Tekst ukazał się pierwotnie w papierowym wydaniu magazynu „Sukces”, dostępnym dla prenumeratorów dziennika „Rzeczpospolita”

Anji Rubik do założenia fundacji SEXED.PL wystarczył impuls. Zosia Zochniak swoją aktywność na rzecz odpowiedzialnej konsumpcji mody poprzedziła dokładnym researchem. W przypadku galerzystki Marty Kołakowskiej promowanie młodych artystów było efektem konsekwentnie obranej drogi zawodowej. Każda z naszych bohaterek zaczynała od pomysłu, który dał początek ważnemu projektowi. Dlaczego postanowiły działać? 

Edukacja seksualna łączy, a nie dzieli

Anja Rubik, top modelka, aktywistka i filantropka. Założycielka fundacji SEXED.PL

Adam Pluciński

Sześć lat temu obserwowałam miliony ubranych na czarno ludzi protestujących na ulicach przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Czułam jednocześnie dumę z tego, że potrafimy się tak zjednoczyć, i przerażenie. Jak to możliwe, że nasz kraj doszedł do takiego momentu? Przemawiałam na czarnych protestach, poznawałam tam seksuologów i psychologów, i to właśnie rozmowy z nimi otworzyły mi oczy – najpierw na problem legalności aborcji.

Zaczęłam interesować się tym, jak wygląda prawo aborcyjne w innych krajach i jak na tym tle wypada Polska. Szybko zorientowałam się, że nie tylko aborcja jest u nas tematem tabu. Wszystko, co związane z seksem, jest zamiatane pod dywan! Po marszu kobiet zaczęłam robić research. Odbyłam dziesiątki rozmów z seksuologami i zrozumiałam, jak ogromnym problemem jest brak rzetelnej wiedzy na temat naszego ciała i naszej seksualności.

Mogę coś z tym zrobić

Cały świat mówi o konieczności i potędze edukacji. Dlaczego więc tak rzadko rozmawiamy o edukacji seksualnej? Dobrze, że w szkole uczymy się twierdzenia Pitagorasa – to pewno rozwija nasz mózg. Ale czy tę wiedzę o trójkątach prostokątnych wykorzystamy w życiu? Większość z nas raczej nie. Za to wiedza, jak prawidłowo założyć prezerwatywę, będzie potrzebna prawie każdemu i może nawet uratować nam życie.

Przez tysiące lat seks był częścią naszego życia. Przecież jesteśmy tutaj, każdy z nas, z powodu seksu. Ta sfera dotyczy każdego, jest integralną częścią życia i nie da się jej tłumić. Ma wielkie znaczenie dla naszego samopoczucia, zdrowia i psychiki. 

Anja Rubik

Tymczasem stan wiedzy młodych ludzi o seksie jest tragiczny. Według Instytutu Badań Edukacyjnych tylko co drugi młody człowiek stosujący antykoncepcję wie, jak ona działa. 60 proc. dziewczynek nie wie, kiedy ma owulację. Masturbacja wciąż przedstawiana jest jako coś złego, a o świadomej zgodzie na seks obydwu stron mówi się dopiero od niedawna. Pomyślałam, że nie mogę tego tak zostawić. Że mam głos i mogę coś z tym zrobić.

13 odważnych osób

Dzisiaj tematy związane z seksualnością są bardzo popularne, ale sześć lat temu nikt nie chciał ich poruszać. Pierwszą kampanię #sexedpl z hasłem „Cała Polska zacznie mówić o seksie” wymyśliłam w jeden wieczór. Byłam akurat na festiwalu w Cannes, poszłam na pokaz filmu „Sto dwadzieścia uderzeń serca”, który opowiada o sytuacji osób chorych na HIV pod koniec lat 90. Wirus zbiera swoje żniwo, bo rząd nie chce o nim informować i badać. Wyszłam z niego poruszona, bo dostrzegłam analogię do tego, co działo się w Polsce.

Archiwum prywatne

Zaczęłam szukać medialnych osób, które odważyłyby się powiedzieć o seksie przed kamerą. Nie mogłam dać im nic poza obietnicą, że ta akcja nie przejdzie bez echa. Nie zliczę, ile z nich mi odmówiło. „To jest bardzo ważny temat, ale dla mnie zbyt ryzykowne. Dla mojej kariery, kontaktów…”, „Wstydzę się mówić o seksie” – słyszałam. Trzynastu osobom, które miały odwagę wystąpić przed kamerą, będę zawsze wdzięczna, bo to dzięki nim udało się coś zmienić. Zainteresowanie kampanią przeszło moje wyobrażenia. Filmiki „Cała Polska zacznie mówić o seksie” miały ponad dziesięć milionów kliknięć.

Realne wsparcie

Dostałam setki wiadomości na Instagramie. Bardzo osobistych, opisujących, w jaki sposób kampania wpłynęła na czyjeś życie. Usłyszałam historie nastolatków, którzy wreszcie poczuli, że mogą zrobić coming out, kobiet, które zdobyły się na odwagę, aby opuścić agresywnego partnera, i rodzin, które obejrzały te filmy razem i po raz pierwszy zaczęły rozmawiać o seksualności.

Dzień po wyemitowaniu filmu zachęcającego do zrobienia testu na wirusa HIV laboratoria pełne były ludzi. Zdałam sobie sprawę, że #sexedpl nie może być tylko akcją hasztagową, o której po kilku dniach wszyscy zapomną. Musi mieć kontynuację i dawać młodym ludziom realne wsparcie.

Seksualność ma wpływ na wszystko

Fundacja SEXED.PL, która wspólnie z ekspertami i ekspertkami z zakresu seksuologii i psychologii tłumaczy młodym ludziom, dorosłym oraz rodzicom zagadnienia związane z seksualnością, powstała z potrzeby znalezienia praktycznego rozwiązania dla problemu braku edukacji seksualnej. Bez niej nie będziemy w stanie zbudować bezpiecznego, równego, tolerancyjnego społeczeństwa. I tu nie chodzi o moje osobiste przekonanie – to pokazują badania naukowe! W państwach, które w sposób rzetelny uczą swoich obywateli o seksie i seksualności, spada przemoc, a wzrasta samoakceptacja i zadowolenie z życia.

Seksualność ma wpływ na wszystko, co nas dotyczy. Na to, czy lubimy siebie, a co za tym idzie – na decyzje, które podejmujemy. Na to, jakie związki budujemy i jakimi jesteśmy rodzicami. Na nasze zdrowie, świadomość własnego ciała, a także na bezpieczeństwo.

Anja Rubik

Mamy 2022 rok, przyszłość świata jest uzależniona od wyborów, których dziś dokonujemy. Jak możemy decydować o losach świata, wybierać liderów politycznych czy przeciwdziałać globalnemu ociepleniu, skoro nie jesteśmy w stanie zrozumieć podstawowych rzeczy: jak funkcjonuje nasze ciało, jak tworzyć zdrowe związki, jak akceptować siebie?

Jak uczyć kolejne pokolenia

Wychowałam się głównie poza Polską, ale czuję się Polką. Bez względu na to, gdzie mieszkaliśmy, mówiliśmy po polsku, czytaliśmy polską literaturę i podtrzymywaliśmy polskie tradycje. Jestem patriotką i nie wstydzę się tego. Nie czuję się ważniejsza od jakiegokolwiek obywatela Polski, ale czuję na sobie odpowiedzialność dołożenia swojej cegiełki do budowania świadomego społeczeństwa. A jak uczyć kolejne pokolenia budowania zdrowych społeczności, jeśli nie uczymy dzieci o ich ciałach, osobistych granicach, zgodzie i bezpiecznym seksie?

Nie jestem rodzicem, ale tak jak my wszyscy byłam kiedyś dzieckiem, a potem nastolatką. Moje dzieciństwo było pełne miłości, ale moi rodzice, choć obydwoje są lekarzami weterynarii, nie rozmawiali ze mną o seksie i dojrzewaniu. W szkole też o tym nie mówiono – wszystko sprowadzało się do jednej lekcji, podczas której katechetka opowiadała o zaletach kalendarzyka jako metodzie antykoncepcji. Wciąż pamiętam, jak wiele wątpliwości miałam w tamtym czasie i jak bardzo potrzebowałam wsparcia.

Dobrze się ze sobą czuć

Przeraża mnie, że mimo upływu czasu młodzi ludzie w Polsce wciąż czują to, co ja kiedyś. Dlatego powstała Fundacja SEXED.PL. Polska jest statystycznie najgorszym krajem w Europie, jeśli chodzi nie tylko o dostęp do antykoncepcji, ale też wiedzę o niej.

Różnica pomiędzy nami a mieszkańcami innych krajów, np. Stanów Zjednoczonych, Holandii lub Szwecji, w kwestii akceptacji siebie czy otwartości w mówieniu o seksie jest gigantyczna. Ich podejście jest zdecydowanie zdrowsze, pozbawione wstydu i poczucia winy.

Anja Rubik

U nas powoli zmienia się to na lepsze, ale w naszej mentalności wciąż jeszcze brakuje pozytywnego podejścia: lubię siebie, dobrze się ze sobą czuję, coś mi się udało. W SEXED.PL próbujemy to zmienić. Wspiera nas w tym wiele osób, bo choć fundację zainicjowałam ja, to jej sukces jest sukcesem lekarzy i edukatorów, którzy dzielą się z nami swoją wiedzą, ale też wolontariuszy, którzy nas wspierają, i wszystkich, którzy nam pomagają w swoim wolnym czasie. SEXED.PL od pierwszych momentów jednoczy ludzi we wspólnej idei. To dowód na to, że edukacja seksualna może nas łączyć, a nie dzielić.

Sprawdzam, co jest na początku łańcucha

Zosia Zochniak, przedsiębiorczymi, pomysłodawczyni i współzałożycielka portalu foundraisingowego UbraniaDoOddania.pl

Archiwum prywatne

Jeszcze kilka lat temu miałam dwa postanowienia: że nigdy nie będę miała własnej firmy i nigdy nie będę miała dzieci. Dziś mam dwie córki i firmę zatrudniającą 160 osób. Wywodzę się z domu, w którym panował kult pracy, a miarą sukcesu było to, ile zarabiasz. Wiedziałam, że jeśli chcę się realizować, czytaj: dużo zarabiać, muszę wyjechać do Warszawy. I tak zrobiłam. Dostałam pracę w spółce deweloperskiej. Miałam dwadzieścia kilka lat i robiłam zawrotną, jak na swój wiek i brak doświadczenia zawodowego, karierę. Zarządzałam 20-milionowym budżetem inwestycyjnym, podpisywałam umowy, ogłaszałam przetargi. Raz spędzałam czas na budowie, a raz negocjowałam z PGNiG.

Pracowałam siedem dni w tygodniu po kilkanaście godzin dziennie, ale wtedy nie miałam poczucia bycia częścią „kultury zapierdolu”, bo w zamian dostawałam niezłe pieniądze, ogromne zaplecze networkingowe, wiedzę i obycie w biznesie. Po ponad dwóch intensywnych latach doszłam do ściany: wielki projekt, za który odpowiadałam, został ukończony, dalsze plany były w zawieszeniu, a mnie zabrakło wyzwań.

Królowa Primarka

W tamtym czasie żyłam na konsumpcyjnym haju. Uważałam, że zakupy to przywilej bogatych. No, bo kogo, jeśli nie bogatego, stać na kilkanaście par butów! Często latałam do znajomych do Londynu, byłam tam królową Primarka [popularnej brytyjskiej sieciówki – przyp.]. Właśnie w Londynie pewnego dnia wyjęłam ze skrzynki na listy tzw. charity bag – torbę na niepotrzebne ubrania, które później „przekazywane” są potrzebującym. Pomyślałam: „Świetny pomysł! Oddam potrzebującym kilka par butów i będę mieć miejsce na nowe”. Ale przy okazji zaczęłam drążyć temat: jak ten mechanizm oddawania rzeczy fundacjom działa?

Dowiedziałam się, że zbiórkami odzieży używanej nie zajmują się fundacje, tylko firmy, które płacą im za posługiwanie się ich logotypem. Że zebranymi rzeczami po prostu handlują. I że Brytyjczycy kupują najwięcej ubrań w Europie, a Polska jest na pierwszym miejscu odbiorców odzieży używanej z Wielkiej Brytanii (po nas jest Ghana).

Zosia Zochniak

Jaki świat zostawię córce?

Pomysł Ubrań Do Oddania, portalu foundraisingowego realizującego zasady w pełni cyrkularnego drugiego obiegu odzieży, rodził się, gdy byłam w ciąży ze starszą córką. Często zastanawiałam się, jaki mam wpływ na przyszłość dziecka, które egoistycznie sprowadzam na ten świat. Zaczęłam interesować się funkcjonowaniem branży odzieżowej. Wiedziałam, że pracując z tym, co konsumenci uznali za niepotrzebne, jesteśmy jako Ubrania Do Oddania na końcu „łańcucha”.

Zainteresowało mnie więc, co jest na początku. Nie miałam pojęcia, że sektor mody produkuje 100 miliardów sztuk ubrań rocznie dla niespełna 8 miliardów ludzi. Że odpowiada za prawie 10 procent globalnych emisji CO2. Że istnieje etyczny i nieetyczny handel odzieżą używaną z krajami afrykańskimi, a na świecie są regiony, w których ludzie nadal pracują niewolniczo na polach bawełny. Wiedziałam, że rynek pierwszo- i drugoobiegowej odzieży to wielki biznes w Wielkiej Brytanii. Ale jak działa w Polsce? Nikt nie potrafił mi powiedzieć.

Po pierwsze: transparentność

Razem z Tomkiem Bocianem, moim partnerem w życiu i w biznesie, przez rok robiliśmy research. Kiedy prosiliśmy Ministerstwo Środowiska, WIOŚ (Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska) i GIOŚ (Główny Inspektorat Ochrony Środowiska) o statystyki, słyszałam tylko: „Droga pani, zgodnie z ustawą odpady tekstylne wrzuca się do odpadów zmieszanych”. Nie było danych, bo nikt ich nie zbierał!

Cała nasza wiedza opierała się na kilku wywiadach z przedsiębiorcami z tej branży oraz informacji, że kontenerów z logo PCK w Polsce jest 80 tysięcy, a second-handów – 30 tysięcy (dla porównania – dziś sklepów Żabka w całym kraju jest 8 tysięcy!). Szybko poukładaliśmy z Tomkiem klocki i stwierdziliśmy, że jest potencjał do zrobienia rewolucji.

Planowaliśmy stworzyć narzędzie umożliwiające fundacjom transparentną współpracę z firmami przetwarzającymi odzież używaną. Tyle że te firmy nie były zainteresowane ujawnianiem, ile zbierają ubrań i ile na tym zarabiają. Były za to chętne, żeby odkupić od nas te, które my zebraliśmy – najlepiej za gotówkę. Pomyśleliśmy, że skoro tak, to te rzeczy nie są bezwartościowe.

Musimy sprzedać wasze ubrania

Zaczęliśmy zaglądać do pudeł, które piętrzyły się w garażu. Były tam ubrania używane, ale w idealnym stanie, i nowe, jeszcze z metkami. Znanych marek i „no name’ów”. Takie, w których wystarczyłoby zacerować małą dziurę, by posłużyły jeszcze kilka lat, i złożone w kostkę, jakby ktoś przełożył je do pudła prosto z półki. Patrzyłam na te rzeczy i myślałam, że albo się poddam, albo pokażę, że można w tym sektorze pracować etycznie i transparentnie.

Od pierwszego dnia funkcjonowania Ubrań Do Oddania otwarcie mówię ludziom, jak to działa: aby móc ponieść koszty logistyczne ich przesyłki, utrzymać portal i wpłacić całą kwotę do wybranej przez nich fundacji, musimy ich ubrania sprzedać. Jeśli tego nie zrobimy, bo np. będą wysyłać nam dla żartu kamienie, to upadniemy.

Zosia Zochniak

Zmuszać branżę do zmian

Nie schowaliśmy naszego magazynu za murem – każdy może przyjechać i go zobaczyć. Tłumaczę, w jaki sposób oceniamy jakość ubrań, które trafiają do naszych butików cyrkularnych. Opowiadam, co robimy z ewentualnym odpadem, kto go od nas odbiera i co z tym dalej robi. Uświadamiając ludziom, że ubrania, które wrzucają do kontenerów lub oddają podczas zbiórek, nie trafiają do potrzebujących, odarliśmy całą tę branżę z tajemniczości. Przez cztery lata działalności bez żadnego budżetu na marketing i reklamę przekazaliśmy współpracującym z nami organizacjom pozarządowym prawie 1,2 miliona złotych.

Kiedyś kupowałam tony ubrań, a kiedy mi się znudziły, oddawałam je siostrze i koleżankom. Dziś każdą rzecz zużywam do końca, a moje dzieci mają po jednym zestawie na każdy dzień tygodnia. Wciąż lubię segregować ciuchy na sortowni. Przez moje ręce przechodzą tony ubrań – i to dosłownie, choć dziś moją misją w Ubraniach Do Oddania jest budowanie świadomości ludzi, że to oni decydują swoimi pieniędzmi, w jakim kierunku będzie się zmieniać branża odzieżowa.

Ubrania Do Oddania pomagają branży mody sprzątać po sobie, ale rewolucja nie polega na tym, żeby zmusić firmy do ujawnienia, w jaki sposób działają. Rewolucja polega na tym, żeby uczyć konsumentów, że ich wybory zakupowe mają wpływ na środowisko, a wymagając jakości, transparentności i odpowiedzialności za łańcuch dostaw, będą zmuszać branżę odzieżową do zmian.

W zgodzie ze sobą

Gdybym miała wymienić tylko jedną rzecz, którą mi dały Ubrania Do Oddania, byłaby to 100-procentowa akceptacja siebie. Z ogromnym sukcesem udało mi się wyjść z zamkniętego koła udawania kogoś, kim nie byłam. Nie dbam o to, co ktoś o mnie pomyśli, i nie muszę już raz w miesiącu ani doczepiać rzęs, ani robić makijażu, żeby odezwać się do 140 tysięcy ludzi na Instagramie. Jestem dowodem na to, że można nie gonić za trendami, pokazywać się „brzydką”, chodzić w dresach na spotkania biznesowe, a jednocześnie być ekspertką ONZ ds. strategii Unii Europejskiej na rzecz zrównoważonych wyrobów włókienniczych o obiegu zamkniętym – inicjatywy sekretarza generalnego ONZ. Albo rozmawiać z wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej na Europejskim Forum Nowych Idei, będąc ubraną w używane rzeczy znalezione w naszym second-handzie.

Świadome decyzje zakupowe

Moją jedyną motywacją są moje córki. Chcę im pokazać, że można iść pod prąd, mówić i robić, co tylko się chce. Chcę je nauczyć, że jeśli będą stały mocno przy własnych przekonaniach, to będą spełnione i szczęśliwe.

Nakręca mnie świadomość, że to, co robię, działa.

Zosia Zochniak

Niedawno pewna kobieta napisała, że dzięki mnie całą wyprawkę dla swojego pierwszego dziecka zrobi z rzeczy z drugiego obiegu. To mi daje większe poczucie satysfakcji niż wszystkie nagrody, jakie dostałam. Chciałabym móc przypisać sobie taką zasługę, że każdy, kto kupuje ubranie, nie ogranicza się do patrzenia, czy jest ładne, tylko zagląda do środka: czyta skład, przelicza koszt zakupu tego ubrania przez ilość potencjalnych razy, kiedy je założy. Świadome decyzje zakupowe są po prostu uwalniające. I nie ma znaczenia, czy robisz to, by ratować planetę, czy swój portfel.

Na moich oczach tworzy się historia

Marta Kołakowska, właścicielka Galerii LETO – jednej z najważniejszych galerii prywatnych na polskiej scenie sztuki współczesnej

Radek Polak

W prowadzeniu galerii, tak jak w rozwijaniu swojego stylu przez artystę, ważne są dwie cechy: cierpliwość i konsekwencja. Moja droga jest właśnie konsekwencją wielu wydarzeń. Od dziecka byłam otoczona sztuką. Wychowałam się w Niepołomicach, przesiąkniętym renesansem miasteczku, z zamkiem myśliwskim, który był letnią rezydencją wielu polskich królów, i z gotyckim kościołem, w którym oglądało się „Tańce śmierci”, nagrobki autorstwa Santiego Gucciego, gdy barokowe organy huczały, wygrywając pieśni.

Po studiach z historii sztuki w Krakowie przeniosłam się do Warszawy. Najpierw pracowałam w dziale oświatowym w Zachęcie, później w domu aukcyjnym Polswiss Art. Miałam do czynienia ze wspaniałymi prywatnymi kolekcjami. Zdarzały się wśród nich takie, które po raz pierwszy poddawano publicznej prezentacji, i takie, które przez lata uchodziły za zaginione. Obcowanie z dziełami sztuki dwudziestolecia międzywojennego czy École de Paris było fantastyczne, ale cały czas miałam poczucie, że czegoś mi brakuje – kontaktu z artystą.

Świadomość, że z moich rozmów z takimi artystami, jak Honza Zamojski, Radek Szlaga, Angelika Markul czy Maurycy Gomulicki, powstały koncepcje, które oni chcą realizować, jest czymś fantastycznym. Kiedy mogę swoimi kontaktami i środkami finansowymi uczestniczyć w projektach młodych, nieznanych artystów, a potem widzę tego efekt, to mam wrażenie, że na moich oczach tworzy się historia. Nie da się tego porównać ze sprzedażą na rynku wtórnym, gdy ktoś przynosi obraz do sprzedania, osiąga on niewiarygodnie wysoką cenę i wszyscy się cieszą, że padł kolejny rekord. A tak naprawdę nie wnosi to niczego ciekawego do historii polskiej sztuki.

W trosce o artystów

Ciągle zapomina się, że artyści nie są błękitnymi ptakami, które nie potrzebują strawy. Potrzebują, a galerie prywatne stają się dla wielu z nich jedynym źródłem utrzymania. Od tego, na ile wierzymy w tych, których reprezentujemy, zależy bardzo dużo – nie tylko czy mają wsparcie finansowe, ale też emocjonalne, bo czasem na sukces czeka się latami.

To sprawia, że osoby, które widzą w prowadzeniu galerii potencjał na łatwy biznes, mogą się bardzo rozczarować. To interes, do którego prawie zawsze się dokłada, bardzo rzadko się coś zwraca, a jeśli już, to inwestuje się te środki w dalszy rozwój.

Marta Kołakowska

Rynek sztuki współczesnej w Polsce jest bardzo młody, prywatne galerie funkcjonują dopiero od wejścia Polski do Unii Europejskiej. Wciąż mamy więc czasy pionierskie, kiedy dopiero budujemy swoje małe marki. Galeria LETO, która reprezentuje m.in. Angelikę Markul, Maurycego Gomulickiego, Aleksandrę Waliszewską i Radka Szlagę, działa od 15 lat. Kiedy zaczynałam, w 2007 roku, po chwili był wielki krach w USA. Od tamtej pory co roku zaskakują nas jakieś niespodziewane sytuacje, jak ostatnio pandemia i wojna w Ukrainie. Nigdy nie wiem, co się wydarzy za chwilę, a jednak jesteśmy w stanie przetrwać. A dzięki nam są w stanie przetrwać nasi artyści.

Nie patrząc w Excel

Model polskiej galerii jest bardzo romantyczny. Galerie prywatne na Zachodzie wierzą w Excel, wyznacznikiem sukcesu są dla nich tabelki. Ja w tabelki nie patrzę, ponieważ projekty czasem przynoszą korzyści dopiero po dwóch, trzech latach. Inwestuję w to, co jest autentyczne, silne i przekonujące. Jeśli się zwróci, to wspaniale. Jeżeli nie – następnym razem zastanowię się dwa razy.

Intuicja jest w tym zawodzie bardzo ważna, ale nigdy nie decyduję się na współpracę z artystką lub artystą od razu.

Marta Kołakowska

Najpierw przez rok lub dwa obserwuję incognito, czy dana osoba jest zdeterminowana, żeby się rozwijać. Przyglądam się, co dzieje się z jej twórczością, gdy dostaje wsparcie. To, co artysta chce zakomunikować, i w jaki sposób to robi, jest superważne. Jeżeli nie ma nic do powiedzenia, to choćby był najzdolniejszy technicznie w malowaniu, jego prace będą nijakie, miałkie i pozbawione treści.

Ważny jest też brak lęku przed podjęciem ryzyka i przyzwolenie na porażkę. Osiąganie tylko sukcesów jest w przypadku artysty bardzo niebezpieczne. Trzeba od czasu do czasu się potknąć, żeby później być jeszcze lepszym. Galerzysta musi być czujny i cierpliwy i to obserwować – jeśli albo on, albo twórca nastawieni są na szybki rezultat, to prawie nigdy nic z tego nie wychodzi.

Wiedzieć, co się dzieje

Maurycego Gomulickiego, Aleksandrę Waliszewską czy Alex Urban, z którymi pracuję, poznałam kilkanaście lat temu. Wtedy robiłam research, szukałam. Teraz mam bardzo mocną grupę artystów i coraz mniej jestem nastawiona na odkrywanie nowych. Ale jestem bardzo czujna. Chodzę na wystawy, oglądam portfolia, a przede wszystkim słucham rekomendacji moich artystów, którzy mają bliższy kontakt z młodszym pokoleniem. Dzięki takiej właśnie rekomendacji natrafiłam na arcyzdolną artystkę Lerę Dubitskayę. Lubię wiedzieć, co się aktualnie dzieje, ale żeby się zdecydować na współpracę, muszę mieć tej młodej osobie coś do zaoferowania. To ogromna odpowiedzialność, żeby artysta nie był rozczarowany i nie czuł się zawiedziony albo wykorzystany