Szukaj

Siedem grzechów głównych rekinów biznesu

Lista rzeczy, których nie może robić człowiek sukcesu. Przynajmniej jeśli pracuje w biznesie. Opracowana z perspektywy dziennikarza.

Nieustannie spotykam się z prezesami, właścicielami firm, ludźmi biznesu. Ale czy są ludźmi sukcesu? Często sami poddają to w wątpliwość. Wystarczy spojrzeć na ich najprostsze zachowania. Oto moje zestawienie siedmiu podstawowych błędów powtarzanych przez nawet najwyżej postawionych menedżerów.

Jeżeli tak robisz, dajesz sygnał, że wcale nie jesteś pewny własnych osiągnięć, własnej wartości i własnych umiejętności. Warto zatem przemyśleć sprawę.

  1. Korpomowa

Zjawisko na szczęście trochę zanikające, przynajmniej na najwyższych szczeblach. Ale i tam mój rozmówca potrafi rozprawiać o adresowaniu problemów, działaniu oportunistycznym, relewantności, problemach organizacji i tak dalej. Pięć razy w jednym zdaniu mówić o kapeksie?! Czy to podkreśla menedżerski profesjonalizm? Ani trochę, świadczy o problemach z polszczyzną. Podobnie jak wciskanie na siłę angielskich słówek i zwrotów w sytuacji, gdy wszystko można bez problemów opowiedzieć po polsku.

Najgorsze jest przejęcie już wprost języka firmy czy korporacji. Miałem kiedyś przed sobą prezesa który żywo rozprawiał o „pasjonatach”, bo tak jego firma postanowiła określać pracowników obsługujących klientów. Były też na przykład „filie” – w miejsce sklepów. No i rozszerzający się zwyczaj nie odmieniania nazw firm – czyli pracuję w „Pewex”, a nie w „Peweksie”. To wszystko świadczy o tym, że nie ty jesteś liderem i budujesz sukces firmy, tylko korporacja lepi ciebie i to ona zadecyduje, czy odniesiesz sukces.

  1. Namolne przekonywanie o sukcesie własnym i sukcesie firmy

Zjawisko dosyć charakterystyczne dla start-upów, ale zdarza się i w większych firmach. Cóż, sprawa jest prosta – słuchacz bardziej ostrożny, doświadczony czy sceptyczny – od razu włączy czerwone lampy wobec takich dywagacji. I jeżeli będzie trzeba – sprawdzi firmę i chwalącego się menedżera. Na ogół będzie miał zresztą rację – 90 proc. tego rodzaju postaw przynależy do tzw. lewusów. Nie warto zatem być w grupie 10 proc. namolnych, ale uczciwych. Z pewnością i tak wzbudzisz wątpliwości rozmówcy.

  1. Lans na zajętość

„Jestem zajęty, gdyż jestem ważny” – w związku z tym spóźniam się, odwołuję, przekładam, skracam, wychodzę. Tylko to nie tak. Świadczy to wyłącznie o tym, że nie masz realnej kontroli nad firmą czy jej kawałkiem, który został ci powierzony i gdzie podobno odniosłeś sukces. Co więcej, tak niby świetnie prosperująca firma nie jest w stanie funkcjonować sama, bez prowadzenia za rączkę, w mniej lub bardziej chaotyczny sposób pożera uwagę i czas. A ten, który to obserwuje, może się zastanawiać czy ma do czynienia z prawdziwym menedżerskim sukcesem.

  1. Demonstrowanie władzy

Kolejne, na szczęście, raczej zanikające zjawisko. Byłem świadkiem wielu żenujących sytuacji – czołgania asystentek i asystentów, menedżerów, dyrektorów, doradców, a nawet członków zarządów przez prezesów z rozpędzonym ego. Powody były różne, ale zawsze niemerytoryczne: a to wynajęta limuzyna nie taka, a to apartament w hotelu nie ma odpowiedniego widoku, od biedy może też być zbyt długie przygotowywanie kawy. Oczywiście chodziło o pokazanie władzy, tego kto tu rządzi, pokazanie tego także mnie, dziennikarzowi, czyli gościowi w firmie. A dziennikarz sobie myśli: co z tym gościem jest nie tak, jaki problem sobie załatwia w ten sposób, czy musi tak leczyć kompleksy….

  1. Otaczanie się świtą

Osiemnaście. Tyle osób towarzyszyło prezesowi pewnej francuskiej państwowej firmy na spotkaniu z sześcioma polskimi dziennikarzami. Wrażenie dziwne, zwłaszcza, że z tej świty głos zabrało tylko dwóch dyrektorów. Reszta pilnie notowała, co jakoś tam przywoływało obrazki z Korei Północnej. No, ale przyjmijmy tę sytuację za ekstremum. Niemniej otaczanie się świtą, asystentami czy dyrektorami jest wysłaniem jasnego sygnału: nie jesteśmy pewni siebie i tego, co chcemy powiedzieć. Potrzebujemy pomocy ze strony innych. Czyli – nie do końca panujemy nad sytuacją.

  1. Gadżety i przepych
To zła wiadomość dla tych, którzy źle się czują bez zegarka za kilkadziesiąt tysięcy, torebki w podobnej cenie czy samochodu na widok którego publiczność powinna gwizdać z podziwu. Przestaje działać.

Transformację przechodzi sam biznes, gdzie powoli, bo powoli, obok zysku dla akcjonariuszy zaczyna się liczyć zysk dla społeczeństwa, transformację przechodzi też podejście do luksusu. Zaczyna liczyć się wartość dodana: jakieś przeżycie z tym związane, historia, pasja czy piękno. To staje się wyznacznikiem sukcesu, a nie miliony wrzucone w gadżet. Epoka epatowania gadżetami minęła, także w naszym kraju i naprawdę lepiej się nie pogrążać.

  1. Strong Man/Lady

Sprawa jest trudna. Z jednej strony tzw. aktywność fizyczna, oczywiście, jak najbardziej. Z drugiej jednak to, co potrafią wyczyniać ludzie biznesu może budzić głęboką nieufność. Sporty ekstremalne, przeżycia ekstremalne – co za tym stoi? To pytanie będzie zadawane tym częściej, im częściej będziemy się objawiali otoczeniu jako sportowi twardziele. Oczywiście, może to być całkowicie niewinne.

Ale nadmiar, przesada i w rzeczywistości, i w autopromocji, a co najgorsze – spojrzenie z góry na tych prowadzących mniej aktywny tryb życia, potrafi być zgubne. Rodzą się dosyć naturalne pytania: czy ten gość rzeczywiście jest taki twardy, czy chce coś przykryć, „zabiegać”. A że takich przypadków jest coraz więcej, lepiej postawić na umiar – jeżeli nie w sporcie, to przynajmniej w autopromocji.

Ilustracje: shutterstock

Zamknij
Zamknij