Oboje są fotografami, pokazują piękno Półwyspu Helskiego i polskiego wybrzeża tak, jak nikt przed nimi. Ten pomysł chwycił – ich profil na Instagramie zyskał ogromną popularność. Agata i Wojtek Starają się zachowywać anonimowość i nie pokazywać twarzy, ale dla nas zrobili wyjątek.

Oto ich osobista opowieść o życiu na Półwyspie, Ludziach, fokach, Bielikach, zimowych zorzach, helskich tradycjach, O kuźnicy, Chałupach i Helu, A przede wszystkim – o miłości do polskiego Bałtyku. „Ta miłość do morza i półwyspu jest formą polskiego patriotyzmu” – podkreślają.

Jesteśmy z Półwyspu Helskiego

Oboje jesteśmy ze Śląska. Ja od dziecka jeździłam na Półwysep Helski na wakacje. Wojtek z kolei pochodzi z rodziny, która spędzała wakacje w górach, na jurze albo za granicą. Jego związki z półwyspem zaczęły się w nieco mniej romantyczny sposób: został poproszony o wykonanie sesji zdjęciowej. 11 lat temu pewna firma wysłała nas do Kuźnicy na zdjęcia. Przyjechaliśmy – i przepadliśmy. Ten stan trzyma nas do dzisiaj. W 2025 roku udało nam się spędzić nad morzem łącznie osiem miesięcy.

Czytaj więcej

Modernistyczne dzieło Alvara Aalto: Dawne sanatorium stanie się luksusowym hotelem

Ludzie pytają nas, skąd jesteśmy i mamy coraz większy problem, co odpowiedzieć: ze Śląska czy z półwyspu? Szala powoli, ale wyraźnie przesuwa się w stronę odpowiedzi: „Jesteśmy z półwyspu Helskiego”.

Inżynieria i fotografia

Oboje z wykształcenia jesteśmy inżynierami, ale tylko ja pracuję w zawodzie. Wojtek zawodowo zajmuje się fotografią. To, że możemy tyle czasu spędzać nad Bałtykiem, to zasługa pandemii oraz pracy zdalnej. Okres lockdownów wspominamy dobrze. Był to dla nas czas, w którym nawet kilkumiesięczne ucieczki nad morze stały się możliwe. Okazało się, że bardzo wiele osób było spragnionych widoków z półwyspu, więc nasz profil na Instagramie dość intensywnie rozwijał się w czasie pandemii. Wówczas poczuliśmy, że nasze zdjęcia i filmy mają wartość większą niż jedynie estetyczną. Dostawaliśmy dużo wiadomości, nadal je zresztą dostajemy, ludzie pisali, że to, co robimy, im pomaga, że oglądają nasze relacje i to jest dla nich stały punkt dnia, zastrzyk energii.

Wał szkwałowy nad Kuźnicą.

Wał szkwałowy nad Kuźnicą.

Foto: Agata Logiewa, Wojtek Radwański

Drony nad półwyspem i nurkowanie w Bałtyku

Zawsze szukałem niecodziennej perspektywy w fotografii, stąd wybór drona. Kiedy pojawiły się na rynku w 2015 roku, poczułem, że to nowe rozdanie w moim zawodzie. Dzięki dronom można pokazać te same miejsca w zupełnie inny sposób. Półwysep, który miliony ludzi znają od dziecka, z powietrza wygląda zupełnie inaczej. To było coś, co mnie pociągało. Dzięki dronom mogłem być pierwszy w swojej dziedzinie i pokazać półwysep w sposób dotąd nieznany. Przez ostatnie 11 lat zdjęcia z drona trochę spowszedniały, stąd moja „ucieczka” pod wodę. Zdjęcia podwodne na większą skalę zacząłem robić od zeszłej wiosny. To fajna odskocznia, gdyby ktoś zapytał, czy wolę polatać dronem, czy zanurkować z aparatem, to wybieram tę drugą opcję.

Agata z kolei bardzo lubi fotografować ludzi i używa zupełnie innych obiektywów i ma zupełnie inne zamiłowania w fotografii niż ja. Dzięki temu jesteśmy w stanie pokazać półwysep na kilka sposobów. Jesteśmy tu już długo, zrobiliśmy mnóstwo zdjęć, a wciąż jesteśmy w stanie znaleźć coś nowego.

Od Helu do Władysławowa

Różnice między miejscowościami na półwyspie trochę się zacierają, najbardziej wyraźne są w szczycie sezonu. To ludzie tworzą klimat miejsc. Utarło się, że do Kuźnicy przyjeżdżają rodziny z dziećmi oraz osoby starsze. Chałupy – wiadomo, surferzy, imprezy i średnia wieku dużo niższa. Jastarnia jest dość duża, więc tam mamy miks wszystkiego. O Helu niestety coraz częściej mówi się, że robi się z niego drugie Władysławowo. W przeciwieństwie do Kuźnicy, jest tam dużo terenów, na którym miasto może się rozwijać. To niestety widać, pojawiają się deweloperzy, hotele, a dużo ludzi chce w Helu robić biznes. W Kuźnicy natomiast dostępna jest chyba tylko jedna działka budowlana. Miały tam powstać jakieś apartamenty, ale mieszkańcy zablokowali tę inicjatywę parę lat temu. W Kuźnicy w przyszłości może pojawić się nie więcej niż jeden, góra dwa nowe domy. W Helu może ich powstać znacznie więcej.

Po sezonie ludzi na półwyspie jest bardzo mało i niestety coraz mniej jest też jego rodowitych mieszkańców. To duży problem, nieruchomości są tu tak drogie, że ludzie się stąd wynoszą. Do tego praca wprawdzie jest, ale głównie w sezonie.

Zima na półwyspie: Wilki i ludzie

Zimą na Półwyspie łatwiej jest spotkać foki, bieliki czy wilki niż ludzi. To pora roku, w której ci rodowici mieszkańcy półwyspu odzyskują swoje tereny. Tam, gdzie w sezonie na środku zatoki działają szkoły kite surfingu, zimą wylegują się foki.

Im bardziej poznajemy półwysep, tym lepiej wiemy, gdzie można spotkać zwierzęta, więc siłą rzeczy naszych spotkań z nimi jest coraz więcej. Z rozmów z mieszkańcami wynika, że oni też zauważają, iż fok czy ryb pojawia się coraz więcej, traw w zatoce też przybyło. Widać, że przyroda ma się tu dobrze. Wiele osób jest zaskoczonych tym, że nie trzeba jechać do fokarium w Helu, żeby zobaczyć foki na półwyspie. Przed fokarium często stoi długa kolejka, a dosłownie 200 metrów dalej w basenie portowym można zobaczyć foki cierpliwie czekające na powrót kutrów z morza.

Wyobraźnię pobudzają też bieliki. Na zdjęciach nie da się pokazać tego, jak ogromny jest to ptak. Wydawało nam się, że zobaczenie jednego bielika to spełnienie marzeń. Tymczasem niedawno udało nam się dostrzec łącznie aż dziewięć osobników! Wiemy, kiedy i gdzie polują, gdy jest zamarznięta zatoka, a gdzie – gdy lód ustąpi. Wiemy, kiedy jedzą ryby i dokąd lecą ze swoją ofiarą. Stopniowo dochodziliśmy do tego, że dzisiaj, gdybyśmy chcieli zobaczyć bielika, potrafimy z dużym prawdopodobieństwem wskazać, dokąd trzeba pojechać.

Podwodne łąki w Zatoce

Jest też podwodny świat, także fascynujący. Przez lata słyszeliśmy, że Bałtyk jest martwy, że nie ma w nim ryb ani innych stworzeń. Tymczasem wystarczy wsadzić głowę pod wodę, by przekonać się, że mamy tu krewetki, kraby, małże i bardzo wiele innych gatunków. Są też podwodne łąki w zatoce, całe dno porośnięte jest wysokimi, soczyście zielonymi trawami. Ciężko w to uwierzyć, bo mało kto nurkuje w Bałtyku, tymczasem woda jest tak czysta, że można podziwiać widoki, o których się ludziom nie śniło. Do tego stopnia, że gdy wrzucamy podwodne zdjęcia, pojawiają się zarzuty, że to AI.

Jak wygląda zorza polarna na półwyspie? 

Tak się szczęśliwie złożyło, że na plażę w Kuźnicy z miejsca, w którym mieszkamy, mamy jakieś 30 sekund, więc zimą bardzo często wychodziliśmy, żeby sprawdzić, czy widać zorzę. Im dalej na północ kraju, tym łatwiej obserwować to zjawisko. Ważne jest jak najmniejsze zanieczyszczenie światłem. Na półwyspie jest ono na szczęście niewielkie, zimą między nami na plaży a zorzą jest tylko ciemny Bałtyk. Korzystamy z tego, ale też staramy się pomóc innym, informując o tym, gdy zbliża się okazja do podziwiania zórz. To zjawisko bardzo piękne, ale i trudne do upolowania.

Ludzie nie wiedzą, jak wyglądamy, bo nie publikujemy swoich zdjęć. To pozwala nam cieszyć się anonimowością. Miło jest słyszeć, jak ludzie spotkani na plaży dyskutują o tym, co opublikowaliśmy na Instagramie, albo, gdy mówią między sobą o tym, że obserwują nasz profil, nie zdając sobie sprawy, że stoimy kawałek dalej i właśnie wrzucamy zdjęcia, które za chwilę zobaczą. Fajnie jest też słyszeć, że to, co publikujemy, daje ludziom radość.

Mieszkańcy Półwyspu też chodzą oglądać zorze. To zjawisko angażuje wszystkich, nawet tych, którzy mieszkają tu całe życie. Niektórzy mówią, że dawniej, gdy pływali na ryby, widzieli coś podobnego, ale nie zdawali sobie wtedy sprawy, że to zorza i dopiero teraz odkrywają to zjawisko na nowo.

To była zima dekady

Tegoroczna zima była chyba najbardziej spektakularna i najbardziej „zimowa” w naszym życiu. Mamy po 33 lata, ale takiej ilości śniegu nawet u nas na południu nie pamiętamy. To była trzecia zima, którą spędziliśmy w całości na półwyspie. Ubiegłoroczna była tragiczna, jeśli chodzi o warunki fotograficzne i pogodę. Było ciepło, padał deszcz i panował wieczny listopad. W tym roku było zupełnie inaczej, jeszcze w połowie marca mogliśmy podziwiać ciekawe formy lodowe na Zatoce. Zima nie chciała odpuścić, choć byliśmy nią już przesyceni.

To był ewenement, na półwyspie był śnieg, było go więcej niż w wielu regionach kraju, a także – zima utrzymała się tu tak długo. Nikt z mieszkańców Kuźnicy, z którymi rozmawialiśmy, nie był w stanie przypomnieć sobie tak długiej zimy z taką ilością śniegu. Dla nas to było piękne, ale dla rybaków mrozy były problemem. Porty pozamarzały i codziennie trzeba było dosłownie wycinać kutry z lodu. Zimowy półwysep kojarzy nam się z absolutną ciszą. Gdy zamarza zatoka i nie słychać charakterystycznego falowania, robi się całkowicie cicho. To wrażenie nie do opisania, zwłaszcza komuś, kto mieszka w dużym mieście. Tu zimą jest tak, jakby ktoś wyłączył wszystkie dźwięki. Tymczasem w tym roku w każdej miejscowości na półwyspie słychać było piły, którymi rybacy usuwali lód wokół kadłubów.

Grenlandia nad Bałtykiem

Ta zima była najbardziej męczącym okresem naszego życia. Codziennie od rana do wieczora robiliśmy zdjęcia, później trzeba było je obrobić i opublikować, a także odpisać na masę wiadomości. To był bardzo intensywny czas. Gdyby ktoś mnie zapytał, czy chciałbym takich zim w przyszłości, to powiedziałbym, że tak ciężkich chyba nie. Ale zarazem każdemu życzę, żeby chociaż raz zobaczył taki zimowy Bałtyk na własne oczy. Po takie widoki i krajobrazy niektórzy latają na Grenlandię, a okazuje się, że można znaleźć je w Jastarni.

Dla nas śnieżna i mroźna zima na Bałtykiem to coś niesamowitego. Ktoś nam kiedyś powiedział: „Przyjedźcie na półwysep zimą, to się wam odechce”. Przyjechaliśmy – i efekt był taki, że zaczęliśmy przyjeżdżać regularnie. Jesteśmy tu przez 8 miesięcy w roku. Pozostałe cztery miesiące, gdy nas nie ma, to głównie sezon wakacyjny, kiedy na półwysep przyjeżdżają turyści i urlopowicze.

Sezon na półwyspie ma wiele plusów. Fajnie, że są ludzie, wszystko się otwiera, a półwysep żyje. My natomiast przyjeżdżamy tu po coś innego, co ciężko jest znaleźć w sezonie. Im bliżej zimy, tym półwysep wygląda tak, jak to miejsce, które nas ujęło, gdy dotarliśmy tu po raz pierwszy.

Kuźnica: Ostoja rybaków

Niektórzy zarzucają nam, że jesteśmy nieobiektywni, bo przecież są też inne piękne miejsca nad polskim Bałtykiem. Piszą do nas na przykład, że najpiękniejsza jest Mierzeja Wiślana, albo że musimy przyjechać do Świnoujścia czy do Dębek. Są też tacy, którzy, tak jak my, lubią Kuźnicę czy helskie plaże, więc piszą do nas oburzeni, że mamy przestać pokazywać te miejsca, bo stracą one swój urok. Gdy opublikujemy zdjęcia z Sasina, jednego z naszych ulubionych miejsc nad Bałtykiem, pojawiają się komentarze: wracajcie do Kuźnicy, nie pokazujcie naszego Sasina. To nawet zabawne.

Przemierzyliśmy już kilka razy całe polskie wybrzeże i nadal to, co nam się najbardziej podoba, znajdujemy w Kuźnicy. Tutaj czujemy się trochę jak na wyspie. Kuźnica to ostoja helskich rybaków. Rano słychać w porcie kaszubski, każdy się tu zna z każdym. Pani w sklepie wie, jakie bułki nam odłożyć albo co nam zamówić. Czujemy się tutaj jak w domu.

Polacy są dumni z Bałtyku

Pytanie o to, dlaczego Polacy tak kochają Bałtyk i półwysep Helski, jest bardzo trudne. Myślę, że każdy odpowiedziałby na nie inaczej, bo też każdy nad Bałtykiem znajdzie coś dla siebie. Ta miłość do morza i półwyspu jest formą polskiego patriotyzmu. Jakiś czas temu, wracając promem ze Szwecji, rozmawialiśmy ze Szwedami, którzy obserwowali z pokładu półwysep Helski i pytali, czy to park narodowy. Nie mogli uwierzyć, że coś tak pięknego może być udostępnione turystom. Dzięki takim rozmowom uświadamiamy sobie, jakimi jesteśmy szczęściarzami.