Tekst ukazał się pierwotnie w papierowym wydaniu magazynu „Sukces”, dostępnym dla prenumeratorów dziennika „Rzeczpospolita”

Jak pracują ludzie kreatywni? Jak zabierają się do zadania, jak pokonują niemoc twórczą? Jak dbają o to, by nie brakowało im kreatywności – i co robią, gdy przychodzi zwątpienie lub wypalenie? Czy zakochują się w swoich projektach i jak znoszą krytykę? 

Odwiedziliśmy ludzi kreatywnych w ich biurach, pracowniach i warsztatach, żeby przekonać się, w jaki sposób rodzą się projekty i dzieła, za które są później oklaskiwani, podziwiani i nagradzani. Naszymi rozmówcami są wzięty architekt, znana projektantka, nagradzany scenarzysta i ceniony muzyk.

Najważniejsza jest prawda

Marcin Tomaszewski: architekt, założyciel studia projektowego REFORM Architekt. Wielokrotnie nagradzany w najbardziej prestiżowych konkursach. W jego portfolio są setki zrealizowanych projektów, głównie budynków mieszkalnych.

Podstawą jest spotkanie z klientem, przy czym klient nie zawsze wie czego chce. Wydaje mu się, że posiedział na Instagramie i Pintereście, wpisał w wyszukiwarkę „modern” i „contemporary”, zobaczył trzy obrazki i uznał, że „contemporary” i „modern” to on. 90 procent klientów chce przynieść mi zdjęcia inspiracji, ale od razu ich gaszę. Nie chcę kopiować żadnych elementów, a to jest moment, kiedy mógłbym się czymś zasugerować.

Marcin Tomaszewski

Marcin Tomaszewski

Reform Architekt

Lubię spotykać się z klientami w swoim biurze. Zawsze wtedy pada pytanie o koszty: „Nie mam nic. Ile będzie kosztował taki dom?”. Na „dzień dobry” mówię, że 12-14 tysięcy za metr kwadratowy i muszą się z tym pogodzić. Efekt jest taki, że przesiew klientów jest dość duży, ale też wielu klientów nie idzie już nigdzie indziej.

Biurko i podłoga

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Moje biuro jest czarno-białe, poprzednie było białe, a nowe będzie całe czarne. Im ciemniejsze, tym lepiej mi się pracuje. Nie mogę się rozkojarzyć w trakcie projektowania, dlatego każdy projekt robię na zielono albo różowo - generalnie w najgorszych kolorach. Nie chcę się na początku nakręcać, że dom ma być np. z drewna.

Najważniejsze są forma, proporcje, oddziaływanie bryły na bryłę, to, jak się układa funkcja domu w środku. To, czy on będzie marmurowy czy drewniany to wisienka na torcie.

Zaczynam od garażu

Choć to głupio zabrzmi, po prostu siadam i robię. Mam spotkania, tysiąc telefonów, wiele decyzji, bo projektów jest masa… i nagle znajduję dwie, trzy godziny. Biorę kartkę A4, na której mam spisane myśli klienta, mapę, warunki zabudowy, plan miejscowy. Włączam komputer, otwieram mapę, mierzę elementy, coś tam porysuję, rozpocznę od garażu, przejdę gdzieś indziej i nagle – mam tak co projekt – te kreski, które narysowałem łączą w całość. To jest ten moment. Szybko odkładam ten projekt i zajmuję się innymi rzeczami. Wracam do niego na drugi dzień, żeby zobaczyć czy przypadkiem nie za szybko się podekscytowałem, że mi poszło.

Nie ożeniłem się z projektem

Mam świadomość, że nie zaprojektuję wszystkiego, wszystkim nie dogodzę, a moja doba ma tylko 24 godziny. Domy, które projektuję, będą stały 50 lat albo i dłużej, dlatego nie uważam, że gdy coś jest narysowane, to już koniec. Nie ożeniłem się z żadnym projektem i zdarzało mi się przerabiać pół projektu już na etapie wyko- nawczym, bo jakiś detal mi się nie podobał.

Klienci ciągle pytają: „A co będzie, jak panu się nie uda? A co będzie jak nam się to nie będzie podobało?” Odpowiadam wtedy: „Jak za pierwszym razem się nie uda, to robota nie jest na marne, bo negatywem tego, co jest „źle” jest „dobrze”. Będziemy poprawiać tak długo aż wy będziecie zadowoleni i ja będę zadowolony”.

Dla mnie najważniejsze jest, żeby klienci powiedzieli, czego oczekują. Jeśli nie potrafią nazwać koloru, proszę: „Określcie: zimno, ciepło, ciemniej, jaśniej, bardziej ciemniej niż jasno…” Wychodzę z takiego spotkania z tyloma myślami, że nie wyobrażam sobie, że nie dam rady. Ale jest we mnie lęk, że przyjdzie dzień, kiedy nie będę wiedział co zaprojektować.

Jestem przesądny

Lubię obserwować zaskoczenie klientów. Nie jest tak, że robię wszystko po swojemu i mówię: „Proszę iść, mieszkać!”. Czasem klient podejmuje decyzje co do wnętrz, które według mnie są złe. Gdy widzę, że on tak żyje - odpuszczam. Kiedy wyprowadza się z dworku do domu-petardy a la XXII wiek, myślę: „Niech chociaż ma w tym domu trochę tego, co lubi.”

Udręką na pewno jest to, że jestem przesądny. Gdy wracam do biura, bo czegoś zapomniałem, to siadam na pięć sekund. Gdy kot przebiegnie mi drogę, to pięć razy pluję przez lewe ramię. Zamykam drzwi prawą ręką, bo jak zamknę lewą, to mi następnego dnia coś nie pójdzie. Prawą ręką wyrzucam śmieci, bo jak lewą to będzie pechowo. To jest horror...

Nigdy nie mam przemyśleń, że coś mógłbym zrobić inaczej. Zdarza się, że ma je klient: „A czemu nam pokazałeś jedną koncepcję? A może przy drugim projekcie wpadłbyś na coś lepszego?” Tłumaczę wtedy, że przepracowałem wiele modeli i wybrałem najlepszy. Może źle, że sam siebie chwalę, ale pokazuję klientom rzeczy, które są bardzo dobre. Na tyle opanowałem ten fach, żeby niczego się nie bać, wiedzieć, że to, co zaprojektowałem jest dobre i nie mieć odwagę powiedzieć to z pełną premedytacją.

Nie ma lepszego uczucia na świecie

Konrad Aksinowicz: reżyser i scenarzysta, jego „Powrót do tamtych dni” był odkryciem tegorocznego Festiwalu Filmów w Gdyni. Jako AKX nagrał cztery płyty z własną muzyką, najnowsza „Play” ukazała się w październiku. Prywatnie – zapalony wielbiciel klocków Lego.

Jeśli chodzi o scenopisarstwo, nie jestem z tych, co śnią na jawie. Zadaję sobie w głowie temat, myślę o nim przez chwilę, później o nim zapominam, ale mój mózg-komputer nie przestaje pracować i po jakimś czasie daje mi sygnał: „Odkryłem to i to, taka jest ścieżka dostępu”. Poświęcam pisaniu dwie godziny przed śniadaniem. Wstaję, wiem, że muszę to zrobić i robię. To jakby ćwiczyć przez dwie godziny dziennie – widać efekty tylko trzeba to robić systematycznie. Opowiadanie historii przychodzi mi z łatwością. Pewnie dlatego, że w głowie mam to, co się dzieje u mnie w życiu. .

Lego, czyli nauka planowania

Nie lubię pracować przy biurku - czuję się przy nim jak w szkole. Na biurku lubię budować z LEGO. To dla mnie artystyczny projekt, ale też nauka planowania, która pomaga mi robić spójne filmy i teledyski. Wiem, że mam tyle tysięcy szarych klocków, tyle setek czarnych, więc mogę zbudować np. taką wieżę Eiffla a nie inną. Później, na planie, myślę w ten sam sposób; „Mam 5000 zł, czyli mogę sobie pozwolić na to i na to, ale na tamto już nie…” .

Film jak przenoszona ciąża

Są filmowcy, którzy potrafią spędzić cztery miesiące nad montażem trailera, bo ktoś im powiedział, że scena nie pasuje, więc ją wyrzucają, a za chwilę ktoś inny stwierdził, że jednak z nią było lepiej, więc ją przywracają. W końcu są tak zmęczeni swoim filmem, że nie potrafią się z niego cieszyć.

Konrad Aksinowicz

Konrad Aksinowicz

archiwum prywatne

„Powrót do tamtych dni” robiłem sześć lat i to zaczynało przypominać przenoszoną ciążę. Gdy przychodzisz na imprezę i ludzie pytają: „Stary, jak tam film? Jak tam AKX?”, to jest źle, bo oznacza, że kojarzą cię z czymś, a nic o tym nie wiedzą. Kiedy jest dobrze, mówią: „Słyszałem płytę AKX!”, „Widziałem film!”

Trzeba to zakopać i być na czysto

Zadaję sobie pytanie, co chcę osiągnąć filmem. Jeśli ewidentnie mi nie idzie - zaczynam robić coś nowego. Projekt, który utknął w martwym punkcie jest jak toksyczna eks-dziewczyna, która cię cały czas prześladuje. Nie możesz o niej zapomnieć i ruszyć do przodu. Dlatego trzeba go zakopać i być na czysto.

Poczułem moc

Boję się momentu pierwszego oglądania z udziałem publiczności. Możesz sobie wmówić, że wszystko jest OK, ale dopiero gdy czujesz, że prowadzisz widza tak, jak chciałeś, unosisz się nad ziemią. Doświadczyłem tego w tym roku na festiwalu w Gdyni. Kiedy 700 osób na sali obejrzało mój film i na koniec z wrażenia zastygło w milczeniu, poczułem moc..

Znalazłam rzemiosło, które kocham

Anna Orska: projektantka biżuterii, miłośniczka podróży. Jako jedna z pierwszych w Polsce wykorzystała w jubilerstwie przedmioty, którym nadała drugie życie, co stało się jednym ze znaków rozpoznawczych jej marki biżuterii artystycznej ORSKA.

Tworzę w różnych przestrzeniach i o różnej porze. Jestem wolnym ptakiem, który daje sobie radę niezależnie od tego, gdzie akurat się znajduje. Cenię sobie tę cechę, ponieważ jedna kolekcja zwykle rodzi się w kilku miejscach. Tak było z Balticą. Szkice narysowałam na czystej kartce, przy stole w swojej pracowni. Bursztyn był szlifowany w rodzinnych pracowniach na Mierzei Wiślanej, tam też na gorąco powstawały pomysły.

Anna Orska

Anna Orska

Materiały prasowe

Później w pracowni jubilerskiej ORSKA w Poznaniu na stole jubilerskim i warsztatowym zamieniał się w konkretny produkt, a na końcu był poprawiany i sprawdzany. Kiedy uznam, że produkt jest gotowy, jest on doprowadzany do idealnego wyglądu, fotografowany i filmowany. Żartuję wtedy, że jedzie do SPA.

Pomaga kartka papieru

Pierwsza powstaje koncepcja kolekcji: z czego będzie, jaki ma mieć przekaz, żeby była dla ludzi czymś więcej niż zbiorem produktów do kupienia. Lubię, kiedy surowiec mnie zaskakuje. Gdy pracowaliśmy nad kamieniem Mare ze starych sieci rybackich, miałam przed oczami płaską płytę. Ale podczas jej stapiania po jednej ze stron wyszła piękna i nieregularna struktura. Postanowiłam to wykorzystać, choć nie było tego w planie. Projektowanie wzorów bezwzględnie toczy się na papierze. Choć mam wyobraźnię przestrzenną, gest dłoni zawsze podpowiada coś, na co moja wyobraźnia nie wpadła.

Myśl goni myśl

Nie narzucam sobie ram czasowych. Pomysły na kolekcje wpadają mi do głowy jakby niechcący, spontanicznie - zwykle, kiedy jestem poza pracownią. W ciągu dnia często łapię się na tym, że myślę o czymś związanym z pracą. Zdarza się też, że leżę wieczorem w łóżku i jedna myśl goni drugą. Pozwalam na to, bo wtedy zachodzi wiele twórczych procesów, a ja nie chcę ich blokować. Mam wrażenie, że moja głowa magazynuje pomysły na twardym dysku, potem przesyła sobie impulsy i nagle… jest! Posiadam też tradycyjny notes, cały zapisany pomysłami na kolekcje. Zerkam później do niego, żeby upewnić się czy któryś z nich pasuje do tego, nad czym aktualnie pracuję.

Nie tworzę kolekcji sama

I ja, i mój zespół nauczyliśmy się już, że gdy się coś tworzy, to gro rzeczy nie wychodzi. Zwykle wystarczy jeden dzień, żeby sprawa nabrała innego tempa i wszystko znowu było OK, choć zdarzyło mi się tworzyć kolekcję i odkładać ją na dłużej, bo wiedziałam, że ten pomysł potrzebuje czasu. Słowo „porażka” nie jest odpowiednie, to raczej szukanie rozwiązań, które mam wpisane w DNA. Gdybym się tego bała, nie mogłabym tworzyć tylu wzorów biżuterii. W rzemiośle tak, jak w życiu - trzeba być autentycznym i naturalnym, bo jeśli człowiek podchodzi do czegoś z pasją i sercem, to wszystko mu wyjdzie. A jeśli nie wychodzi, to znaczy, że był w złym miejscu.

Wdzięczność, satysfakcja, niedosyt 

Jest we mnie miks emocji. Z jednej strony ogromne zadowolenie i wdzięczność wobec ludzi, którzy pracowali ze mną przy kolekcji. Z drugiej - satysfakcja, bo przy każdym projekcie trzeba połączyć ze sobą wiele niteczek. Oczywiście, jakiś rodzaj niedosytu też jest. Zawsze można coś zrobić lepiej, inaczej np. poszukać większych, bardziej oryginalnych bursztynów. Na szczęście mam coś, co pomaga mi się odciąć - to następna kolekcja, która pochłania moje myśli. Biżuteria nie jest dla mnie tylko ładnym przedmiotem. Dzięki niej wchodzę do świata, do którego normalnie nie mogłabym wejść. Poznaję nowych ludzi, nowe techniki, nowe rzemiosła i ten mikroświat bardzo mnie rozwija

Moje dwie muzy: termin i zaliczka

Piotr Bukartyk: autor, kompozytor, muzyk. W swoich utworach komentuje rzeczywistość. Przez lata towarzyszył muzycznie Wojciechowi Mannowi w audycjach w radiowej Trójce, obecnie można go usłyszeć w Radiu Nowy Świat, gdzie jest stałym gościem „Porannej mannej” i jednym z prowadzących.

Cały czas mnie to bawi

Zostałem grajkiem tylko dlatego, że nie miałem dla kogo pisać. Kiedy zorientowałem się, że większość ludzi, do których nosiłem swoje numery, z nadzieją, że je zaśpiewają nic z nich nie rozumie, zrozumiałem, że muszę je śpiewać sam. Komponuję zawsze w nocy. Biorę komputer (kiedyś talię kart) i przez 2-3 godziny stawiam pasjansa. Obok siedzi pies, leży gitara, czasem coś brzdąknę. W końcu dochodzę do wniosku: „Łysy, jak się zaraz nie weźmiesz do roboty, to tym razem nie dasz rady”.

Piotr Bukartyk

Piotr Bukartyk

archiwum prywatne

Dla mnie kwintesencją procesu twórczego jest kreskówka „Pomysłowy Dobromir”. Nagle pojawia się kulka robi „pam pam” nad moją głową i w sekundę wszystko staje się jasne. To jest fascynujące, wciągające, oczyszczające i odmładzające, dlatego cały czas mnie to bawi.

Od lat tworzę w domu

Kiedyś wynajmowałem pracownię, ale stała się ona głównie miejscem życia towarzyskiego. Miałem kilku fanów-kolegów, którzy przyjeżdżali mnie odwiedzić. Mówiłem im: „Ja już nie piję, bo teraz pracuję”, a oni, że posiedzą ze mną chwileczkę. Jeden brał taksówkę i przyjeżdżał z Łodzi z litrem wódki. Ja wypijałem 50-tkę, on resztę. W końcu zdałem sobie sprawę, że robota wtedy nie idzie i od lat tworzę w domu.

Sprint w ostatniej chwili

Mam tylko dwie muzy: jedna z nich ma na imię „termin” i ona jest natrętna, druga ma na imię „zaliczka” i ona mnie na ogół ignoruje. Ideałem byłoby, gdyby przyszły obie, ale nie zawsze się tak zdarza. Gdybym miał na napisanie czegoś miesiąc, to by oznaczało 30 dni wolnego i harówę ostatniego. Mój proces twórczy przypomina sprint, z tym, że zawsze startuję w ostatniej chwili. Potem wszyscy mówią: „Ty, nawet to fajne”, a ja odpowiadam: „Gdybym miał więcej czasu, byłoby lepsze…”.

Biorę psa i idziemy w pole

Bez przerwy śni mi się, że za chwilę ktoś wpadnie na to, że nic nie potrafię. Niedawno od ludzi związanych z warszawską Akademią Sztuk Pięknych, z którą nie mam przecież nic wspólnego, dostałem nagrodę Artklucza Wiolinowego. Obok niego na półce stoi Nagroda im. Jacka Kaczmarskiego i Szpilka Satyrykonu. Myślę sobie: „Dostała ją Aśka Kołaczkowska ze Stanisławem Tymem, w następnym roku ja z Andrzejem Poniedzielskim, w kolejnym roku Wojciech Mann. Ja w takim towarzystwie?! Dobrze, że się nikt nie zorientował, że przez pomyłkę mi to dali”.

Kiedyś wsiadałem do samochodu i jechałem przed siebie bez celu. Teraz biorę psa na smycz i idziemy w pole. Zdarza się, że kładę obok siebie dyktafon i wtedy zaskakuje. Kiedy wiem o czym chcę mówić i jaka będzie muza, to czekam na błysk. Pewnie mógłbym napisać cokolwiek, ale wychodzę z założenia, że nie otwiera się dzioba, kiedy nie ma się nic do powiedzenia i kiedy człowiek nie wie, jak skończy wypowiedź

Spinam się i piszę

Nigdy nie jest tak, że wiem, że to jest „to”. Spinam się, coś piszę i zawsze myślę: „Dobra, trzy zwrotki są, starczy tego pisania. Idę spać”. Budzę się i zwykle jest: „O ja p… Ojej! Co ja z tym zrobię?” Jadę do radia i myślę: „Jakoś z tego wybrnę. Może się nie połapią…” Są piosenki, które chciałem wyrzucić, a tymczasem one żyją. Na przykład „Kobiety jak te kwiaty” nie miały puenty, bo nie wpadł mi do głowy żaden pomysł. Tymczasem Zbyszek Zamachowski śpiewa je od lat