Szukaj

Moda: wracamy do logomanii? Przecież ona nigdy nie zniknęła

Streetwear przypomniał światu mody o sile logotypu – marketingowej, wizerunkowej i sprzedażowej. Krytycy mówią, że to niemodne, ale klienci chętnie płacą, bo logo jest dla nich istotnym symbolem statusu.

Patagonia, znany producent odzieży outdoorowej, niedawno ogłosił, że nie będzie już dłużej przygotowywać na zamówienie specjalnych wersji z dodatkowymi korporacyjnymi logotypami – powodem jest troska o środowisko i wydłużanie życia produktów. Pod względem ograniczania krzykliwych symboli firm ta firma jest jednak dość wyjątkowa – wielkie loga są bowiem modne od dobrych kilku lat, a najlepszym tego potwierdzeniem, i zarazem przypieczętowaniem, jest ostatni pokaz Gucci, którym marka uczciła swoje setne urodziny.

Czytaj też: Mamy wysyp nowych marek modowych. Pandemia to kryzys czy szansa?

Podczas pokazu „Aria” Gucci pod kreatywnym przywództwem Alessandro Michele’a zaprezentowała pierwsze efekty współpracy – czy też, jak chcieli twórcy, wzajemnego „hakowania” – z innym popularnym domem mody, Balenciagą. Tym, co najbardziej rzucało się w oczy, było właśnie ostentacyjne wręcz krzyżowanie logotypów i monogramów, takich jak Gucci Flora czy Gucci Monogram, z symbolami Balenciagi. Eksperyment podzielił publiczność – jedni dostrzegli w nim post-ironiczny sznyt i prowokację w stylu, z którego słynie Demna Gvasalia, dyrektor kreatywny Balenciagi, inni uznali to za kreatywne lenistwo i czysto komercyjne posunięcie dwóch słynnych marek.

Logomania: skąd bierze się moda na wielkie logotypy?

Tymczasem jak przypomina magazyn NSS, logomania ma swoje korzenie jeszcze w latach 80., a po krótkiej zadyszce i sukcesach dyskretnego luksusu na wybiegi ponownie wprowadził je streetwear. Bez logotypów proste bluzy czy t-shirty Supreme, Palace czy Stussy pewnie nie zalałyby światowych stolic. Dzięki logotypom produkty tych marek stały się symbolami statusu, a w konsekwencji  – odwrotnie niż Patagonia – streetwearowe potęgi mają podstawy by sądzić, że młodzi nabywcy bez mrugnięcia okiem zamienią się w ich billboardy reklamowe.

Siłę logotypu we współczesnej modzie zawdzięczamy przede wszystkim dwóm projektantom, uważanym za czołówkę – zarówno pod względem wpływowości, jak i sprzedaży – współczesnych twórców – Kimowi Jonesowi z Diora i Virgilowi Ablohowi, stojącemu dziś na czele męskiej części Louisa Vuittona i prowadzącego swój band, Off-White. Pierwszy z nich jeszcze za czasów poprzedniej pracy w Louis Vuitton wprowadził streetwear na salony dzięki współpracy z Supreme, drugi konsekwetnie kontynuuje jego dzieło, epatując logotypami na projektach toreb, ubrań czy akcesoriów.

Za powrót bijącego po oczu logotypu odpowiadają zresztą nie tylko projektanci, którzy inspirują się streetwearem i hip-hopem. Pod wodzą Ricardo Tisciego w Burberry zmieniono klasyczny, konserwatywny monogram marki, z daleka można dostrzec też serca Commes des Garcons, logo Celine czy akronim YSL, a jedna z najpopularniejszych młodych projektantek, Marine Serre, w dużej mierze zawdzięcza swoją dzisiejszą pozycję charakterystycznemu logotypowi z półksiężycem.

Po tym, jak pod koniec 2019 roku Abloh ogłosił „śmierć streetwearu”, w czasach pandemii zastanawiano się nad potencjalną redukcją znaczenia logotypu i większą powściągliwością projektantów. Lorenzo Salamone pisze jednak, że to tylko fantazja krytyków, dla których ubrania z wielkimi logotypami są niemodne. Klienci nie zawsze popierają ich opinię na temat tego, że pewne projekty są na tyle rozpoznawalne wizualnie, że dodatkowe oznakowanie jest zbędne. Dla młodych klientów nie zawsze ma znaczenie symbol „przynależności kulturowej” – dla nich logo to też symbol zasobności portfela.

Zamknij
Zamknij