Wywiad pierwotnie ukazał się w drukowanym wydaniu magazynu „Sukces”, dodatku dla prenumeratorów dziennika „Rzeczpospolita”

Na lekkoatletycznym rozbiegu Maria Andrejczyk jest skupioną, pozbawioną emocji mistrzynią, która perfekcyjnie włada oszczepem. Kilka lat wystarczyło, by stała się jedną z największych gwiazd światowej lekkoatletyki, dzisiaj jest zawodniczką rozpoznawalną na całym świecie. Na sesji zdjęciowej do magazynu „Sukces” z kolei błyskawicznie przeistacza się w modelkę. Nie ma w niej odrobiny onieśmielenia, na planie zdjęciowym czuje się pewnie i swobodnie. Nawet gdy okazuje się, że to nie będą zwykłe zdjęcia w studiu, bo wychodzimy w plener, a dookoła naszej ekipy cały czas kręcą się przechodnie i bacznie obserwują kobietę z oszczepem.

Maria jest w swoim świecie – tak samo skupiona jak na rozbiegu przed rzutem. Zdarzyło mi się widzieć, jak ludzie, którzy regularnie występują przed dziesiątkami tysięcy fanów, na sesji zdjęciowej na widok aparatu tężeją, tracą cały luz i pewność siebie. Tymczasem na Marii obecność fotografa nie robi wrażenia. Jest tą samą kobietą, którą widzimy podczas transmisji z mistrzostw świata czy igrzysk – skupioną, pewną siebie. Jest sobą.

Sukces: Maria czy Majka?

Maria Andrejczyk: Raczej Majka. Od dziecka nie cierpiałam imienia Maria, sprawiało, że czułam się stara. Moja instruktorka harcerstwa uznała, że Maria to za poważne imię dla mnie, a Majka brzmi bardziej „harcersko”. Po pewnym czasie tak się do tego imienia przyzwyczaiłam, że nawet przedstawiałam się tak ludziom, rodzice do dzisiaj tak do mnie mówią.

Na stadionach widzimy Marię – poważną, kamienną, pozbawioną emocji.

MA: Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, ale mam czasem wrażenie, że moje imię sprawia, że muszę czuć się poważniej. Rzeczywiście w trakcie startów staram się nie pokazywać emocji. Nie mam potrzeby zachowywać się jak małpa w cyrku, nie muszę się drzeć. Chcę pokazać, co potrafi moje ciało, a dodatkowe atrakcje w postaci okrzyków mi nie pasują. Znajomi po fachu wielokrotnie radzili mi: „Krzyknij, oszczep poleci dalej”. To jednak tak nie działa. Umiejętności wolę pokazać poprzez nienaganną technikę i wysoką formę wypracowaną na treningach, zamiast tworzyć wokół hałas.

Ile metrów ma rozbieg do rzutu oszczepem?

MA: Pięć oszczepów i dwie stopy na odwodzenie – czyli bieg w przekładance, prawie jak taniec w balecie – i pięć oszczepów i pięć stóp na nabieg. Łącznie jakieś dwadzieścia pięć metrów.

O czym myślisz, kiedy zaczynasz rozbieg?

MA: Im mniej się myśli, tym lepiej, wtedy włącza się automatyzm. Umysł człowieka w trakcie wykonywania danej czynności jest w stanie skupić się na dwóch, maksymalnie trzech elementach. Jeśli wiem, że wszystko jest okej, że treningi, które wykonywałam, były bardzo dobre, to skupiam się tylko na odpaleniu rakiety.

Mówisz do swojego oszczepu?

MA: Nie personifikuję przedmiotów, dla mnie to nieuzasadnione. Parę razy to robiłam, ale to był objaw stresu, potem wyrzucałam sobie takie zachowanie. Czasem coś tam sobie rzucę pod nosem: „dawaj”, „leć”, ale zdarza się to bardzo rzadko. Mam współgrać z oszczepem, a on ze mną, to ma być piękna harmonia i wspólny taniec. Na rozbiegu wspólnie tworzymy sztukę.

Gdy jestem zmęczona, bardzo tęsknię za rodziną, ale wiem, że nie zrobię postępów w sporcie, siedząc na kanapie otoczona kotami.

Maria Andrejczyk

Kiedy po raz pierwszy miałaś oszczep w dłoni?

MA: Moja przygoda ze sportem zaczęła się od siatkówki, to moja wielka miłość i tak pozostanie. W trakcie zawodów szkolnych dostrzegł mnie mój obecny trener, bo tak się złożyło, że wygrałam wtedy wszystkie konkurencje. Zaprosił mnie na treningi i sprawdzał, do czego się nadaję. Okazało się, że mam predyspozycje do rzucania oszczepem. Wbrew pozorom to nie siła jest tu istotna, lecz szybkość i skoczność. Miałam te cechy, ale byłam tak zwanym nieoszlifowanym diamentem. Gwarancji sukcesu też nie było, wszystko zależało od tego, jak ciężko będę pracować.

Sporty dzielą się na męskie i kobiece?

MA: Sport przede wszystkim jest niesamowicie brutalny dla wszystkich i tego trzeba się nauczyć.

Z czego bierze się ta brutalność?

MA: Na początku pokazywano mi sport przede wszystkim jako fajną zabawę, ale gdy weszłam do świata rywalizacji zawodowców, przekonałam się, jak jest naprawdę. Ból towarzyszy sportowcom każdego dnia – nieważne, czy chodzi o kontuzje, zakwasy czy intensywny trening. Mówię o bólu fizycznym, ale jest też ból psychiczny – cały czas zastanawiasz się, czy robisz wszystko właściwie, myślisz o tym, dlaczego mimo ciężkiej pracy nie dostrzegasz postępów. Dookoła ciebie są ludzie, którzy cię wspierają, ale też tacy, którzy zrobią wszystko, byś miał pod górkę. Na początku mojej sportowej kariery sama trafiałam na ludzi, którzy wcale nie życzyli mi dobrze. Przed wyjazdami na zgrupowania płakałam, pakując walizkę. Dzisiaj myślę, że byłam traktowana nie fair, ale miałam poczucie, że tak musi być. Musiałam przejść tę szkołę życia, by nabrać charakteru. Brutalność kształtuje nas jako sportowców. Trzeba zacisnąć zęby i walczyć o siebie.

Ten brutalny świat jest jeszcze bardziej okrutny dla kobiet?

MA: Na pewno – jestem przekonana, że wiele osób myśli sobie: „Ona jest kobietą, więc jest słabsza, mniej potrafi”. Nigdy się na to nie godziłam, uwielbiam rywalizację z mężczyznami, lubię pokazywać im, że się mylą. Kobiety mają trudniej właśnie dlatego, że wciąż pokutuje myślenie, iż jesteśmy słabsze.

Nie ma powodu, żeby kobiety miały ciężej. Nie powinno tak być.

MA: Zgadzam się. Ale czy powinnyśmy się nad sobą użalać? Nie – powinnyśmy walczyć, pokazywać, że jesteśmy równe mężczyznom, a w niektórych sytuacjach być może nawet lepsze. Nie lubię uogólniać i stosować stereotypów, ale na pewno kobiety nie powinny robić z siebie ofiar.

Radek Polak

Lubisz rywalizację, to słychać. To cecha wrodzona czy efekt treningu?

MA: Można się tego nauczyć. Na początku kariery przed każdymi zawodami miękły mi kolana. Mam wrażenie, że jestem bardzo emocjonalną osobą, to nigdy mi nie pomagało, ale teraz wiem, że to może być moja broń. Od dziecka byłam „harpaganem”. Mam czwórkę młodszych braci, w naszych zabawach zawsze pojawiał się element współzawodnictwa, ale gdy zderzyłam się ze światem sportu, w którym rywalizuje się na serio, a nie dla zabawy, poczułam zwątpienie. Po jakimś czasie jednak zrozumiałam, że wcale nie jestem taka słaba.

Jak wytrenowałaś swój umysł?

MA: Gdy stawiałam pierwsze kroki w sporcie zawodowym, zdawałam sobie sprawę, że jest coś takiego jak trening mentalny czy praca z psychologiem, ale nie brałam tego pod uwagę. Nie byłam w pełni świadomą zawodniczką, ale żaden sportowiec taki nie jest na początku, to przyszło z czasem. Uważałam, że tego nie potrzebuję. Sporo się zmieniło po druzgocących dla mnie wydarzeniach, czyli chociażby operacji barku po igrzyskach w Rio. Wtedy ból był tak ogromny, że nie mogłam nawet podnieść ręki. Najpierw uznałam, że to kolejna z wielu kontuzji, ale ból wlókł się miesiącami. Po kolejnym rezonansie magnetycznym okazało się, że popękany jest obrąbek w moim barku. To był szok: miałam dwadzieścia lat, a mój obrąbek wyglądał jak u weterana wojennego.

Im bardziej jestem wykończona treningowo, tym bardziej czuję, że żyję. Zmęczenie to dla mnie frajda.

Maria Andrejczyk

Kogo winiłaś za ten zniszczony obrąbek?

MA: Jestem typem osoby, która na początku zawsze szuka winy u siebie, więc dostrzegłam elementy, o które nie zadbałam. Wiedziałam jednak, że to nie do końca moja wina, bo nie byłam świadoma problemu. Świadomy był za to trener, ale on z kolei zdawał sobie sprawę, z czym wiąże się sport na tak wysokim poziomie. Zawiniło wiele rzeczy: choćby brak wiedzy przy wykonywaniu ćwiczeń czy błędna technika.

Dopiero po operacji i długim powrocie do zdrowia zrozumiałam, że mój organizm jest bardzo kruchy i muszę trenować cztery razy ciężej niż inni, by móc osiągać sukcesy i zachować zdrowie. Frustracja rosła we mnie, bo nie mogłam wrócić do zdrowia. To była równia pochyła, dopiero po czasie dotarło do mnie, że doświadczyłam wtedy stanów depresyjnych. Zdarzały się dni, gdy nie byłam w stanie wstać z łóżka. Wracałam z treningu i szłam spać, zapominając nawet o prysznicu, choć to całkowicie wbrew mnie. Moi bliscy byli bezradni, nie wiedzieli, jak mi pomóc.

Jak z tego wyszłaś?

MA: Uznałam, że jeśli nie pomoże mi profesor Jan Blecharz, psycholog sportowy, to nie będę w stanie wrócić do treningów, nie byłam już w stanie sama znaleźć rozwiązania. Zaczęliśmy współpracować, bywało różnie, ale poprzez pracę wróciła motywacja. Ciężko znosiłam odcięcie od rywalizacji. To moja największa miłość. Kocham walczyć, uwielbiam zawody. Kiedy mi to odebrano, zniknęła radość z treningów, a nie masz pojęcia, ile przyjemności może dawać taka głupia rzecz. W sezonie 2016 regularnie rzucałam powyżej 62 metrów.

Dwa lata później zaczęłam starty od 52 metrów, miałam też gorsze wyniki. Byłam piąta na mistrzostwach Polski, choć wcześniej na igrzyskach zajęłam czwarte miejsce. To był bodziec, którego potrzebowałam. Dzięki temu doświadczeniu zmieniłam się, odżyłam. Zaczęłam robić po trzy jednostki treningowe dziennie, do tego fizjoterapia, rehabilitacja i współpraca z psychologiem. Pomyślałam, że nawet jeśli wszyscy się ode mnie odwrócą, będę trenować, choćby w lesie, ale wrócę. Tak właśnie zrobiłam i bardzo się z tego cieszę. Te trudne momenty ukształtowały mój charakter. Dzisiaj wierzę w swoją moc i sprawczość, bo wiem, że pokonałam samą siebie, a to była najtrudniejsza walka w moim życiu.

Kilka lat temu powiedziałaś w wywiadzie: „Gdy myślę o igrzyskach w Rio, uśmiecham się”. A co myślisz o Tokio?


MA: Że chcę tam wrócić (śmiech). Na igrzyskach wykonałam swoją pracę. Uwierz, że mogło być dużo gorzej. Niewiele osób wie, jak fatalnie wszystko mogło się potoczyć, gdy- bym nie walczyła.

Masz na myśli problemy ze zdrowiem?

MA: Tak, ale przed finałem dopadł mnie też gigantyczny stres, więc to cud, że w ogóle dałam radę stanąć do rywalizacji. Ludzie nie mają pojęcia, przez co wtedy przechodziłam. Wiem, że w Tokio wykonałam dwieście procent normy, i bardzo się z tego cieszę.

Sport jest brutalny, ale kobiety nie powinny się nad sobą użalać. Powinnyśmy walczyć. 

Maria Andrejczyk

Czym jest dla ciebie mistrzostwo?

MA: Dla każdego zawodnika to słowo oznacza coś innego. Jednym wystarczy medal i mogą kończyć karierę spełnieni jako sportowcy. Inni chcą się zapisać w historii sportu, chociażby jak Paweł Fajdek, zdobywca czterech złotych medali mistrzostw świata. Osiągnęłam już parę mistrzostw, takich, których nikt nie był w stanie dostrzec. O pełni mistrzostwa będę mogła powiedzieć, gdy po latach treningów i zawodów w zdrowiu uznam: osiągnę- łam to, co chciałam. Wtedy będę spełniona.

Masz w głowie wynik, który nie daje ci spać?

MA: Są takie liczby, bo nie odnosi się to tylko do metrów uzyskanych w trakcie rzutu, ale nie mówię o tym głośno. Poza tym – jestem ciekawa, ile mój organizm będzie w stanie osiągnąć i na co mnie stać. Mój cel jest w sferze marzeń i intryguje mnie, czy dam radę go zrealizować. Wiem, jakie mam możliwości oraz nad czym muszę po- pracować. Jestem też świadoma, że nie na wszystko mam wpływ. Często w trakcie zawodów dochodzą czynniki zupełnie niezależne: na przykład inna nawierzchnia na stadionie albo warunki atmosferyczne, które wpływają na tor lotu oszczepu. Czekam więc spokojnie na ten idealny dzień, wtedy poczuję, że to jest właśnie ta chwila na to, by zapisać się w historii.


Ile dni w ciągu roku jesteś poza domem?

MA: Nie liczę, ale co roku jest ich więcej. Rekordowy był miniony sezon, wtedy wyjeżdżałam na trzy, cztery tygodnie. Wracałam na cztery, pięć dni, głównie po to, żeby zrobić pranie. Początki były bardzo trudne, ciężko było mi wyjeżdżać, wychodzić poza strefę komfortu, poznawać nowych ludzi. Bardzo się stresowałam, ale miałam też poczucie, że robię coś dla siebie, więc trzeba dorosnąć i się przełamać. Z czasem zaaklimatyzowałam się w świecie sportu, chociaż przyznaję, że na początku nie przyszłoby mi do głowy, że będę profesjonalnie rzucać dzidą (śmiech). Gdy jestem poza domem, bardzo tęsknię za rodziną, ale wiem też, że nie zrobię postępów w sporcie, jeśli będę siedzieć na kanapie otoczona kotami. Mam w głowie swoje cele, chcę osiągnąć bardzo dużo i wiem, że to wymaga poświęceń. Dlatego teraz przed wyjazdami pakuję się z przyjemnością, wyjeżdżam, żeby uczyć się czegoś nowego, by dotrzeć tam, gdzie doszło niewielu, a być może jeszcze nikt.

Mam współgrać z oszczepem, a on ze mną. To ma być harmonia. i piękny taniec. Wspólnie na rozbiegu tworzymy sztukę

Maria Andrejczyk

Czego ci najbardziej brakuje?

MA: Jestem straszną masochistką. Na zgrupowaniach zazwyczaj mam wszystko, czego potrzebuję. Im bardziej jestem wykończona treningowo, tym bardziej czuję, że żyję. Zmęczenie jest dla mnie frajdą, a właśnie zbliża się okres treningowy, który kocham. Czeka mnie dużo pracy, zaczynamy robić „bazę” pod sezon 2022. To będzie parę miesięcy ciężkiej harówki. Uwielbiam momenty, gdy po trzech treningach w ciągu dnia nie mam już siły wstać. Nie da się opisać satysfakcji, jaka mi wtedy towarzyszy. Ale gdy do zmęczenia fizycznego dochodzi zmęczenie mentalne, wtedy rzeczywiście myślę o powrocie do domu, do rodziny, bliskich lub po prostu o tym, by mieć przy sobie kota czy psa. Zwierzęta sprawiają, że czuję się domowo.

Mimo to widzę, że stwardniałam przez ostatnie lata. Na początku, gdy było źle, myślałam: muszę wrócić do domu, tam wszystko będzie dobrze. Tak się nie da, trzeba wziąć byka za rogi i walczyć. Minione lata dużo mnie nauczyły i obecnie podczas długich wyjazdów nie odczuwam już tęsknoty czy pustki – jestem tu, gdzie powinnam być, i robię wszystko, by stać się jedną z najlepszych na świecie. Nie ma miejsca na niepotrzebne emocje.

Czego się obawiasz?

MA: Nie chcę kolejnych poważnych kontuzji, takich jak ta, która wydarzyła się w tym roku, po moim rekordowym rzucie, gdy bark nie wytrzymał przeciążeń. Planuję osiągnąć wielkie rzeczy w sporcie i chcę, żeby mój organizm wytrzymał. Na szczęście na razie nie czuję, by coś mogło mnie zahamować. Obawy zawsze będą. To dobrze, dzięki nim do wszystkiego podchodzimy rozsądniej. Niech strach będzie, ale nie chcę, żeby znacząco wpływał na moje życie.

Co dalej?

MA: Jako dziecko marzyłam, by być malarką. Dzisiaj wolny czas poświęcam na projektowanie wnętrz, bo to kocham, uwielbiam też rysować. Wspaniale byłoby poświęcić się sztuce, ale zarazem z każdym rokiem rośnie we mnie przekonanie, że chcę zostać w sporcie. To największa część mojego życia, dzięki lekkoatletyce poznałam przyjaciół. Mam wiele pomysłów, ale nie chcę na razie o nich mówić. Teraz wszystko ustawione jest pod moją karierę sportową. Dużo czasu zabrały mi kontuzje, więc teraz chcę czerpać ze sportu garściami. Jestem zbyt głodna sukcesu i rywalizacji, żeby myśleć o tym, co przyniesie przyszłość.