Tekst pierwotnie ukazał się w w papierowym wydaniu magazynu „Sukces” dostępnym dla prenumeratorów dziennika „Rzeczpospolita”.

W 1984 roku Keith Richards wyszedł z kolejnego odwyku. Mick Jagger był przekonany, że zespół The Rolling Stones należy tylko do niego, dlatego wymuszał na członkach grupy nagranie albumu osadzonego w trendach lat 80. – popowego, do tańca. Nie wyszło.

Wkurzył się. Nie bez powodu już na początku kariery przylgnęły do niego przydomki „diwa”, „szanowna pani”, „jej wysokość” albo po prostu „Brenda”. Najczęściej, do dzisiaj, wykrzykuje je za Jaggerem Richards. Nic dziwnego, panowie znają się od dziecka, 17 października 2021 roku świętowali 60-lecie przyjaźni. To wtedy, na peronie drugim stacji kolejowej w Dartford, zaczęli rozmawiać o muzyce na poważnie, a w ich głowach zaświtał pomysł założenia zespołu.

Kłótnie wybuchające między nimi przez lata również stały się elementem legendy Rolling Stonesów. I choć Richards w bestsellerowej autobiografii „Życie” napisał, że Mick „ma wielkie jaja, ale co z tego, skoro jednocześnie ma małego wacka”, co wywołało wściekłość kolegi, przyznaje jednocześnie: „Jagger nikogo nie słucha, prawie nigdy. Dlatego tak bardzo go kocham”.

Tym razem, w 1984 roku, Richards znów pokłócił się z wokalistą, sugerując, żeby zamiast uleganiu mijającym modom skupili się lepiej na korzeniach zespołu nie bez powodu będącego na szczycie od lat 60. To uraziło Jaggera, który podczas negocjacji kontraktu na nagranie nowej płyty Stonesów wywalczył jednocześnie umowę na swój solowy projekt. Na złość po kryjomu.

Gdy sprawa wyszła na jaw, tego samego dnia doszło do awantury. Zespół poczuł się zdradzony, co jeszcze bardziej skomplikowało napięte już stosunki. Keith wpadł na pomysł upicia Micka. A o to nietrudno – podobno wystarczy kilka drinków. Tak zaczyna się jedna z najzabawniejszych anegdot, jakie Stonesi powtarzają od lat, a której głównym bohaterem jest niedawno zmarły perkusista – bijące serce zespołu – Charlie Watts.

Ślubna marynarka i sierpowy perkusisty

„Let’s Spend the Night Together” (spędźmy tę noc razem – red.), mogło brzmieć zaproszenie Richardsa. I nadal kusiło, choć nie miało seksualnego podtekstu słynnej piosenki napisanej podobno, jak twierdzi prof. Piotr Szarota w książce „Londyn 1967”, po pierwszej upojnej nocy Micka z Marianne Faithfull (jego dziewczyną i ikoną swingującego Londynu lat 60.).

zByło chłodno, więc Keith Richards pożyczył Jaggerowi marynarkę, w której kilka miesięcy wcześniej brał ślub z modelką Patti Hansen. Późną nocą, po powrocie do hotelu, Keith podpuścił frontmana Stonesów, aby zadzwonił do śpiącego od kilku godzin Charlie'ego Wattsa. Mick ryknął do słuchawki: „Gdzie jest mój perkusista?”.

Charlie Watts podczas koncertu w Szwajcarii w 2010 roku.

Charlie Watts podczas koncertu w Szwajcarii w 2010 roku.

Poiseon Bild & Text (press photo by a photographer of the consulting company Poiseon AG in St. Gallen, Switzerland)), CC BY 2.0, Wikimedia Commons

Autopromocja
TYLKO U NAS

Ambasador Chin w Polsce Sun Linjiang o nowej ofercie współpracy Pekinu z Warszawą

CZYTAJ

Minęło dwadzieścia minut, nagle rozległo się pukanie do drzwi. To był Charlie w idealnie wyprasowanym garniturze z Savile Row, ogolony i skropiony wodą kolońską. Drzwi do pokoju otworzył mu Keith. Charlie minął go, kierując się w stronę Micka, następnie chwycił go za klapy pożyczonej marynarki i powiedział: „Nigdy więcej nie nazywaj mnie swoim perkusistą”.

Po tych słowach nastąpił tzw. sierpowy perkusisty, który ma taką siłę, że w skrajnych przypadkach może być śmiertelny. Watts powalił Jaggera na ziemię, po której ten zaczął się czołgać w kierunku otwartego okna, aby wyskoczyć na ulicę. Zatrzymał go Keith. Podobno tylko dlatego, że szkoda mu było marynarki. Charlie próbował jeszcze nastraszyć chojraka, ale dał za wygraną. To jeden z niewielu momentów, w których perkusista The Rolling Stones dał się sprowokować.

Słychać tylko uderzenia perkusji

W historii muzyki zapisał się jako jeden z najwybitniejszych rockmanów wszech czasów, o doskonałej, jazzująco-bluesowej technice gry. Jazzowa stylistyka Stonesom pasowała. W końcu sam Duke Ellington powiedział, że „rock’n’roll jest najbardziej hałaśliwą formą jazzu”.

Bez Charliego nie byłoby Stonesów, od zawsze powtarzali to wszyscy członkowie zespołu. Jednak kariera muzyka mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Na początku lat 60. Watts był grafikiem w agencji reklamowej Hobson and Grey na West Endzie. Grywał na perkusji, ale prawdziwych pieniędzy nie zarabiał muzyką. Gdy w końcu Mick, Keith i Brian (Jones, współzałożyciel Stonesów) namówili go, żeby dołączył do grupy, elegancki i nieugięty chłopak zażądał 5 funtów tygodniowej stawki. Chłopcy nie mieli tylu pieniędzy, ale nie mieli też innego wyjścia. Richards w „Życiu” wspominał: „Głodowaliśmy, żeby tylko mu zapłacić. Kradliśmy ze sklepów żarcie – dosłownie. Wszystko po to, żeby tylko z nami pozostał”.

Potem Watts niechętnie zrezygnował ze stałej pracy. Przekonał go dopiero kontrakt, który band podpisał z wytwórnią Decca w 1963 roku. Przez kolejne lata dawał się poznać jako ten najspokojniejszy, który po występach wraca prosto do hotelu. I jako ten, który prowadzi dziennik. Rysował w nim łóżka, w których sypiał w trasach. Pierwsze szkice powstały w 1967 roku. Uzupełniał je regularnie.

Dziś, podczas trasy No Filter, koncerty otwiera pusta scena. Słychać tylko uderzenia perkusji. Nad głowami fanów jawi się podobizna Charliego. Za perkusją zastępuje go Steve Jordan.

Śmierć Wattsa była wielkim zaskoczeniem. Jak to? Przecież Stonesi są nieśmiertelni. Bogowie nie umierają.

Chcieli zmieniać świat

Pierwszy koncert Rolling Stonesów, grupy młodych, głodnych muzyki i podziwu chłopaków pochodzących z całkiem dobrych domów, odbył się 12 czerwca 1962 roku w klubie Marquee na Oxford Street w Londynie. Gdy Brian Jones dodzwonił się do magazynu „Jazz News”, żeby zamieścić tam anons o tym właśnie występie, nie spodziewał się pytania: „jak się nazywacie?”. Kumple po prostu grali, kto przejmowałby się nazwą?

Na szczęście pod nogami leżała płyta Muddy’ego Watersa z wydrukowanym tytułem piosenki „Rollin’ Stone”. Niech będzie. Tym sposobem Brian Jones, Mick Jagger, Keith Richards, Bill Wyman, Ian Stewart i Charlie Watts, trochę przez przypadek, stali się toczącymi kamieniami.

The Rolling Stones podczas koncertu w Holandii w 1967 roku.

The Rolling Stones podczas koncertu w Holandii w 1967 roku.

Ben Merk (ANEFO), CC0, Wikimedia Commons

Muddy Waters był ukochanym bluesmanem Richardsa, Jaggera i Jonesa. Jego nagrania z lat 50. stały się absolutną podstawą dla ich pierwszych muzycznych prób. W tym czasie Wielka Brytania nie proponowała nic oprócz smutnych imitacji amerykańskiego rock’n’rolla. BBC kontrolowała wszystko, cały przemysł muzyczny miał być naśladownictwem wielkich, lecz już nie nowych – Elvisa Presleya i Buddy’ego Holly’ego.

Trudno było jednak starej gwardii zapanować nad dzieciakami urodzonymi w czasie wojny lub zaraz po, pierwszymi przedstawicielami pokolenia „Baby Boomers”. Nie chcieli tego, co ich rodzice. Chcieli wolności wyboru. Chcieli zmieniać świat. I lata 60. dały im tę możliwość.

Dzieci rewolucji? To oni są rewolucją

Stonesi zasłuchiwali się w czarną, amerykańską muzykę, blues, folk, trad jazz czy styl nowoorleański. I postanowili puścić tę fascynację w masowy obieg. To był początek. Już za chwilę mieli odmienić rodzącego się rock’n’rolla – muzykę buntu i rewolucji.

I choć z doświadczeń i perspektywy czasu wiemy, że rewolucja lubi pożerać swoje dzieci – tak było w końcu m.in. ze studentami z legendarnych majowych protestów paryskich 1968 roku czy hipisami – Stonesi układają się z nią całkiem dobrze. Dowód? Poważna reprezentacja generacji Z na ich koncertach. Generacji, która wzdryga się na sam dźwięk słowa boomer. Generacji wierzącej w prawdę i wyczuwającej (skutecznie) każdą próbę wciśnięcia kitu.

I choć rapy Maty, mimo że nadzwyczaj trafne, nie są skierowane do pokolenia jego taty, obaj świetnie odnaleźliby się na koncercie Rolling Stonesów. Dlaczego? Bo to muzyka prawdy, bez względu na to jak zuchwale to brzmi. Ich siła tkwi w zmienności, ale zawsze skupiającej się wokół jednej idei – bluesa, co udowodnili albumem z 2016 roku „Blue and Lonesome”, wracając do korzeni. Od początku byli inni niż wielcy Beatlesi, z którymi lubiła porównywać ich prasa. I kto przetrwał do dziś?

Koniec epoki czy nowy rozdział

Pokorze nigdy nie było ze Stonesami po drodze. Gdy prasa oskarżała ich o szerzenie degrengolady wśród młodzieży nieobyczajnym strojem i jeszcze paskudniejszymi długimi włosami, panowie zimą 1963 roku wykupili w jednej z gazet reklamę, życząc najwspanialszych świąt „wszystkim głodującym fryzjerom i ich rodzinom”. Zblazowany Jagger w 1969 roku, tuż po trudnym rozstaniu z Marianne Faithfull i śmierci przyjaciela z zespołu Briana Jonesa, wzruszał ramionami i powtarzał, że „czuje, że długo nie pożyje”. Nie były to łatwe wywiady i nie są do dziś. Choćby nie wiadomo jak frapujące pytanie zadał dziennikarz, Mick daje do zrozumienia, że się niecierpliwi, a jeszcze bardziej nudzi.

Stonesi wspólnie na scenie w 2015 roku.

Stonesi wspólnie na scenie w 2015 roku.

Jim Pietryga, CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons

W tym samym roku wydarzył się otwarty, darmowy koncert w kalifornijskim Altamont, podczas którego w rytm przeboju „Under My Thumb” ochraniający scenę członkowie gangu Hells Angels zasztyletowali czarnego studenta Mereditha Huntera. To wydarzenie miało być symbolicznym końcem epoki dzieci kwiatów, walki o pokój kwiatami wkładanymi do luf karabinów policji i wojska. Stonesom jednak otwierało kolejny rozdział kariery.

Ich królewskie mości

„Lata 60. były czasem niepokoju, agresji”, pisał Richards w autobiografii. „Przemoc na ekranach, spalenizna. Wietnam nie był wojną, jakiej się mogliśmy spodziewać. To było coś zupełnie nowego”. Stonesi też byli nowi. Wiedzieli, jak przyciągać wzrok skandalami – ich aresztowań za posiadanie narkotyków trudno zliczyć, ale panowie lubili też zaskakiwać modowo.

Pomagały w tym kobiety, wspomniana już Faithfull i jej przyjaciółka, nazywana przez wielu kolejnym członkiem zespołu, modelka i aktorka Anita Pallenberg, partnerka Richardsa. To ona jest odpowiedzialna za nonszalancki styl zespołu. To z jej szafy Jagger i Richards (oprócz Wattsa, ten wolał Savile Row) wyciągali najbardziej szalone stylizacje. A jeśli czegoś brakowało, znajdowali je w butiku z rzeczami vintage na Portobello Road, zwanym „I was Lord Kitcheners Vallet”. „Odpowiedni kostium pozwala ci się zmienić w performera”, mawia Jagger. Nic dziwnego, że dziś Harry Styles powtarza stylizacje starszego kolegi po fachu. A jego okładkowa sesja inspirowana Mickiem dla brytyjskiego magazynu „Another Man” sprawiła, że nakład na całym świecie wyprzedał się w 24 godziny.

Królowie życia. Ale zanim Jaggerowi królowa Elżbieta II na początku nowego milenium wręczyła tytuł honorowy, z którego do dziś kpi Richards, Mick nazywał władczynię „naczelną wiedźmą” i twierdził, że „anarchia to jedyny przebłysk nadziei”. W 2016 roku, podczas otwarcia wystawy Exhibitionism w londyńskiej Saatchi Gallery, sir Jagger mówił już inaczej: „Najpierw ich szokujesz, a potem wpychają cię jako eksponat do muzeum”.

Bomba poetyckiej impresji

Stonesi, czyli ci źli. Lubili grać w tę grę. Szczególnie gdy przeciwstawiano ich tym dobrym – Beatlesom. Chodzenie pod prąd wyszło im na dobre, co w naukowym opracowaniu „The Cambridge Companion to the Rolling Stones” wyjaśnili Victor Coelho z uniwersytetu w Bostonie i John Covach z Uniwersytetu Rochester. Stonesi według nich są wciąż na topie, bo ich fenomen wpłynął na zmiany w muzyce i kulturze. Za życia stali się ważną częścią historii muzyki. Uczestniczyli od początku w muzyce, nie tylko adaptowali się do nowych trendów. I nigdy nie odwrócili się (mimo kilku prób Micka) plecami do swoich rock’n’rollowych i bluesowych korzeni.

The Rolling Stones w 1965 roku, jeszcze z Brianem Jonesem i Billem Wymanem w składzie.

The Rolling Stones w 1965 roku, jeszcze z Brianem Jonesem i Billem Wymanem w składzie.

London Records, domena publiczna, Wikimedia Commons

Siła The Rolling Stones rośnie. Słuchając ich kolejnych płyt, płyniemy na nowej francuskiej fali, docieramy do „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa. Za każdym razem odkrywamy kolejne lądy. Jack Hamilton, amerykański profesor medioznawstwa i krytyk popkultury, twierdzi, że to dzięki Stonesom doszło do najważniejszego piku w muzyce popularnej w latach 1968–1972. M.in. dzięki ich płycie „Beggars Banquet”, którą otwiera piosenka „Sympathy for a Devil”, zainspirowana właśnie wspomnianą powieścią Rosjanina, którą podarowała Mickowi Marianne Faithfull. W złowieszczym tekście wyrażającym sympatię dla samego diabła słyszymy o Lucyferze będącym majętnym mężczyzną dobrego gustu, żebrakach, uzależnionych, wyrzutkach, groupies, trubadurach. Grzesznicy stają się tu świętymi, a policjanci kryminalistami (30 lat później powstanie piosenka „New York City Cops” The Strokes, w której również oskarża się policjantów).

Muzycznie? Blues, country, r’n’b, folk, gospel, a nawet elementy tradycyjnego angielskiego chóru. Zachwycili tym samego Jeana-Luca Godarda, który nakręcił film z prób zespołu. Jack Hamilton określa obraz Francuza obserwacją powstawania piosenki jako metafory marksistowskiej ulicznej anarchii.

Duet Jagger/Richards to prawdziwa bomba poetyckiej impresji. Mieszanka ta działa od lat. Richards poszukuje korzeni muzycznych, Jagger ma niezawodną intuicję, przekracza kolejne granice.

Zawsze idą własną ścieżką

To, że Stonesi są największym zespołem rockowym wszech czasów, jest twierdzeniem trudnym do obalenia. Kształtowali istotne dla popkultury dekady lat 60. i 70. Byli pierwszym zespołem, który pokazał własne logo – język autorstwa Johna Pasche’a, który zgarnął za nie 50 dolarów. Zdjęcie na pierwszą płytę robił im Nicholas Wright, drugą fotografował wielki David Bailey. „Najlepsze było to, że ubierali się jak modni ludzie na ulicy”, wspominał fotograf. Potem sesjami zajął się Helmut Newton, a okładkami m.in. Andy Warhol. W tym samym czasie Beatlesi współpracowali z Richardem Hamiltonem i Peterem Balkiem.

Bowie przyznał, że na początku kariery naśladował ruchy sceniczne Jaggera (które Mick wymyślił zainspirowany wybitnym tancerzem Rudolfem Nuriejewem). Prince latami żałował, że to nie on był autorem kawałka „Miss you”. Johnny Depp stylizował się na Richardsa nie tylko w filmie „Piraci z Karaibów”.

Brytyjczycy nie grają na nutach nostalgii, jak robi to wiele zespołów lat 60. i 70. – nie trzeba daleko szukać, choćby Fleetwood Mac (zresztą doskonały). Są współczesnym fenomenem, czego dowodzą całkowicie wyprzedane występy. I świetnie sprzedające się płyty, nawet te wznawiane, jak niedawna „Tattoo You” (Universal Music).

Zawsze idą własną ścieżką. Jeśli zechcą dać darmowy koncert, dają go na plaży Copacabana, gdzie ogląda ich 1,5 miliona osób. Łatwo przychodzi im odmawianie – Mick już wielokrotnie odrzucił 5 milionów funtów wynagrodzenia za prawa do autobiografii, odpowiada jedno: „Nie pamiętam wystarczająco dużo z dawnego życia, żeby to opisywać”. Jeśli angażują się w projekty charytatywne, to na własną rękę. Są ciężkimi rozmówcami, trudno wyciągnąć z nich konkretne deklaracje. Narkotyki i alkohol rzucili wtedy, gdy sami o tym zdecydowali. Wood, gdy obliczył, że wydał na nie 20 milionów funtów. Richards przestał przyjmować koktajle z kokainy i heroiny, nazywane przez niego pieszczotliwie „śniadaniem mistrzów”, dopiero w 2006 roku, gdy spadł z palmy na próbie przed koncertem na Fidżi. „Każdy musi kiedyś wydorośleć”, skomentował.

Jakie to uczucie być od sześciu dekad na szczycie? Raczej niewyobrażalne. W niedawnym wywiadzie, którego Jimmy Page udzielił „The Times”, twórca Led Zeppelin – zespołu, o którym mówiło się w latach 70. jako o największym zespole świata – gorzko stwierdził, że dzisiaj grupa nie miałaby szans zaistnieć. A Stonesi? Przeciwnie. To jest wciąż ich czas.

Bob Dylan w wywiadzie dla „El Mundo” powiedział, że „Stonesi to największy zespół rock’n’rollowy świata i zawsze nim pozostanie. Jednocześnie to ostatni z wielkich. Wszystko, co przyszło po nich – metal, rap, punk, new wave, pop-rock – można odnaleźć w Stonesach. Byli pierwsi i będą ostatnimi, nikt nie zrobił niczego lepszego od nich”. A z noblistą nie wypada się nie zgodzić.