Lista najbardziej prestiżowych biegów maratońskich na świecie obejmuje 8 imprez biegowych – Tokio, Londyn, Chicago, Boston, Nowy Jork, Berlin, Sydney, Kapsztad. Wśród nich jeden od kwietnia tego roku ma status szczególny – podczas tegorocznego maratonu w Londynie aż dwóch biegaczy złamało „magiczną” barierę dwóch godzin, przenosząc bieganie długodystansowe od razu w XXII wiek. Tego, czego nie udało się osiągnąć najwybitniejszemu aktywnemu biegaczowi, Kenijczykowi Eliudowi Kipchogemu, 26 kwietnia 2026 r. dokonał jego rodak Sebastian Sawe, a także Etiopczyk Yomif Kejelcha.
Magia „najszybszego maratonu na świecie” działa. Zainteresowanie biegiem w Londynie po rekordzie Sebastiana Sawe wzrosło tak bardzo, że organizator zdecydował się na krok bezprecedensowy. Zapowiedziano bowiem, że przyszłoroczny maraton londyński będzie dwudniową imprezą. Organizatorzy zaplanowali w ten sposób „ucieczkę do przodu”, ale sytuacja przekroczyła ich najśmielsze plany.
Dwudniowy maraton w Londynie: Rekordowa frekwencja
Na przyszłoroczny, dwudniowy maraton w Londynie przygotowano ok. 100 tysięcy pakietów startowych, które jednak rozeszły się błyskawicznie. Nie można było ich tak po prostu kupić – udział w największych imprezach maratońskich na świecie to od lat kwestia ślepego losu – chętnych jest tak wielu, że o tym, kto weźmie udział w biegu, decyduje losowanie.
Do loterii przed przyszłorocznym maratonem w Londynie zgłosiło się blisko półtora miliona ludzi z całego świata. Przygniatająca większość z nich przeżyła zawód otwierając swoje skrzynki e-mailowe 9 lipca 2026 roku. „Bardzo nam przykro, że nie udało ci się zdobyć miejsca podczas dwudniowego maratonu TCS Londyn w trakcie losowania na biegi w sobotę i niedzielę” – brzmiała automatyczna wiadomość, którą organizator rozsyłał do tych, którzy nie mieli szczęścia w losowaniu. Szczęście było w tym wypadku niezbędne. 100 tysięcy pakietów na 1,3 miliona chętnych – to oznacza, że zainteresowanie było 13-krotnie większe niż pula dostępnych miejsc.
Czytaj więcej
Stres w pracy i przeciążenie bodźcami z sieci stały się powszechnym problemem. Jednym ze sposobów na reset, o którym coraz głośniej, jest „niewidzi...
Maraton londyński w 2027 r. po raz kolejny przejdzie więc do historii, tym razem jako najbardziej liczny. Dotąd rekordy frekwencji padały przede wszystkim w Nowym Jorku, w 2025 r. wzięły w nim udział ponad 53 tysiące ludzi. Najbardziej prestiżowe maratony na świecie już dawno przestały być wydarzeniami lokalnymi – od lat do Nowego Jorku, Tokio, Bostonu, Londynu czy Sydney pielgrzymują biegacze i biegaczki z całego świata. Ich marzeniem jest pokonać trasę, być częścią wielkiego święta biegania, ale przede wszystkim – realizować swoją pasję.
Wynik z Nowego Jorku w kwietniu przyszłego roku stanie się nieaktualny. Maraton w Londynie, który w tym roku zgromadził blisko 44 tysiące ludzi, będzie pierwszą imprezą maratońską na świecie, w której na starcie pojawi się zapewne 100 tysięcy biegaczy i biegaczek.
Maratony: Turystyka biegowa globalnym fenomenem
Istnieje spora szansa, że Londyn nie będzie jedynym „dwudniowym maratonem”. Od lat gigantycznym zainteresowaniem cieszy się bieg w Nowym Jorku, więc skoro uczyniono już precedens, dlaczego nie wykorzystać tej furtki? Zwłaszcza że takie wydarzenie jak bieg masowy to korzyść dla miasta, także finansowa.
Masowa turystyka stała się przekleństwem wielu miejsc na świecie. Turyści, dowożeni tanimi liniami, przywożą wprawdzie pieniądze, ale często brak im szacunku dla miejsc, które odwiedzają – a także dla ich mieszkańców. Biegacze i biegaczki to nieco inna kategoria turystów, znacznie bardziej pożądana. Są zamożniejsi, spokojniejsi, nie okupują barów i nie powodują awantur, do tego chętnie wydają pieniądze i przyczyniają się do tworzenia pozytywnego wizerunku miast, w których odbywają się biegi maratońskie.
Ocenia się, że rynek turystyki maratońskiej (w którą nie wliczają się turyści podróżujący, by wziąć udział w biegach na krótszych dystansach – 10 kilometrów czy półmaratony) wart jest obecnie blisko 6 miliardów dolarów, a w następnych 8 latach jego wartość powinna wzrosnąć do blisko 9 miliardów dolarów.
Turystyka maratońska to po części efekt zmiany myślenia o zdrowiu oraz rozwój zjawiska longevity – biegacze i biegaczki trenują, by utrzymać kondycję i przedłużyć młodość. Ale to także objaw innego zjawiska – „turystyki doświadczeń”, znak, że podczas podróży coraz częściej poszukujemy przeżyć, które zostają w pamięci na długo. Trudno o doświadczenie mocniejsze niż maraton – z jednej strony ogromny wysiłek, z drugiej niesamowite emocje w trakcie biegu i na mecie, gdy mózgi biegaczy i biegaczek zalewają endorfiny w ilościach wręcz hurtowych. Słynne zjawisko „Runner's High”, euforia biegacza, to coś, co podświadomie wpływa na to, że wiele osób poświęca czas na bieganie, a także każe im walczyć o starty w biegach maratońskich.
Turystyka biegowa w Polsce
Rekordowe zainteresowanie to zresztą nie tylko kwestia największych i najbardziej prestiżowych biegów maratońskich na świecie. Także Maraton Warszawski, organizowany od 1979 r., przeżywa ostatnio rekordowe zainteresowanie. W ubiegłym roku na bieg zapisało się rekordowe 11,5 tysiąca biegaczy i biegaczek. W tym roku, jak informował organizator, Fundacja Maratonu Warszawskiego, na początku maja (bieg odbywa się pod koniec września), zapisanych było już ponad 8 tysięcy osób. Wygląda więc na to, że ubiegłoroczny rekord frekwencji na biegu w Warszawie może zostać pobity.
Perspektywy dla maratonu warszawskiego rysują się bardzo dobrze. W lutym tego roku ogłoszono, że bieg w Warszawie dołącza do nowej formuły European Marathon Classics, która łączy osiem maratonów z różnych części Europy w jedno długofalowe wyzwanie. Cykl European Marathon Classics tworzy osiem biegów odbywających się między marcem a październikiem: to maraton w Rzymie, Wiedniu, Londynie, Zurychu, Madrycie, Kopenhadze, Lizbonie, Frankfurcie i Warszawie. Ukończenie pięciu z nich daje prawo do pamiątkowej odznaki. Udział maratonu warszawskiego w tym cyklu oznacza, że polską stolicę jeszcze chętniej będą odwiedzać biegacze i biegaczki z całego świata. Kolejne rekordy frekwencji są więc kwestią czasu.