Reklama
Rozwiń
Reklama

W teatrze nikt nie umiera za dawne grzechy

Gdy w finale Mozartowskiego arcydzieła Hubert Zapiór zawieszony jak cyrkowiec wysoko pod kopułą sceny wykonuje w powietrzu brawurowe salta, to teatralna magia w Berlinie nadal działa, choć Komische Oper nie jest już artystyczną wizytówką komunistycznej NRD.
Hubert Zapiór jako Don Giovanni w spektaklu Kiriłła Sieriebriennikowa w berlińskiej Komisce Oper

Hubert Zapiór jako Don Giovanni w spektaklu Kiriłła Sieriebriennikowa w berlińskiej Komisce Oper

Foto: Frol Podlesnyi/Komische Oper

Nigdy może nie powstałaby Komische Oper, gdyby nie sowiecki generał w okupowanym Berlinie i przede wszystkim Austriak Walter Felsenstein, który zainfekował opartą na śpiewie sztukę operową wirusem prawdziwego teatru. Przed nim, co prawda, inni starali się tego dokonać, ale to jego spektakle sprawiły, że terminu „opera” zaczęto używać wymiennie z innym – „teatr muzyczny”.

Kiedy Komische Oper przyjechała w 1969 r. na występy do Warszawy, guru powojennej krytyki teatralnej w Polsce, Konstanty Puzyna swoją recenzję z przedstawień berlińskiego zespołu zatytułował wówczas „Teatr nie z tej ziemi”. I napisał, że to najświetniejszy na świecie teatr muzyczny, w którym „każdy szczegół działa z precyzją zegarka. W polskim bałaganie, w ciągłej improwizacji, teatr Felsensteina jest po prostu nieosiągalny, to zjawisko niedzisiejsze, nierealne, niemożliwe”.

Pozostało jeszcze 95% artykułu

-50% na pakiet subskrypcji RP.PL z NYT!

Skorzystaj z wiosennej promocji i ciesz się dwoma dostępami do najbardziej zaufanych źródeł informacji.

Promocja dotyczy rocznej subskrypcji pakietu RP.PL z The New York Times.

Kliknij i przejdź do szczegółów

Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama