„Polska aktorka mieszkająca we Włoszech” – tak mówi o sobie, choć na tej artystycznej i życiowej emigracji jest z własnego wyboru, a do tego – od wielu lat. To nie jest jednak typowy wywiad z aktorką. Chcieliśmy, żeby miał odmienny charakter, dlatego nie rozmawiamy zbyt wiele o filmach. Wyjątkiem jest „Mur”, dokument autorstwa Kasi poświęcony sytuacji na granicy polsko-białoruskiej.
O czym w takim razie jest ta rozmowa? O racjonalnych decyzjach w trudnych czasach, podejmowaniu ryzyka i świadomych życiowych wyborach. O podróżach nad włoskie morze – i o wyprawach na drugi koniec świata. O rodzinie i o tym, czego warto uczyć dzieci, a także o planach na lata – oraz na dekady. Last but not least – ta rozmowa jest też po części o nadziei.
Christoph Waltz, zapytany podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Wenecji, „Jak udaje się panu zachować nadzieję w tych, niekiedy strasznych, czasach?”, odpowiedział: „Nie udaje mi się”. A jak ty sobie z tym radzisz?
Wystarcza mi świadomość, że przynajmniej jedna osoba jest na właściwej drodze. Mogę na nią spojrzeć i pomyśleć, że w niej jest nadzieja. Trzymam się tej zasady.
Kto jest taką osobą dla ciebie?
Kunzom – kobieta, z którą wybudowałam szkołę w Nepalu. Ten projekt był realizacją jej marzenia, by przeciwstawić się wielkiej zmianie politycznej i społecznej, którą powoduje zanikanie kultury tybetańskiej w Himalajach. Zdaję sobie sprawę, że ten cel może być nieosiągalny. Jedna osoba nie jest w stanie zatrzymać ani czasu, ani postępu technologicznego, który w sposób nieodwracalny zmienia region Mustang. Nie będziemy w stanie sprawić, by ludzie stamtąd nie wyjeżdżali. Mimo to ktoś taki jak Kunzom daje mi nadzieję. Od dziecka fascynowały mnie historie ludzi, którzy dokonywali wielkich rzeczy samotnie, nieracjonalnie, bo wierzyli, że to właściwa droga.
W filmie „Mur” o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej opowiedziałam z perspektywy aktywistów, garstki osób, które uznały, że muszą zrobić coś nieracjonalnego, ryzykując wszystko – i to wydarzenie zmieniło ich życie. Po dwóch latach wojny w Gazie, z nadzieją patrzę w przyszłość. Nie wszystko stracone, dopóki są ludzie, którzy działają. To dla mnie bohaterowie. Mam na myśli choćby tych, którzy wyruszyli do Gazy drogą morską, wioząc leki i żywność. Jedną z takich osób poznałam w zeszłym roku – przez internet, jak wielu innych aktywistów. To Vincenzo, Włoch, który pod koniec września wypłynął barką z Otranto w kierunku Gazy w towarzystwie lekarzy, prawników i dziennikarzy.