Po 16 latach i pięciu filmach Daniel Craig rozstaje się definitywnie z postacią Jamesa Bonda. Zrobił to we właściwym momencie. Jeszcze jeden film i wyglądałby karykaturalnie, jak Sean Connery w „Nigdy nie mów nigdy”, albo Roger Moore w „Moonrakerze”. Filmowo jest spełniony, finansowo też – za udział w „Nie czas umierać” zarobił aż 25 milionów dolarów.

Czytaj więcej

Po 15 latach Daniel Craig filmem „Nie czas umierać” kończy przygodę z rolą Jamesa Bonda.
Wstrząśnięty? Zmieszany? 007 ma problem z alkoholem. Czas na Bonda–abstynenta

Jak go zapamiętamy? Jako aktora – bardzo dobrze, dał odtwarzanej przez siebie postaci energię i siłę, której w poprzednich latach często brakowało. O urodzie nie będziemy dyskutować, ale po tylu latach chyba wszyscy przywykli już do blond włosów i niebieskich oczu Craiga.

Jest jednak coś ważniejszego. Era Daniela Craiga to być może największa zmiana, która dokonała się w całym uniwersum Jamesa Bonda. Ukoronowaniem tej zmiany jest właśnie „Nie czas umierać”, w którym nie oglądamy żadnej „Bond Girl”.

Scenarzyści filmów o agencie 007 przez kilka ostatnich dekad przyzwyczaili nas do tego, że w filmach głównemu bohaterowi towarzyszą młode, skąpo odziane partnerki, wpatrzone w niego jak w obrazek. Ich zadaniem jest dostarczanie Bondowi rozrywki, gdy jej potrzebuje. 007 był więc kimś w rodzaju Hugh Hefnera, tyle że z pistoletem i w smokingu, a nie w piżamie. W ostatnich latach stało się jasne, że seksistowskie zagrywki są anachronizmem i pora z nimi zerwać. James Bond nie potrzebuje kobiet w roli gadżetów i błyskotek.

To jedna z najbardziej uderzających zmian w „Nie czas umierać” – oprócz upływu czasu, który widać na coraz bardziej pomarszczonej twarzy Daniela Craiga. W nowym filmie nie ma w ogóle „dziewczyn Bonda”, nie znalazły się w scenariuszu. Najbliższa takiej postaci jest Ana de Armas, ale to tylko dalekie skojarzenia, bo grana przez nią postać agentki specjalnej jest silną kobietą, która radzi sobie (w dość karkołomny sposób wprawdzie) z armią oprychów podczas trudnej misji.

Bond obraca się wyłącznie w towarzystwie kobiet, a nie dziewczyn. Ma partnerki – dramaturgiczne, a nie manekiny do prezentacji skąpych ubrań. Kilkanaście lat temu, gdy Daniel Craig debiutował w roli agenta 007, to wcale nie było tak oczywiste. Dzisiaj postawienie na silne kobiety partnerujące Bondowi w misjach wydaje się jedynym rozsądnym posunięciem – do tego stopnia, że w czasie seansu „Nie czas umierać” człowiek zaczyna się zastanawiać, jak w ogóle mogliśmy uważać, że seksizm w dawnych filmach Bonda był fajny.