Jest pani przewodniczącą jury konkursu głównego Mastercard Off Camera, więc nie możemy jeszcze rozmawiać o filmach pokazywanych na festiwalu. Chciałabym jednak panią spytać o kino artystyczne. Od czasu pandemii zmienił się sposób obcowania widzów z filmami, gwałtownie rozwinął się streaming. W kinach bronią się głównie amerykańskie blockbustery. Jakie szanse dotarcia do widzów mają produkcje trudniejsze, artystyczne?

Sytuacja arthouse'owego kina rzeczywiście jest na rynku trudna. Nawet produkcjom z poważnymi nagrodami na polskich i światowych festiwalach niełatwo jest zdobyć widzów. Nasze rodzime tytuły są wypierane przez amerykańskie, a mamy przecież filmy, które pokazują naszą rzeczywistość, mają walory artystyczne i edukacyjne, przeprowadzają widzów przez trudne tematy. I warto budować wokół nich dobrą atmosferę. 

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Bez tajemnic - poznaj program 19. edycji Mastercard OFF CAMERA

Jadowska: kiedy byłam dzieckiem, Grażyna Torbicka prowadziła w TV cykl „Kocham kino”

 To znaczy?

Myślę, że ważną rolę mają tu do odegrania programy telewizyjne i radiowe. Potrzebne są dyskusje o sztuce filmowej. Bardzo też potrzeba wsparcia i zachęt ekonomicznych do promowania polskiego kina. Podobno w PISF-ie są plany stworzenia takiego programu. To już dzisiaj konieczność, bo z drugiej strony mamy bardzo ogromnie silnych konkurentów: platformy streamingowe czy amerykańskie blockbustery o potworach i superherosach. 

Uważam, że zbiorowe doświadczenie kinowe jest ogromnie ważne dla utrzymania między ludźmi jakiejś więzi. Dla stworzenia wspólnego kodu kulturowego, którym się wszyscy posługujemy.

Anna Jadowska

 Nie wierzy pani w dobrą dystrybucję kina artystycznego w streamingu?

Wierzę, ale ona powinna następować po okienku festiwalowo-kinowym. Ja wychowałam się w kinie, w którym z innymi widzami siedziało się w ciemnej sali i razem, w skupieniu, kontemplowało się film. Głębi takiego przeżycia nie da się porównać do oglądania filmu w domu – najczęściej na ekranie komputera albo wręcz smartfona. A to jest generalne popandemiczne zjawisko. I nie wiem, czy ten proces można jeszcze zatrzymać. Ale uważam, że zbiorowe doświadczenie kinowe jest ogromnie ważne dla utrzymania między ludźmi jakiejś więzi. Dla stworzenia wspólnego kodu kulturowego, którym się wszyscy posługujemy.

 Wychowała się pani na dolnośląskiej wsi. Pani dzieciństwo przypadło na lata 80. To już z tamtego czasu pochodzi pani zainteresowanie kinem? 

Kiedy byłam dzieckiem, Grażyna Torbicka prowadziła w telewizji cykl „Kocham kino”. Tam oglądałam filmy mistrzów. Najbliższe kino było w Oleśnicy. Widziałam w nim „Terminatora”. Ale pamiętam też na przykład seans „Dzikości serca” Lyncha, która mną wstrząsnęła. Potem, studiując polonistykę we Wrocławiu, chodziłam do klubu filmowego, gdzie obejrzałam dzieła Felliniego, Antonioniego, Bertolucciego. Na studiach robiłam specjalizację filmową, choć wtedy jeszcze nie myślałam, że będę reżyserką. Chciałam pisać książki. Ale jednak w końcu trafiłam do łódzkiej szkoły filmowej. Skończyłam ją w 2004 r., dzisiaj prowadzę w niej zajęcia.

Mam wrażenie, że dzieciństwo ukształtowało pani sposób widzenia świata. Od swoich pierwszych filmów przygląda się pani ludziom, których życie naznaczone jest trudnościami, szarością i często też brakiem nadziei. Od czasu „Dotknij mnie” zagląda pani do łódzkich dzielnic biedy, zarówno w dokumencie „Trzy kobiety”, jak w swoich filmach fabularnych. Pani bohaterowie często są pięknymi ludźmi, ale nie dają sobie rady z życiem. Czasem nie wytrzymują i próbują buntować się jak w „Teraz ja”, czasem ich związki rozpadają się jak w „Dzikich różach”.

Myślę, że gdybym miała opowiedzieć o bohaterze, który odnosi wielki sukces, zdobył prominentne stanowisko, czy zgromadził fortunę, to też pewnie chciałabym przyjrzeć się jego słabej stronie. Nie ma przecież ludzi perfekcyjnie szczęśliwych. Różowo i wciąż pięknie może być na Facebooku czy Instagramie. Szukam jakiegoś rodzaju prawdy, a zwykle jest przepaść między naszymi marzeniami a tym, jak nasze życie wygląda. Można winić za to kino mainstreamowe i reklamę. Bo budzą w nas pragnienie czegoś, czego nigdy nie będziemy mieli. Ani rezydencji jak z seriali o Carringtonach, ani nawet takiej rozświetlonej słońcem kuchni jak z reklam masła. Ale przecież nasze życie też jest piękne – w całych tych swoich trudach, dziwności. Z niego trzeba czerpać energię, a nie z tego, że chcemy być kimś, kim nigdy nie będziemy.

 Ogromne wrażenie zrobił na mnie pani ostatni film - „Kobieta na dachu” z rewelacyjną Dorotą Pomykałą. Znów opowieść o skromnej pielęgniarce, która zadłuża się biorąc krótkie pożyczki, żeby zrobić prezent mężowi, synowi. A gdy nie jest w stanie ich spłacić z nożem kuchennym staje przed bankową urzędniczką i szepcze „Proszę pani to jest napad”. Chce tylko 2 tysięcy, ale przerażona ucieka. Jednak machina policyjna już ruszyła. I w kraju, w którym można zdefraudować 200 mln zł na zakup maseczek i nie ponieść za to konsekwencji, ona traktowana jest jak groźny przestępca. Dla mnie to jeden z najważniejszych polskich filmów, w którym znów pochyliła się pani nad losem człowieka na co dzień niemal niezauważalnego.

To nieświadomy wybór. Pomysły na filmy same do mnie przychodzą. Ale wiem, że jak wybieram ścieżkę, po której będę szła przez kilka lat, bo tyle czasu zabiera zrobienie filmu, to muszę być wierna sobie i swojej wewnętrznej intuicji. Chyba inaczej nie potrafiłabym pracować. Zastanawiać się, co teraz jest modne? Iść za czymś, co mnie nie interesuje? Szkoda byłoby mi tych kilku lat.

Jadowska: artystyczne zawody są trudne, frustrujące, wymagające emocjonalnie

 Nie jest to prosta droga. 

Żadna droga nie jest prosta. Patrzę na koleżanki, kolegów: każdy się z czymś mierzy. Artystyczne zawody są trudne, frustrujące, wymagające emocjonalnie. Ale i tak uważam, że to wielki przywilej móc dzielić się tym, co ma się we własnej głowie.

Czytaj więcej

Wizjonerzy światowego kina: poznajcie Jury Konkursu Głównego „Wytyczanie Drogi” 19. Mastercard OFF CAMERA

Ostatnio wyszła pani książka „Dadzieja”. Świetnie napisana. I choć jest w niej morderstwo dziecka, to przede wszystkim opowiada pani o trudnym dorastaniu, zderzeniu dziecka ze światem, życiu w małej społeczności. Kryją się też za tą historią realia wiejskiego życia w latach 80. To chyba bardzo osobista opowieść.

To nie jest autobiografia, jak piszą niektórzy. Nie byłam świadkiem morderstwa. Moja rodzina była zupełnie inna niż ta w książce. Mam o rok młodszego brata i o dwanaście lat młodszą siostrę. Mieszkałam z mamą, tatą i babcią – inaczej niż moje bohaterki. Ale próbowałam, pisząc, może nawet podświadomie, wyrzucić z siebie różne przeżycia ze swojego dzieciństwa, pewien rodzaj budzącej się wrażliwości. 

Jadowska i kłótnia o Limahla

 Jest tam również coś z nastroju lat 80. XX wieku.

Tak wyglądało moje dzieciństwo, było zupełnie analogowe. Pełne dziwnych dziś drobiazgów: zeszytów, do których wklejało się zdjęcia piosenkarzy, pamiętników, gdzie wpisywaliśmy sobie wierszyki. Scena kłótni, która jest w książce o to, czyj jest Limahl, wydarzyła się naprawdę pomiędzy mną a moją przyjaciółką z podstawówki. Więc w tę opowieść o dwóch siostrach, które mają różnych ojców i o morderstwie, które się we wsi wydarzyło, rzeczywiście są wetkane wspomnienia z mojego dzieciństwa.

 Tak narodziła się uniwersalna opowieść o dorastaniu, budzeniu się seksualności, ambicjach i rozczarowaniach. O próbie zrozumienia śmierci , o wyobraźni mieszającej się z rzeczywistością. A czy powstanie na podstawie „Dadziei” film?

Nie mam dystansu do tej książki. Pisałam ją długo, potem jeszcze z redaktorką Magdą Budzińską pracowałyśmy nad jej kształtem. I oczywiście nie myślałam o kinie.  Kiedyś już zadano mi to pytanie i padł pomysł, żeby wyreżyserował to ktoś inny. Poczułam zazdrość, pomyślałam:  „A może jednak kiedyś zrobię z tego film?”. Wydaje mi się jednak, że „Dadzieja” nie jest łatwa do przeniesienia na ekran, że sporo jest w niej rzeczy nieprzekładalnych na język filmu, choćby refleksje budzące się w głowie bohaterki. Film ma jednak inną bardziej konkretną logikę niż taka literacka opowieść. 

„Marysia, zawsze dziewica” to opowieść nawiązująca trochę do „Dzikich róż”. Główną bohaterką jest nastolatka, która próbuje sprzedać przez Internet swoje dziewictwo.

Anna Jadowska

Jadowska i ostatnie miesiące obozu Ravensbrück w Niemczech

 A na razie w „Variety” można przeczytać, że bierze pani udział w dużej, międzynarodowej koprodukcji „Each of Us”. 

To film reżyserowany przez cztery reżyserki z czterech różnych krajów: mnie, Hiszpankę Neus Ballus, Niemkę Anne Zohre Berrached i Szwajcarkę Stinę Werelhels. Główny producent pochodzi z Hiszpanii, z Katalonii, z polskiej strony produkuje ten film Maria Blicharska, z którą zrobiłam „Kobietę na dachu”. To opowieść o ostatnich miesiącach obozu Ravensbrück w Niemczech.  Każda z nas reżyseruje historię jednej więźniarki, ale losy bohaterek mają wspólną oś, przeplatają się ze sobą. Zdjęcia są skończone, teraz nasz film jest w postprodukcji. W części niemieckiej gra Diane Kruger, w mojej – polska nastolatka Ninel Skrzypczyk-Geigel, znana z roli w „Wpatrując się w słońce” Matchy Schilinski. Wyjątkowa dziewczyna.

 A pani własne projekty?

„Marysia, zawsze dziewica”. Pewnie uda mi się go zrealizować w sierpniu na Dolnym Śląsku. To opowieść nawiązująca trochę do „Dzikich róż”. Główną bohaterką jest nastolatka, która próbuje sprzedać przez internet swoje dziewictwo. Film skupia się na jej spotkaniach z trzema mężczyznami. I mam jeszcze duży projekt historyczny „Ocean Tetydy” zainspirowany losami mojej babci, która przed wojną, jako siedmiolatka, została oddana na służbę. Ten film, budowany z okruchów tego, co z rozmów z babcią zapamiętałam, jest mi szczególnie bliski. Bardzo chciałabym go zrobić.