta kamienica przy ulicy Mokotowskiej podobała mi się od zawsze. W telefonie mam nawet stare zdjęcie, na którym, z moim synem na rękach, pokazuję palcem na witrynę dokładnie tego sklepu. Marzyłam, by mieć tam butik. Udało mi się zdobyć numer do właściciela kamienicy i zadzwoniłam do niego w dniu swoich 21. urodzin.

Okazało się, że lokal jest dostępny od zaraz, bo właśnie skończyła się pięcioletnia umowa najmu. Czułam, że to było przeznaczenie, więc niewiele myśląc, za dwa dni pojechałam do banku po kredyt. Musiałam mieć gotówkę na kaucję i remont lokalu. Moja mama powiedziała, że jestem szalona, bo lokal widziałam tylko na zdjęciach, a wpakowałam się w kredyt na 7 lat.

Niecałe dwa lata temu postanowiłam zrezygnować z butiku i sprzedaży stacjonarnej. Mokotowska się zmieniła. Dużo butików, w których i moje klientki chętnie robiły zakupy, zamknęły się, a na ich miejscu pojawiały się sklepy z modą dla młodszego odbiorcy. Stwierdziła, że to odpowiedni moment, by wycofać zainwestowane pieniądze i odstąpić butik. 

LeBrand lookbook
„Duży kupiec może zabić markę. Oni nie płacą zaliczek. Przelewy robią dopiero 60 dni po dostarczeniu towaru i mogą zwrócić wszystko, co ma nawet najmniejszy defekt” – mówi szefowa LeBrand. Fot: Borys Synak

Nie obawiałaś się, że ludzie zinterpretują zamknięcie butiku jako porażki?

PP: Wiedziałam, że tak pomyślą i pewnie niektórzy do dzisiaj uważają, że Lebrand to już przeszłość.

Ale ja od początku istnienia marki wiedziałam, że chce rozwijać się poza Polską i wiedziałam, że muszę skupić nasze siły na tym aspekcie biznesu.

Dlatego też, po raz kolejny byłam gotowa ponieść konsekwencje swojej decyzji, ale też walczyć o nowe rynki i na tym skupić swoje siły. 

Trudno było przemodelować LeBrand z marki dedykowanej rynkowi polskiemu na taką, która celuje w rynek międzynarodowy? 

PP: To bardzo trudny proces, przeprowadzaliśmy go z sezonu na sezon i on nadal trwa. Największymi problemami są produkcja i terminy. Gdy zdecydowałam, że spróbujemy sił poza Polską, musiałam zrobić dwie kolekcje jednocześnie, co łączyło się z podwójnymi kosztami. Musiałam stworzyć aktualną, polską”, kolekcję, która premierę miałaby wtedy, kiedy robią to projektanci tutaj, czyli we wrześniu, gdy wprowadzane są jesienne projekty, a jednocześnie musiałam tworzyć na kolejny sezon, czyli wiosnę–lato.

Międzynarodowi kupcy składają zamówienia na pół roku do przodu. Tu pojawiły się kolejne problemy, bo musiałam mieć pewność, że tkaniny użyte do uszycia prototypów kolekcji będą dostępne za pół roku. Ponadto, nieduże marki, z mniejszą produkcją, muszą dopłacać do produkcji tkanin nawet 50%, jeśli nie zamówią wymaganego minimum, które nieraz wynosi 1000 metrów. Zawsze kupuję tkaniny dokładnie w takiej ilości, jaką zakładamy w produkcji, aby nie generować odpadów i w pełni spożytkować zasoby.

Przy wejściu na zagraniczne rynki okazało się, że wiele modeli jest po prostu nieopłacalnych. Kupcy mają tak wysoką marżę, że niemożliwe byłoby wyprodukowanie pewnych rzeczy bez kilkukrotnego podniesienia ceny detalicznej.   

Ktoś ci w tym pomagał? 

PP: W pewnym momencie odezwała się do nas belgijska agencja, która zajmowała się pośrednictwem pomiędzy marką a kupcami. To ci ludzie nauczyli mnie cierpliwości w działaniu. Mówili: każdy marzy o Netaporter, Moda Operandi i innych gigantach e-commerce’u, ale musisz rozwijać się krok po kroku.

Zaczęliśmy więc od Belgii, gdzie jesteśmy w kilku multibrandowych butikach. Jeden z nich, mieszczący się w Brukseli Kure, do dziś sprzedaje mnóstwo naszych rzeczy i stale , czasem nawet kilka razy w miesiącu, domawia poszczególne modele, co zawsze bardzo mnie cieszy, bo znaczy to, że moje projekty trafiają do coraz szerszego grona kobiet.

Mało się o tym mówi, ale duży kupiec może zabić markę. Oni nie płacą zaliczek. Przelew za dostarczone produkty realizują dopiero 60 dni po dostarczeniu wyprodukowanego już towaru i mogą zwrócić wszystko, co ma nawet najmniejszy defekt, bo ich kontrola jakości wyłapuje wszystko. Mogą też w ogóle odwołać zamówienie.

Taka współpraca niesie za sobą duże ryzyko. Powoli, z sezonu na sezon, pracowałam nad kolejnymi kolekcjami i starałam się dopracować każdy element. Ta na wiosnę–lato 2021 jest dokładnie taka, jak sobie wymarzyłam. Jestem dumna z projektów i zdjęć, które powstały naprawdę ze wszystkiego. Chyba mam tak pierwszy raz, że nie zmieniłabym absolutnie nic. Myślę, że to zostało zauważone i docenione, i w Polsce, i na świecie. Daje mi to ogromną satysfakcję.

LeBrand lookbook
Miałam małą produkcję – po jednej, dwie sztuki z danego modelu więc wszystko się sprzedawało. Żadnej nadprodukcji.” – mówi Paulina Pyszkiewicz. Fot: Borys Synak

Z kim prowadzisz rozmowy, możesz zdradzić?

PP: O pierwszej, wielkiej współpracy ze światowym ebutkiem poinformujemy 12 października. To będzie szalony dzień, bo w tym samym czasie mam obronę pracy magisterskiej na wydziale historii sztuki Uniwersytetu Warszawskiego. Długo czekałam na tę chwilę i nie mogę się doczekać, żeby móc powiedzieć, co dzięki mozolnej pracy przez kilka lat udało się nam osiągnąć.

Poza tym prowadzę rozmowy z kolejnymi prestiżowymi firmami. Współpraca z nimi zawsze była dla mnie marzeniem. Zamówienia od kupców na sezon wiosna-lato będziemy przyjmować do końca listopada. Bez względu na efekt, każda taka rozmowa jest dla nas wyróżnieniem i cenną lekcją.

Jak przebiegają takie rozmowy?

PP: Są trudne, bo to gra o wszystko. Międzynarodowe ebutiki często obserwują marki przez kilka sezonów, bo chcą pracować tylko ze stabilnymi podmiotami, które czymś się wyróżniają. Kiedy już ktoś umawia się na rozmowę na Zoomie czy w innej aplikacji, to wiesz, że są tobą poważnie zainteresowani i musisz tę szansę wykorzystać, bo druga może się nie nadarzyć. Oczywiście wszyscy są niezwykle mili, ale to jest machina, biznes. Takich marek są dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy.

Teraz proces zamówienia odbywa się nie, jak wcześniej, w showroomach, ale przez Zoom i online. Kupcy pomimo sesji produktowych i video chcą zobaczyć, jak dany model wygląda na modelce na żywo. Stresowała mnie między innymi różnica czasu, u kupców poranne godziny to było nasze późne popołudnie, więc światło było gorsze, a to rzutowało na to, jak prezentowały się ubrania.

To, jak sprzedasz kolekcję, zależy też od tego, co zaproponują inne marki w danym sezonie. Jeśli są już po kilku złożonych zamówieniach u innych marek, gdzie były np. świetne ubrania ze skóry to choćby twoje były lepsze, oni już wykorzystali swój budżet na ten asortyment i tego akurat u ciebie nie kupią. Jestem bardzo podekscytowana każdym mailem i rozmową– ciągle mnie ściska w żołądku z ekscytacji – trochę tak jakbym była zakochana.

To jest doskonały obraz prawdziwego sukcesu LeBrand. 

PP: Dla mnie sukcesem jest to, że po sześciu latach pracy wciąż mam satysfakcję z tego, co robię. Nawet gdy mam gorsze momenty, zawsze wiem, że przyjdą lepsze chwile. Oczywiście, zdarzały się sytuacje, kiedy jechałam na targi, wydając dziesiątki tysięcy złotych, a te pieniądze lądowały w koszu, bo nic z tego nie wychodziło, ale takie momenty też są potrzebne. Jestem dumna z tego, że po tylu latach, bez inwestora i bez wspólnika, byłam w stanie sama doprowadzić swoją markę do tego poziomu. 

O czym marzysz?

PP: Marzę by utrzymać LeBrand na takim poziomie jak kolekcja wiosna-lato 2021. Chcę się rozwijać i nigdy nie zatrzymywać. 

Zamknij
Zamknij