„Zetki” i wielu millenialsów wyraźnie zwalniają tempo swojego życia. Od pewnego czasu przedstawiciele młodego pokolenia coraz częściej manifestują nowe podejście, całkowicie odwrotne wobec głośnego FOMO, które, jak się okazuje, stało się dla nich źródłem ogromnej frustracji. Oto JOMO – nowy trend, którego hasłem przewodnim jest „odpuszczanie”.

Nic nie muszę. JOMO to radykalny odwrót od FOMO

Pójść na koncert albo do teatru, zdążyć obejrzeć wystawę przed finisażem, odwiedzić nową restaurację w mieście. Przeżyć w tym roku wielką wakacyjną przygodę, a w najbliższy weekend (i najlepiej w każdy następny też) koniecznie spotkać się z przyjaciółmi na mieście. Litania planów osób, którzy ulegli trendowi o nazwie FOMO (ang. fear of missing out – lęk przed przegapieniem) jest bardzo długa. Szczególnie w okresie po lockdownie młodzi ludzie (ale przecież nie tylko oni) zaczęli masowo nadrabiać stracony czas, który spędzili w zamknięciu.

Tymczasem wiele wskazuje na to, że ci sami młodzi ludzie coraz częściej wykreślają ze swoich kalendarzy kolejne spotkania i rozrywki poza domem, bo to wszystko zaczyna ich zwyczajnie przerastać. Zamiast tego postanawiają nieco zwolnić i zostać w domu. Brak uczestnictwa w jakimś wydarzeniu nie wywołuje w nich niepokoju, a wręcz przeciwnie – radość (ang. joy). To właśnie to słowo zastępuje słowo „lęk” (ang. fear) w dobrze znanym FOMO.

W taki oto sposób w mediach społecznościowych zaczęło mówić się o JOMO (ang. joy of missing out), czyli o odczuwaniu radości z tego, że się gdzieś nie poszło albo że się z kimś nie spotkało. Jednym słowem – że ze spokojem ducha pozwoliło się, aby jakieś doświadczenie nas ominęło.

JOMO: to nie tragedia, że się gdzieś nie poszło

Ludzie praktykujący JOMO nie żałują, a wręcz odczuwają satysfakcję z tego, że, pomimo zaproszenia na jakieś spotkanie, zostali w domu. Zamiast skrupulatnie planować swój grafik, dają sobie czas na poczytanie książki lub obejrzenie filmu, spędzanie czasu z bliskimi lub zwyczajne nicnierobienie.

Zdaniem niektórych obserwatorów JOMO całe zjawisko odzwierciedla pewną pozytywną tendencję wśród młodych ludzi: są oni w coraz lepszej relacji z samymi sobą i dobrze czują się we własnym towarzystwie. W coraz mniejszym stopniu odczuwają też presję społeczną w kwestii tego, jak powinni spędzać wolny czas. Część ekspertów łączy też wzrost popularności JOMO z mniejszą konsumpcją alkoholu w gronie młodych ludzi, która tradycyjnie towarzyszy wyjściom do klubu czy do baru. Pokolenie Z słynie z dbałości o swój psychiczny i fizyczny dobrostan, która jest znacznie większa w porównaniu ze starszymi generacjami.

Tego typu skróty skróty można mnożyć i kolejnego dostarczył nam irlandzki aktor Cillian Murphy, znany między innymi z serialu „Peaky Blinders” i filmu „Oppenheimer”. W wywiadzie dla „Variety” z września ubiegłego roku 49-letni wówczas Murphy stwierdził, że odczuwa ROMO, nie biorąc udziału w kręceniu zdjęć do „Odysei”, kolejnej głośnej megaprodukcji w reżyserii Christophera Nolana.

ROMO to nic innego jak skrót o angielskiego „relief of missing out”, czyli „ulgi z przegapienia”, a więc uczucia bardzo bliskiemu JOMO. Jak widać, nie tylko przedstawiciele najmłodszych pokoleń, lecz także zupełnie dojrzałe osoby doceniają fakt, że czegoś nie muszą.