Szukaj

12 000 km pieszo przez Ameryki

Półtora roku, prawie 12 tysięcy kilometrów z Panamy do Kanady, 12 par zużytych butów. I to co najważniejsze – setki przepięknych spotkań i inspirujących ludzi na naszej trasie. Piesza podróż przez Ameryki pokazała nam, że chodzenie jest świetnym lekarstwem na bolączki dzisiejszego świata.

„Nie dojdziesz nawet do granicy z Kostaryką” – wieszczył mężczyzna, od którego Arek kupił wózek w Panamie. Przed wyjściem w pieszą trasę Arek długo przygotowywał się i sprawdzał, z czym przemierzali świat inni długodystansowi podróżnicy. Stanęło na tym, że najpraktyczniej będzie umieścić dobytek na dziecięcym wózku o sportowej konstrukcji. Wylądowało na nim kilka ubrań, garnek i kuchenka spirytusowa, domowa apteczka, narzędzia do wymiany opon, komputer, aparat. Niedużo, bo takie wyprawy uczą, że tak naprawdę niedużo potrzeba do życia i do szczęścia. Podróże uczą również doceniania, tego, co w codziennym życiu jest tak oczywiste: dostępu do prądu, bieżącej wody, gazu, lodówki, łazienki.

Dziennie pokonywaliśmy zazwyczaj maraton – czterdzieści kilka kilometrów, z pierwszą przerwą gdzieś w połowie. Zaczynaliśmy podróż od dwudziestu kilku.

Po pierwszych trudach szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nasza słabość – ale i siła – nie leży tak naprawdę w ciele, ale w psychice.

A ta pchała nas dalej do przodu i pomagała wspiąć się pod kolejną górę na trasie. Kiedy idziemy – jesteśmy tylko my i ta góra.

Nie możemy codziennie myśleć o tym, że mamy do przejścia jeszcze 4000 km, bo byśmy zwariowali. Bo jakie znaczenie mają kolejne góry, jeśli nie pokonamy tej pierwszej? Kiedy idziemy, jest tylko tu i teraz, świat zamyka się do kilkuset metrów wokół nas. Nie mają znaczenia polskie przepychanki polityczne, nie ma znaczenia płeć dziecka Lewandowskich ani kto z kim pokazał się na ściance. Chodzenie daje spokój od wszechogarniającego w dzisiejszych czasach szumu informacyjnego.

Uważamy, że 6 km/h to idealna prędkość do poznawania świata. Zauważa się drobne elementy, które ten złożony świat tworzą, a które umknęłyby nam w pędzie. Podróżując w szybszy sposób, przeskakujemy z punktu A do czasami diametralnie różniącego się punktu B, nie zauważając całego spektrum zmian, wzajemnych wpływów i procesów – pomiędzy. Nas interesują właśnie te małe, często pomijane elementy. To, jak się żyje w miejscowościach, do których nikt nie zajeżdża. To, co jest na poboczu Ameryk.

To właśnie ludzie są dla nas najważniejsi w podróży, a chodzenie znacznie ułatwia możliwość spotkania z nimi i rozmowy.

Kiedy jedziemy samochodem, ludzie rozmazują się za oknami, są widoczni zaledwie przez ułamek sekundy.

Idąc, dajemy szansę dosłownie każdej osobie do zamienienia z nami kilku słów – rozmawialiśmy z pasterzami, rolnikami na polach, sprzedawcami z ulicznych stoisk. Wieczorem zaś musieliśmy zatrzymać się gdzieś na nocleg po tych czterdziestu kilometrach i często padało na małe miejscowości, do których nikt nie zajeżdża. Wtedy, na schodach przed sklepem słuchaliśmy historii życia ludzi z tych małych miasteczek z pobocza Ameryk i dowiadywaliśmy się, jak naprawdę wygląda tutaj życie.

Po dotarciu do Vancouver, mety naszej pieszej włóczęgi, z jednej strony wypełniała nas radość i duma, a z drugiej smutek i niedosyt. Oglądaliśmy się za siebie nie mogąc uwierzyć, ile wspólnie przeszliśmy, zarówno w sensie fizycznym, jak i metaforycznym. Droga mocno uzależnia, dlatego z końcem tej podróży szybko skrystalizowały się plany następnej. W przyszłym roku chcemy przyjrzeć się bliżej Polsce.

Planujemy obejść nasz kraj wzdłuż granic, odkrywając nie tylko znane atrakcje turystyczne, ale także lokalne smaczki oraz mniej popularne krajoznawcze perełki. Zaprosimy wszystkich chętnych, by przyłączyli się do nas na fragmenty trasy. Co bardzo ważne, podczas naszej podróży chcemy idąc wspierać tych, którzy chodzić nie mogą. Podczas przejścia wokół naszego kraju będziemy zbierać środki dla dzieci chorujących na rdzeniowy zanik mięśni (SMA).

Zamknij
Zamknij