Reklama

Kasia Smutniak: Rodzice wpoili mi, że mogę być, kim zechcę

W życiu trzeba iść po swoje i nie można się bać wyboru. Oczywiście, możesz się pomylić i podjąć złą decyzję. Ale jeśli w ogóle nie dokonasz wyboru, nie przekonasz się, co mogłoby się wydarzyć – mówi Kasia Smutniak, polska aktorka, ale też – aktywistka.

Publikacja: 23.01.2026 14:43

Kasia Smutniak: Wszystko w życiu można zmienić, trzeba tylko pozwolić sobie na tę zmianę – wyjść z j

Kasia Smutniak: Wszystko w życiu można zmienić, trzeba tylko pozwolić sobie na tę zmianę – wyjść z jednego pokoju, zamknąć drzwi za sobą, wejść do drugiego i zacząć wszystko od nowa.

Foto: Maria Laura Antonelli / Avalon/PAP

„Polska aktorka mieszkająca we Włoszech” – tak mówi o sobie, choć na tej artystycznej i życiowej emigracji jest z własnego wyboru, a do tego – od wielu lat. To nie jest jednak typowy wywiad z aktorką. Chcieliśmy, żeby miał odmienny charakter, dlatego nie rozmawiamy zbyt wiele o filmach. Wyjątkiem jest „Mur”, dokument autorstwa Kasi poświęcony sytuacji 
na granicy polsko-białoruskiej.

O czym w takim razie jest 
ta rozmowa? O racjonalnych decyzjach w trudnych czasach, podejmowaniu ryzyka i świadomych życiowych wyborach. 
O podróżach nad włoskie morze – i o wyprawach na drugi koniec świata. O rodzinie i o tym, czego warto uczyć dzieci, a także o planach na lata – oraz na dekady. Last but not least 
– ta rozmowa jest też po części o nadziei.

Christoph Waltz, zapytany podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Wenecji, „Jak udaje się panu zachować nadzieję w tych, niekiedy strasznych, czasach?”, odpowiedział: „Nie udaje mi się”. A jak ty sobie z tym radzisz?

Wystarcza mi świadomość, że przynajmniej jedna osoba jest na właściwej drodze. Mogę na nią spojrzeć i pomyśleć, że w niej jest nadzieja. Trzymam się tej zasady.

Kto jest taką osobą dla ciebie?

Kunzom – kobieta, z którą wybudowałam szkołę w Nepalu. Ten projekt był realizacją jej marzenia, by przeciwstawić się wielkiej zmianie politycznej i społecznej, którą powoduje zanikanie kultury tybetańskiej w Himalajach. Zdaję sobie sprawę, że ten cel może być nieosiągalny. Jedna osoba nie jest w stanie zatrzymać ani czasu, ani postępu technologicznego, który w sposób nieodwracalny zmienia region Mustang. Nie będziemy w stanie sprawić, by ludzie stamtąd nie wyjeżdżali. Mimo to ktoś taki jak Kunzom daje mi nadzieję. Od dziecka fascynowały mnie historie ludzi, którzy dokonywali wielkich rzeczy samotnie, nieracjonalnie, bo wierzyli, że to właściwa droga.

W filmie „Mur” o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej opowiedziałam z perspektywy aktywistów, garstki osób, które uznały, że muszą zrobić coś nieracjonalnego, ryzykując wszystko – i to wydarzenie zmieniło ich życie. Po dwóch latach wojny w Gazie, z nadzieją patrzę w przyszłość. Nie wszystko stracone, dopóki są ludzie, którzy działają. To dla mnie bohaterowie. Mam na myśli choćby tych, którzy wyruszyli do Gazy drogą morską, wioząc leki i żywność. Jedną z takich osób poznałam w zeszłym roku – przez internet, jak wielu innych aktywistów. To Vincenzo, Włoch, który pod koniec września wypłynął barką z Otranto w kierunku Gazy w towarzystwie lekarzy, prawników i dziennikarzy.

Reklama
Reklama

Ci, którzy byli na pokładzie, zdawali sobie sprawę, że nie dopłyną do celu. Mieli też świadomość, że ich podróż wiąże się z olbrzymim ryzykiem. 

We Włoszech pod adresem aktywistów padały różne zarzuty – na przykład że to nieracjonalna wyprawa, bo leki, które wiozą do Gazy, wystarczą dla garstki ludzi. To powtarzała między innymi premier Giorgia Meloni, dodając, że kraj musi mobilizować siły, żeby wyciągać aktywistów z izraelskich aresztów. Zastanawiam się, kto za 50 lat będzie pamiętał o tym, co Meloni mówiła w telewizji? Jestem za to pewna, że wszyscy będą pamiętać gest tych, którzy popłynęli do Gazy. Podłożem ich decyzji było bardzo racjonalne myślenie – muszę zareagować na to, co się dzieje.

Czytaj więcej

Podniósł z ruin XVI-wieczny zamek na Dolnym Śląsku. „To projekt mojego życia”

Miałaś taką myśl: ja też chcę być na jednej z tych łodzi?

Tak, od początku uważałam, że powinnam tam być. Nie tylko ja, wszystkie osoby, które wierzą w sensowność takiego działania. Ale w jakimś sensie, dzięki takim osobom jak Vincenzo, byliśmy tam. Na tym polega moc gestu tych, którzy wyruszyli do Gazy.

Udostępniłaś swoje social media ludziom, którzy mogli opowiedzieć o Gazie. Pojawiali się wspomniany Vincenzo, który u ciebie relacjonował morską wyprawę do Gazy, ale też Palestyńczycy Belal czy Karim. Byli głosem tych, którzy znaleźli się w środku konfliktu, opowiadali o tym, jak wygląda życie w Strefie Gazy.

To jedyne, co mogłam zrobić – wykorzystać to, kim jestem i do kogo mogę dotrzeć. To coś, czego na przykład Vincenzo nie jest w stanie zrobić. Lekarz może leczyć, adwokat – walczyć przed sądem, dziennikarz może stworzyć reportaż. Ja, jako osoba publiczna, mogę i powinnam zrobić to, co zrobiłam – nagłośnić sprawę.

Jak poznałaś Karima i Belala?

To tak banalnie proste, że aż straszne – napisałam do nich przez Instagram. Dzięki social mediom mamy dzisiaj dostęp niemal do każdej osoby na świecie. Trzeba tylko wiedzieć, jak wykorzystać to narzędzie. To wymaga nauki poruszania się w tym świecie, ja wciąż się tego uczę. Natomiast nie jesteśmy przygotowani na to, co możemy zobaczyć w social mediach. Wydaje nam się, że wydarzenia z Gazy dzieją się gdzieś daleko, ale jeśli Belal pisze do mnie na Instagramie, że od trzech dni nic nie jadł, to co mogę zrobić z taką informacją? Takich historii jest dużo, bo śledzę bardzo wiele osób na platformach społecznościowych. Niektóre – od niedawna, inne – tak długo, że nie pamiętam już, jak na nich trafiłam. Dla tych ludzi social media to nie tylko narzędzie komunikacji ze światem, to często jedyne źródło nadziei.

Reklama
Reklama

Social media pomagają w budowaniu empatii, czy raczej ją eliminują?

Zastanawiam się nad tym, ale nadal nie znam odpowiedzi na to pytanie. Fakt, że mamy możliwość komunikacji, obserwowania na żywo tego, co się dzieje gdzieś na świecie, sprawia, że docieramy do informacji, z którymi nie potrafimy sobie emocjonalnie poradzić. Co począć w sytuacji, gdy wstaję rano, włączam telefon i widzę krwawiące dziecko? Takie doświadczenie wystarczyłoby na całe życie jako trauma. A tymczasem muszę wziąć głęboki wdech i iść do przodu. Odprowadzam syna do szkoły, potem go odbieram, później idę do pracy, potem zakupy, spotkania ze znajomymi, rozmowy o mało istotnych sprawach…

Masz nastoletniego syna. Jak tłumaczysz mu to, co się dzieje na świecie? On zapewne widzi, że mama jest zaangażowana, że zabiera głos w różnych sprawach?

Mój 11-letni syn nie ma jeszcze telefonu, więc nie ma też dostępu do social mediów. Zostały mi jeszcze dwa lata, może mniej, zanim wejdzie do świata, w którym funkcjonujemy. Na razie żyje w odcięciu, staram się go chronić. Wie, że mama coś tam robi, z kimś rozmawia, spotyka się i dyskutuje na takie czy inne tematy. Nie dzielę się z nim informacjami o wszystkim, co robię. Jest na to jeszcze za mały. Z drugiej strony – urodził się w rodzinie, której członkowie angażują się w sprawy, które uważają za słuszne. Myślę tu na przykład o naszej szkole w Nepalu, do której moja córka, obecnie dorosła, podróżowała z nami od małego. Z kolei Leon, nasz syn, pierwszą podróż do Nepalu odbył jako pięciolatek. Mam poczucie, że problemy osób żyjących w rzeczywistości całkowicie odmiennej od naszej, są przez to dla nich bardziej oczywiste. To ma też oczywiście swoją cenę.

Mój syn widzi, że czasem mama, zamiast spędzić fajny weekend z rodziną albo pojechać na wakacje, gdzieś wyjeżdża, ryzykuje, albo leci do Nepalu... 

Wierzę, że jestem jedynie częścią życia moich dzieci. Nie muszę wskazać im właściwej drogi życiowej. Chciałabym jedynie, żeby rozumiały, że branie na siebie odpowiedzialności to nie tylko poświęcenie, ale też doświadczenie, które dużo ci daje. Wierzę, że moje dzieci prędzej czy później to zrozumieją. Ja się urodziłam właśnie w takim domu. Moi rodzice wpoili mi, że mogę być, kim zechcę i zależy to tylko ode mnie.

I tak zostałaś pilotem.

Jako nastolatka. Ale mam na myśli to, że w życiu trzeba iść po swoje i nie można się bać wyboru. Oczywiście, możesz się pomylić i podjąć złą decyzję. Ale jeśli w ogóle nie dokonasz wyboru, nie przekonasz się, co mogłoby się wydarzyć. W mojej rodzinie było jasne, że życie nie oznacza siedzenia w ciepełku. Rozwój następuje stale, a więc to nie tak, że kończysz szkołę, następnie studia, a potem już tylko praca, dom i ciepełko. Wszystko w życiu można zmienić, trzeba tylko pozwolić sobie na tę zmianę – wyjść z jednego pokoju, zamknąć drzwi za sobą, wejść do drugiego i zacząć wszystko od nowa. Nie chodzi mi o to, że moje dzieci mają zostać aktywistami. Niech robią w życiu to, co ich zdaniem jest dla nich odpowiednie, a nie to, co narzuca im społeczeństwo czy okoliczności.

Czytaj więcej

Jakub Józef Orliński: Dzieją się rzeczy, o których kiedyś nawet nie śniłem
Reklama
Reklama

Mówisz o sobie: aktorka polsko-włoska. Dzięki temu masz unikatową perspektywę. Włochy to kraj, który z problemami migracyjnymi mierzy się od lat. I jak mało który w Europie przeszedł bardzo dużo pod tym względem. Jak Włosi reagowali na kryzys na polsko-białoruskiej granicy?

Temat migracji na Morzu Śródziemnym nie pojawił się kilka lat temu. Włochy są państwem nadmorskim i krajem wielu kultur, połączeniem południa Europy z Afryką. Na problem ludzi, którzy tu przypływają, patrzy się we Włoszech inaczej. Prawo morza od wieków pozostaje niezmienne – jeśli ktoś tonie, trzeba mu pomóc. To jest w DNA tego kraju i między innymi za to kocham Włochy. Niestety – dzisiaj politycy wykorzystują zjawisko migracji, by stworzyć problem w okresie, gdy kraj przeżywa kryzys gospodarczy.

Polska ma zupełnie inne położenie, dlatego trudno porównać te dwa kraje. O ile na morzu obowiązuje prawo, które nakazuje wyłowić tonącego, o tyle na lądzie nie ma tak mocnego prawa, jakim jest prawo morskie. Jest prawo morskie, ale nie ma „prawa lasu”. Dlatego jesteśmy zdani jedynie na gesty, musimy zdecydować, czy pomożemy drugiemu człowiekowi czy nie. We Włoszech to jest naturalne – ktoś tonie, trzeba zareagować. W lesie takie prawo nie istnieje.

Dwa lata temu, gdy premierę miał twój film „Mur”, opowiadający o sytuacji na polsko-białoruskiej granicy, mówiłaś, że nie potrafisz i nie chcesz się odciąć od tego, co tam się działo. Ile zostało w tobie z tego doświadczenia? Nie stałaś wtedy biernie z kamerą. Weszłaś do lasu razem z aktywistami.

Pierwszy raz pojechałam na granicę polsko-białoruską w październiku 2021 roku wspólnie z włoskim reporterem z programu telewizyjnego Propaganda Live. Pojechaliśmy tam, żeby zrobić reportaż. Diego, dziennikarz, któremu zaproponowałam wyjazd, ma ogromne doświadczenie. Jego program emitowany jest od kilkunastu lat. Tematyka migracyjna jest mu szczególnie bliska, więc na problem na granicy polsko-białoruskiej Diego był w stanie spojrzeć z dystansem. Ja tego nie potrafiłam i chyba nigdy się tego nie nauczę.

Pamiętam, jak przyjechaliśmy na granicę. Było popołudnie, ciemno, mżawka. Rozmawiałam na czacie z chłopakiem, który uciekł z Iraku. Był w lesie jakieś 500 metrów od nas, wysłał mi swoją pozycję. Wyszłam z samochodu, spojrzałam w tę ciemność i poczułam całkowitą niemoc. Ten człowiek gdzieś tam był, ale nie mogłam do niego dotrzeć. Diego zobaczył, że się miotam i powiedział: „Jeśli chcesz być dziennikarką, musisz nauczyć się zachowywać dystans”. Wtedy pomyślałam, że przecież nie jestem dziennikarką, a na granicę przyjechałam, żeby na własne oczy zobaczyć, co się tam dzieje.

Bardzo dużo się nauczyłam podczas tamtego wyjazdu, zdobyłam wtedy kontakty do wielu aktywistów. Po powrocie do Włoch zastanawiałam się, co mogę zrobić i uznałam, że powinnam sama opowiedzieć o sytuacji na granicy. Tym się zajmuję na co dzień, to umiem. Pokazałam w filmie perspektywę osoby, która stara się coś robić, ale w pewnym sensie jest zagubiona, zadaje sobie pytania, ale nie dostaje odpowiedzi.

Reklama
Reklama

Nie znalazłam w Polsce dystrybutora na mój film. Mimo że „Mur” zdobył nagrody we Włoszech, mimo że premierę miał na festiwalu filmowym w Toronto, a potem na polskim festiwalu „Watch Docs. Prawa człowieka w filmie”, firmy na polskim rynku nie były nim zainteresowane. Postanowiłam więc, że sama będę jeździć z tym filmem po kraju. 

Premierę zrobiliśmy w Białowieży. Pamiętam, że po projekcji, ktoś z widowni wstał i zapytał: „Jak to jest, że ona, choć nie jest dziennikarką, tak po prostu tutaj wjechała i pokazała, jak łatwo można było to zrobić”. O to właśnie mi chodziło, chciałam pokazać, że choć się do tego nie nadaję, ani emocjonalnie, ani organizacyjnie, nie musiałam robić nic nadzwyczajnego. Po prostu wsiadłam do samochodu i pojechałam. Tam, gdzie było to konieczne, udawałam, że jestem dziennikarką, w innych sytuacjach improwizowałam.

Czytaj więcej

Grażyna Kulczyk: Zależało mi, żeby świat poznał Jadwigę Maziarską

Od lat podróżujesz do Nepalu. W 2012 roku napisałaś: „Nie zapomnę nigdy przybycia po raz pierwszy do Jomsom”. Jak zapamiętałaś pierwszą wizytę w regionie Mustang?

Po raz pierwszy pojechałam tam w 2003 roku. Wtedy to był trochę inny świat. Turystów wpuszczono do Nepalu dopiero w 1992 roku. Wcześniej żaden cudzoziemiec nie mógł się tam dostać. Region Mustang, tak jak cały kraj, do niedawna był odcięty od świata. W 2003 roku nie było dobrych dróg, a w wielu miejscach brakowało elektryczności. Mimo to z Pietro, moim partnerem, zobaczyliśmy wówczas miejsce, w którym czas miał zupełnie inne znaczenie. Zakochałam się w kulturze, w spokoju, naturze, w odczuciu, że jestem naprawdę wysoko. Himalaje dają mi podobną perspektywę jak latanie. To inne spojrzenie na czas, świat, własne życie i własne emocje.

Twoja fundacja wybudowała szkołę w miasteczku Ghami w regionie Mustang. Dlaczego właśnie szkoła?

Braliśmy pod uwagę wiele opcji. Zrozumiałam, że wspólnym mianownikiem wszystkich propozycji jest chęć pomocy w utrzymaniu kultury tybetańskiej w tym regionie. Jak można to osiągnąć? Na przykład poprzez edukację. Dajemy w ten sposób dzieciom z tego regionu dostęp do narzędzi, którymi my też się posługujemy. Edukacja pomaga zrozumieć to, co dzieje się na świecie – i to, jak zmienia się ten region. Zmiany postępują niezwykle szybko. W bardzo krótkim czasie mieszkańcy Mustangu weszli do świata, w którym dostępny jest internet. Nie przechodzili przez etapy pośrednie. W Mustangu nie było telewizji, pojawiła się niedawno, ale obecnie nikt jej już nie ogląda. Wszyscy siedzą na telefonach, przeglądają TikToka, patrzą i próbują zrozumieć świat poprzez to, co widzą na social mediach.

Reklama
Reklama

Tym projektem przyjęłaś odpowiedzialność za dzieci, które się tam uczą. Miałaś tę świadomość od początku, czy przyszła później?

Wiedziałam, że to nie będzie jednorazowy projekt, ale nie mogłam przewidzieć, co się wydarzy. Czasami miewam chwile zwątpienia, ale najczęściej mają one miejsce we Włoszech, gdy zmagam się z biurokracją, problemami finansowymi czy organizacyjnymi. Gdy jestem w Nepalu, ponownie zaczynam dostrzegać sens naszych działań. Staram się robić to, co mogę, a także akceptować to, że nie wszystko mogę.

Dzisiaj stać nas głównie na szybkie gesty i krótkie zrywy. Wasza szkoła to jest projekt długoterminowy, przedsięwzięcie na lata. A może na dekady?

Ten projekt ma 15 lat, to daje już pewną perspektywę. Będziemy go prowadzić, dopóki będziemy mogli. Na początku byłam przekonana, że uda mi się otworzyć wiele szkół, wydawało mi się też, że powstanie wielka fundacja. Dzisiaj staram się akceptować to, co jest i doceniać nasz dotychczasowy dorobek. Działamy powoli, krok po kroku.

Twoje dzieci podróżują z tobą do Nepalu. Jak odbierają to miejsce?

Moja córka miała 6 lat, gdy zabrałam ją tam po raz pierwszy. Dwa lata temu, gdy skończyła 18 lat, oświadczyła, że chce pojechać do Ghami samodzielnie. Spędziła miesiąc w naszej szkole, to była jej pierwsza dorosła podróż. Z kolei dla mojego syna wyjazdy do Nepalu są w jakiś sposób naturalne, choć to trudne wyprawy. Zawsze je odchorowuję, pobyt w tak wysokich górach jest sporym wyzwaniem dla zdrowia. Kiedyś mój syn powiedział: „Mamo, dlaczego nie możemy mieć normalnych wakacji jak wszyscy?”. Strasznie się wtedy poczułam, więc w kolejnym roku pojechaliśmy nad morze. Było fajnie, choć wszyscy stwierdzili, że jednak trochę nudno. Dlatego teraz staramy się spędzać trochę czasu we Włoszech, a trochę w Nepalu.

Od wielu lat mieszkasz we Włoszech, ale dla wielu Polaków pozostajesz „naszą Kasią”. Kim jesteś dla dzieci z Nepalu?

Mówią na mnie „Godmother”, matka chrzestna. Tak piszą na przykład w listach, które dostaję od uczniów naszej szkoły. Nie zaprzątam sobie tym jednak głowy, jestem po prostu kimś, kto pojawia się w Ghami od czasu do czasu. Przyjeżdżam tam zaledwie raz czy dwa razy w roku. Bardziej zwracam uwagę na to, kim dla dzieciaków z Ghami są moje dzieci. Cieszę się, że z niektórymi z nich Sofię i Leona łączą przyjaźnie. A ja? Mogę być matką chrzestną.

Sukces Story
Największa na świecie kolekcja haute couture pod młotek. Powstawała przez 45 lat
Sukces Story
Wprowadza do Polski słynny przewodnik kulinarny. „Wychodzimy poza duże miasta”
Sukces Story
Stworzyli polski startup w branży meblarskiej. „Zadziałał efekt kuli śnieżnej”
Sukces Story
Młode pokolenie szaleje za jego projektami. 32-letni projektant podbija świat
Sukces Story
Idol „pokolenia krypto”. Miliarder, który zarabia na przewidywaniu przyszłości
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama