– Od zawsze chcieliśmy przede wszystkim mieszkać w pałacu, a nie prowadzić typowy obiekt hotelowy – mówią Kinga Zabokrzycka i Tomasz Kwaterski, którzy 20 lat temu kupili zrujnowany obiekt w Gruszowie, a następnie odrestaurowali go i już od ponad 10 lat zapraszają w progi swojego domu gości poszukujących na urlopie niestandardowych wrażeń.

Tym, co wyróżnia obiekt spośród wielu innych, są nie tylko wyjątkowe wnętrza i otaczająca budynek zieleń, ale przede wszystkim charakter odpoczynku, którego można tutaj zażyć.

– Każdy, kto chce nas odwiedzić i pyta o to, co oferujemy, słyszy, że najważniejszą atrakcją Gruszowa jest brak atrakcji – opowiada Kinga Zabokrzycka. – To nie znaczy, że nie ma co robić. Stawiamy jednak na ciszę i spokój. W pokojach nie ma telewizorów. Nie organizujemy też hucznych wesel czy spotkań integracyjnych. Jeśli komuś zależy na większym przyjęciu, jest możliwość wynajęcia pałacu na wyłączność. Wciąż zdarza się jednak, że potencjalny gość dzwoni z pytaniem, czy w tym naszym pięknym zabytkowym parku można by np. zagrać w paintball lub rozpalić ognisko… Odpowiedź zawsze jest taka sama – dodaje.

Historia Pałacu Gruszów na Dolnym Śla

Właściciele Pałacu Gruszów od początku, czyli od 2006 r. – wtedy sfinalizowali zakup posiadłości – mieli jasno określony cel, jeśli chodzi o jego przeznaczenie. Chcieli w nim mieszkać i wykorzystywać tak, aby nie trzeba było dokładać do jego utrzymania.

– Architekt, z którym na początku współpracowaliśmy, od razu powiedział, że jeśli chcielibyśmy z tego żyć, konieczne będzie dobudowanie sali, w której można by organizować duże przyjęcia i powiększenie przestrzeni noclegowej – wspomina Tomasz Kwaterski. – Nie chcieliśmy tego i wciąż nie chcemy. Zależy nam na czymś innym i jesteśmy szczęśliwi, że na razie udaje nam się spełniać marzenie.

Foto: Pałac Gruszów

Myśl o tym, aby mieszkać w pałacu, pojawiła się w głowach właścicieli Gruszowa bardzo dawno. Obiekt, o którym mowa, nie był pierwszym, który nabyli z myślą o odrestaurowaniu i utrzymywaniu. Kilka lat wcześniej kupili zabytkową kamienicę we Wrocławiu, w której po remoncie została zaaranżowana przestrzeń biurowa. Mając już te doświadczenia, Kinga i Tomasz coraz intensywniej rozglądali się za swoim wymarzonym miejscem do życia. Mieli na oku m.in. poniemiecką willę we Wrocławiu, ale ostatecznie – zupełnie przypadkowo – trafili na posiadłość w Gruszowie.

– Mąż był na targach nieruchomości i tam dostał folder z ogłoszeniami – wspomina Kinga. – Zakreślił trzy spośród nich. Po kolei jeździliśmy oglądać obiekty. Gruszów nie był pierwszy na liście, ale kiedy go zobaczyliśmy, od razu wiedzieliśmy, że to jest to. Jestem emocjonalna i trudno mi ukrywać to, co czuję, ale mąż poradził mi, żebym ostudziła swój zachwyt i zagrała „brak przekonania”. Posłuchałam go. W środku byłam wulkanem zauroczenia i radości, a „na zewnątrz” marudziłam – opowiada.

W momencie zakupu budynek był w opłakanym stanie, choć na pewno w lepszym niż gdy lata wcześniej nabywała go inwestorka z Belgii. To ona wykonała prace zabezpieczające budynek przed dalszym niszczeniem – między innymi uszczelniono i częściowo przełożono dach.

Foto: Pałac Gruszów

Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku pałac został przekazany prywatnemu właścicielowi przez ówczesne władze województwa wałbrzyskiego jako rekompensata za mienie pozostawione na wschodzie. Budynek, który kupili obecni właściciele, był już trzecią wersją tego, co istniało wcześniej. Pierwsze zapisane wzmianki o posiadłości pochodzą z 1830 r. Swoją siedzibę szlachecką wzniosła wtedy rodzina von Dresky – prawdopodobnie na miejscu starszego historycznie założenia. Wskazują na to elementy kamieniarki użyte wtórnie przy budowie, obszerne fundamenty pałacu oraz prowadzący z piwnicy tunel ucieczkowy. Z przekazu potomków rodziny wiadomo, że pierwsza rezydencja spaliła się w okresie 1832-1840, ale została szybko odbudowana, a następnie, w 1903 r., rozbudowana. To wtedy rezydencja stała się reprezentacyjnym budynkiem pałacowym w stylu neorenesansowym. Do rejestru zabytków zarówno pałac, jak i przypałacowy park zostały wpisane 8 listopada 1980 r.

Pałac Gruszów. „Gdy go kupowaliśmy, był w opłakanym stanie”

– Obiekt nas zachwycił i od razu dostrzegliśmy w nim potencjał, ale trzeba podkreślić, że w środku nie było zupełnie nic, żadnych elementów wyposażenia – mówi Tomasz Kwaterski. – Wiedzieliśmy, że to, co zostało, chcemy odrestaurować, nie wymieniać na nowe. Tak zrobiliśmy ze sztukateriami. Jakimś cudem udało się je zachować, bo zostały zdjęte i złożone w jednym miejscu. Ponownie je instalując, oczywiście nie odtworzyliśmy zapewne pierwotnych ułożeń, ale to nic. Fakt, że w ogóle udało się je wykorzystać, to już bardzo dużo – wyjaśnia.

Remont pałacu trwał 9 lat. W tym czasie nowi właściciele nieustannie kursowali między Niemcami – tam Tomasz prowadził jeszcze swoją firmę działającą w branży telekomunikacyjnej, Wrocławiem i Łodzią – Kinga jest aktorką i grała m.in. w tamtejszym teatrze. To był intensywny okres.

Sala balowa.

Sala balowa.

Foto: Pałac Gruszów

– Najtrudniejsze były dwa pierwsze lata po zakupie – wspomina Tomasz. – Mieliśmy problem ze znalezieniem wykonawców w ogóle, a takich, którzy wpisywaliby się w nasz plan działania – szczególnie. Z jednej strony mieliśmy szczęście, bo nie śpieszyliśmy się i mogliśmy sobie pozwolić na rozciągnięcie całego procesu w czasie, ale z drugiej – wymagało to wyjątkowej cierpliwości. Nie będzie żadną przesadą, jeśli powiem, że pracownicy, których zatrudnialiśmy, uczyli się swojego fachu razem z nami i odpowiadając na nasze oczekiwania. Owszem, pewnie można było zrobić to wszystko w 3 lata i być może wydalibyśmy mniej, ale nam zależało na czymś innym – na dbałości o szczegóły i jak najwierniejszym odtworzeniu dawnego klimatu tego miejsca – mówi.

Kinga i Tomasz w bardzo ograniczonym zakresie korzystali z pomocy architekta. Specjalistka, z którą współpracowali na początku, powiedziała, że decyzja o zakończeniu współpracy to dobry krok, bo gdy klient tak dokładnie zna swoje potrzeby i jasno stawia wymagania, architekt jest właściwie niepotrzebny.

– Tworzymy z mężem sprawnie działający tandem – podkreśla Kinga Zabokrzycka. – On jako inżynier i menedżer dobrze radził sobie z kwestiami techniczno-logistyczno-prawnymi. Ja – estetka z natury i zamiłowania – zarządzałam resztą. Poza tym oboje dbamy o szczegóły i uparcie dążymy do celu. To bardzo nam pomogło. W ogóle się nie kłóciliśmy w okresie trwania remontu. To może wydawać się niewiarygodne, ale tak było – podkreśla.

Sala kominkowa.

Sala kominkowa.

Foto: Pałac Gruszów

– Praca na budowie była o tyle wdzięczna, że za każdym razem, gdy się na niej pojawialiśmy, było widać, że coś się zmieniło – dodaje Tomasz. – To dawało mi – jako menedżerowi – poczucie sprawczości i odmienności w stosunku do działania na innych polach biznesowych. W firmie najpierw trzeba zrobić długofalowy plan, a potem czekać na jego rezultaty, które często przychodzą powoli. Tutaj było inaczej i dlatego mówię, że uczestnictwo w takim projekcie można uznać za pewnego rodzaju terapię dla menedżera – wyjaśnia.

Kupili pałac na Dolnym Śląsku. Teraz to ich dom

Właściciele mówią, że jednym z powodów, które sprawiły, że budynek tak bardzo im się spodobał, jest wyjątkowy układ jego pomieszczeń. Na parterze znajdują się obecnie sale reprezentacyjne: kominkowa, barowa i koncertowo-teatralna. Ta ostatnia zyskała swój charakter niespełna rok temu. Pierwsze piętro mieści prywatną część właścicieli oraz drugi apartament, a na kolejnej kondygnacji jest jeszcze kilka komfortowo urządzonych pokoi.

Jeden z apartamentów w pałacu.

Jeden z apartamentów w pałacu.

Foto: Pałac Gruszów

– Do pandemii nie narzekaliśmy na brak gości – mówi Tomasz. – Po niej branża turystyczna nadal nie wróciła do „stanu sprzed”. Zmieniła się nie tylko liczba klientów, ale także sposób rezerwacji obiektów. Wiele osób podróżuje spontanicznie. Czasy, w których pełne obłożenie w sezonie było zaplanowane pół roku wcześniej, to przeszłość. Obecnie działamy od kwietnia do września. Utrzymanie obiektu zimą w pełnej gotowości na przyjęcie gości byłoby bardzo kosztowne – wyjaśnia.

Właściciele Pałacu Gruszów podkreślają wyjątkową rolę ludzi, którzy towarzyszyli im w tworzeniu tego miejsca, wspierali w realizacji planu, a także tych, którzy goszczą w rezydencji.

– Przede wszystkim: od 20 lat jest z nami opiekun pałacu, pan Andrzej – mówi Kinga Zabokrzycka. – Śmiejemy się, że kupiliśmy budynek z nim i mamy nadzieję, że na zawsze razem zostaniemy. Później nic by się nie udało, gdyby nie kolejni fachowcy – mistrzowie swoich dziedzin – których cudem znajdowaliśmy i którzy z nami współpracowali. Wyjątkowi są także nasi goście. Dla wielu jesteśmy stałą przystanią. Znamy się, przyjaźnimy. Odwiedzają nas już nie tylko jako właścicieli obiektu hotelowego – choć to określenie pałacu nie jest właściwe, bo to po prostu nasz dom, w którym podejmujemy odwiedzających – ale osoby, z którymi ma się osobistą relację. No i wreszcie: rodzina. Bliscy od początku wspierali nas w decyzji o zakupie i renowacji. Dodawali wiary, że wszystko się uda. Zresztą, nam tego przekonania nie brakowało. Oboje wyrośliśmy w rodzinach, w których konsekwencja w działaniu była wartością. W ciągu tych 9 lat, w których trwał remont, nie mieliśmy chwil zwątpienia, bo jesteśmy nauczeni, że jeśli powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B, a potem – kolejne litery alfabetu. Oczywiście, że wszystko kosztowało więcej wysiłku i nakładów finansowych, niż zakładaliśmy, ale to nie powód, by się wycofać, jeśli chce się spełnić marzenie – opowiada.