Szukaj

Bezgraniczna miłość do kwitnącej wiśni

Na realizację marzeń z dzieciństwa nigdy nie jest za późno. Do takiego wniosku doszedł Jerzy Ciszewski (58), który po sprzedaży swoich udziałów w agencji public relations, postanowił zrealizować to największe – wybrać się w końcu do Japonii. Pojechał i zapadł na przewlekłą japonofilię. Jak twierdzą niektórzy – chorobę przewlekłą i nieuleczalną.

– Japonia zawsze gdzieś we mnie siedziała – mówi Ciszewski. – Jako młody chłopak trenowałem dżudo, więc siłą rzeczy zainteresowałem się i ojczyzną tego sportu. Niestety, w tamtych czasach, czyli okresie głębokiej komuny, docierały do nas jedynie szczątkowe informacje o tym kraju, więc rzucałem się na każdą napotkaną książkę. Jedną z nich, kupioną jeszcze w ogólniaku, nawet niedawno odnalazłem.

Wołowina wagyu, Osaka

Przez chwilę myślał nawet o studiach na orientalistyce, ale szybko doszedł do wniosku, że szanse na dostanie się na wymarzony kierunek ma raczej zerowe. Zamiast japonistyki skończył zatem Akademię Wychowania Fizycznego w Warszawie, a potem robił dużo różnych rzeczy: był żeglarzem, dziennikarzem, doradcą premiera, ministrem sportu, przedsiębiorcą…

– Przez te wszystkie lata Japonia była we mnie uśpiona – mówi Ciszewski. – Aż w końcu okazało się, że mam trochę pieniędzy i wolnego czasu. W końcu mogłem tam pojechać. I wsiąkłem na dobre.

Od pierwszego wyjazdu w 2013 roku, był w Japonii już 13 razy i, jak mówi, zjeździł ten kraj wzdłuż i wszerz. Stara się unikać popularnych szlaków turystycznych, zamiast tego wybierając miejsca, w których żywy Europejczyk wciąż jest rzadkością. Zapewnia, że wciąż jest zaskakiwany – na przykład fantastycznymi galeriami sztuki ukrytymi w małych miasteczkach, takich jak przemysłowe Kurashiki.

Kurashiki

Rzeczona galeria to Ōhara Bijutsukan, czyli muzeum sztuki nazwane nazwiskiem jego założyciela, Magosaburō Ōhara. Założone w 1930 roku muzeum było pierwszą w Japonii kolekcją sztuki zachodniej na stałe dostępną tamtejszej publiczności. Pierwotnie składało się niemal wyłącznie z obrazów i rzeźb francuskich artystów z XIX i XX wieku, takich jak Edgar Degas, Claude Monet, Auguste Renoir, czy Paul Gauguin. Później zbiory poszerzyły się o dzieła mistrzów włoskich, flamandzkich, hiszpańskich i amerykańskich; nie brak także japońskich malarzy XX wieku.

– Ciekawa jest historia jego powstania – opowiada Ciszewski. – Otóż Ōhara, magnat przemysłowy, który dorobił się na produkcji dżinsu, przyjaźnił się z pewnym młodym malarzem (Kojima Torajiro – przyp. MH). Najpierw był sponsorem jego studiów malarskich w Paryżu, a potem, gdy ten wrócił zachwycony francuskimi impresjonistami, wysłał go w kolejną podróż, tym razem na zakupy.

Efekty tego shopping spree powalają na kolana każdego miłośnika malarstwa, szczególnie na tle niczym nie wyróżniającego się miasteczka.

Takie niespodzianki, jak muzeum w Kurashiki, można spotkać na każdym kroku, dodaje Ciszewski, który z kolei w dalekim Sapporo na wyspie Hokkaido trafił na wystawę prac Vincenta van Gogha oraz pozostających pod jego wpływem japońskich artystów, zaś w pobliżu znanego z turystycznych przewodników zamku w Himeji – do Muzeum Sztuki, w którym także można podziwiać obrazy impresjonistów, o jakich wiele europejskich muzeów może tylko pomarzyć.

Przed wejściem do muzeum w Himeji

-Takie zaskoczenia przeżyłem w tak wielu miejscach, że nawet nie jestem w stanie przypomnieć sobie ich nazw – mówi Ciszewski. – Jedno jest pewne – w Japonii wielka sztuka jest wszechobecna.

Nie tylko w galeriach czy muzeach, dodaje, ale także – a może przede wszystkim – w przepięknym designie, zachwycających wyrafinowaną prostotą wnętrzach, wysmakowanych przedmiotach codziennego użytku, czy zadbanych parkach.

Europejczyka fascynuje tam także mnóstwo innych rzeczy, dodaje. Na przykład sprawność, z jaką wszystko działa, sterylna wręcz czystość, grzeczna obsługa, widoczne na każdym kroku poszanowanie potrzeb drugiego człowieka przejawiające się chociażby w tym, że każdy stara się zachowywać w sposób jak najmniej absorbujący dla innych. Zagraniczny turysta nie tylko może czuć się bezpiecznie, ale również liczyć na pomoc wykraczającą daleko poza służbowe obowiązki czy zwykłą uczynność.

– Kiedyś na przykład dotarłem do jakiejś mieściny bez wcześniej zarezerwowanego noclegu, więc poszedłem do informacji turystycznej – opowiada Ciszewski. – Siedząca tam pani, na oko 70-letnia, osobiście zaprowadziła mnie na kwaterę. Lał deszcz, a ona, mimo moich protestów, przez całą drogę trzymała nade mną parasol… I może właśnie dlatego tam jeździmy? Bo czujemy się lepiej, niż we własnym kraju?

Od czasu pierwszego pobytu Ciszewski stara się jeździć do Japonii dwa lub trzy razy do roku, a tęsknotę pomiędzy jedną a drugą wyprawą wypełnia nauką języka.

– Po pierwszych lekcjach miałem wrażenie, że ktoś mi w głowie zdetonował granat fosforowy i że za chwilę mózg mi eksploduje – mówi. – Ale powoli, powoli wszystko się zaczęło układać i zaczynam czerpać satysfakcję z rysowania hiragany i katakany (japońskie alfabety – przyp. MH). Ale do kanji (ideogramy – przyp. MH) jeszcze nie doszedłem…

Jerzy Ciszewski – założyciel jednej z pierwszych w Polsce agencji public relations, Ciszewski Public Relations. Ukończył studia na Wydziale Trenersko-Nauczycielskim Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie Trenował żeglarstwo, na początku lat 80. był członkiem kadry narodowej w klasie 470. Pracował jako dziennikarz, był wykładowcą w Podyplomowym Studium Public Relations przy Polskiej Akademii Nauk współpracował z innymi uczelniami. W latach 2004 – 2005 doradca prezesa Rady Ministrów, sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji i Sportu. Autor książki Ojciec ’44, interesuje się malarstwem i fotografią.

zdjęcia: Jerzy Ciszewski

Zamknij
Zamknij