Szukaj

Podróże „slow” to nowy polski fenomen. Tęsknimy za prostotą

„Nie mieliśmy dotąd wielu gości, którzy jeżdżą na all inclusive w Egipcie. Dołączyła spora liczba klientów, którzy w innych warunkach by o nas nie pomyśleli. Jeszcze nie wiemy, czy to dobre zjawisko. Slow nie jest dla wszystkich” – mówi Aleksandra Klonowska-Szałek, która razem z mężem, Marcinem, prowadzi serwis Slowhop i rozhulała w Polsce modę na nowy rodzaj turystyki.

Tekst pierwotnie ukazał się w drukowanej wersji magazynu „Sukces”

Slow turystyka, która nie doczekała się jeszcze polskiej nazwy, jest młodszą siostrą ruchu slow food. Hasło „slow” to nie tylko odpowiedzialność, ale i tradycja, kultura, szacunek dla środowiska oraz relacji międzyludzkich. W praktyce chodzi o życie jak najbliższe naturze, zgodne z obyczajami lokalnej społeczności, z ukłonem w stronę kuchni regionalnej, dzieł artystycznych itd. Slow turystyka staje się u nas coraz popularniejszym sposobem spędzania czasu. I w ogóle eksplorowania nowych terenów.

Czytaj też: „Odreagować pandemię”. Ruszymy w świat. Idzie era podróży?

Na czym polega? Jeśli nie traktujesz swoich podróży, wakacji i ferii w powierzchowny sposób, jeśli naprawdę interesuje cię miejsce, do którego trafiasz, jego historia, kultura i obyczaje, i lubisz nawiązywać kontakty z miejscowymi, to rozumiesz ten kierunek. I prawdopodobnie spodoba ci się wiele z prawie 700 miejsc w Polsce skupionych w serwisie Slowhop prowadzonym przez Olę i Marcina, które zrobiły w pandemii furorę. Slow turystyka stała się mądrą przeciwwagą dla przepełnionych turystami hoteli z opcją all inclusive. Kameralne obiekty dla niewielu gości, oddalone od miast, z własną filozofią i lokalnymi produktami, z życzliwym gospodarzem i pięknym designem. Tak chce wypoczywać coraz więcej Polek i Polaków.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Domki Dosbajka (@dosbajka)

Dlaczego potrzebujemy zwolnić w życiu?
Aleksandra Klonowska–Szalek: Bo utraciliśmy to, co ważne, w szalonym tempie życia, w pogoni za karierą czy szczęściem. Kontakty z ludźmi, dobre relacje, smaczne jedzenie. Najprościej mówiąc, potrzebujemy odtrutki i odreagowania.

Slow wypoczynek wystarczy?
AKS: Coraz bardziej doceniamy fajne, ciekawe i, co ważne, bardzo dobrej jakości miejsca. Wiele osób jest zdumionych, że tego typu obiekty można znaleźć w Polsce, nie tylko np. w Toskanii. Kameralne, oddalone od miasta, często luksusowe. Od kilku dobrych lat mamy modę na slow: nasi dotychczasowi goście to ludzie z wielkich miast, świadomi ekologicznie, uprawiający jogę, dbający o siebie i o relacje. Ale dopiero pandemia spowodowała rakietowe przyspieszenie popularności slow turystyki.

Teraz zamiast kurortu szukamy odludzia, gdzie nie będzie mnóstwa turystów. Nie mieliśmy dotąd wielu gości, którzy jeżdżą na all inclusive w Egipcie.

Ta grupa osób szuka zazwyczaj czegoś innego, ale w pandemii skierowała wzrok na Slowhop. W tym roku więc dołączyła spora liczba klientów, którzy w innych warunkach by o nas nawet nie pomyśleli. Jeszcze nie wiemy, czy to dobre zjawisko. Slow nie jest dla wszystkich.

Czytaj też: Slow travel to nowy trend. Latanie samolotami przestaje być sexy

To jakie miejsca są zgodne z ruchem slow?
AKS: Niektórzy się dziwią, że to nie jest typowy siermiężny „pokój u rolnika”; obowiązuje wysoki standard, jeśli chodzi o design, warunki, komfort, ale i szacunek do starych budynków. Renowacje stodół, obór, młynów i siedlisk to na Slowhopie zjawisko normalne. Kolejna rzecz: wielu gospodarzy to ludzie świadomi, którzy myślą o tym, jak w zrównoważony sposób prowadzić swoją działalność, czuli i uważni na naturę, środowisko.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Manichatki (@manichatki_agroturystyka)

Taki rodzaj turystyki doceniają zazwyczaj ludzie otwarci, którzy potrafią się dopasować do miejsca oraz panujących zasad. W turystyce slow zazwyczaj jedziemy do czyjegoś domu, nie do hotelu. Rośnie poziom, ale i liczba takich miejsc. Myśleliśmy, że na Slowhopie w Polsce będzie ich około 300. Ale dochodzimy już do 700 i końca nie widać. Gospodarze obserwują się nawzajem, inspirują zagranicą, a to powoduje, że ciekawych i pięknych pomysłów jest coraz więcej.

Ruch slow zmienia się, ewoluuje?
AKS: Widać trend poszukiwania dużych przestrzeni. Taki obrazek: stoisz na szczycie góry, widok aż po horyzont. Cisza, spokój, pustka. Przestrzeń. Szczególną popularnością będą się u nas cieszyć znowu okolice Bieszczad, Tatr, Warmii i Bałtyku.

Jest takie angielskie powiedzenie: „not collection, but connection”. w turystyce slow chodzi o to, żeby nawiązywać głębsze relacje – nie odhaczać kolejnych atrakcji w przewodniku, tylko głęboko zanurzać się w doświadczenia.

Ważne pozostaje motto: „Z pola na talerz”. Od jakiegoś czasu dostrzegam silne powiązania slow turystyki z ekoturystyką. Nie tylko pandemia jest tego przyczyną, także zmiany klimatyczne, tempo życia. a nacisk na zdrowe relacje i społeczności lokalne pięknie się wiąże z ekoturystyką. Mamy więc gospodarzy, którzy porzucili miasto, przenieśli się na wieś, prowadzą małe gospodarstwo. Nawiązują wtedy relacje z lokalną społecznością, produkty eko i usługi krążą w tej społeczności. a twoje pieniądze, jako turysty, docierają bez pośredników tam, gdzie powinny.

A nie do centrali, na przykład sieci międzynarodowych hoteli…
AKS: Owszem. Nasz dom stoi w wiosce na dawnych terenach PGR, gdzie prawie nikt nie ma pracy. Ja moich gości wysyłam po mleko do sąsiada, po jajka do sąsiadki, po sękacza do pani, która go robi tradycyjnymi metodami i używa prawdziwych jajek i lokalnego masła. Po sery jadą do stadniny, gdzie przy okazji mogą wziąć kilka lekcji jazdy. Gospodarz stadniny ma popyt na sery, więc automatycznie zaczyna ich wytwarzać więcej. I są coraz lepsze. A jeśli jest już jeden gospodarz agroturystyki, to zaraz pojawi się następny. I cała okolica budzi się z marazmu. Kolejny plus: przyjeżdżasz do gospodarzy, poznajesz ich sposób życia, często inny. Inspirujesz się, rozmawiasz o tym – to jest fantastyczne.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez UblikGreen (@ublikgreen)

W tym roku obłożenie i tak było ogromne. Brakowało miejsc.
AKS: Nasz dział redakcyjny, który opisuje każde nowe miejsce, ma wciąż ręce pełne roboty. Każdy adres trzeba sprawdzić, porozmawiać z gospodarzami, opisać odpowiednio. Jesteśmy slow, także jeśli chodzi o pozyskiwanie nowych miejsc i ich opisy (śmiech).

Gospodarze sami się zgłaszają wraz ze swoimi miejscami. Odrzucamy 95 procent z nich! Jest nam przykro, to nie są łatwe decyzje, a właściciele często denerwują się, mają pretensje. Czasem miejsce ma niedostatecznie wysoki standard, a czasem ktoś nie rozumie idei slow, traktuje swoje miejsce stricte biznesowo.

Kiedy to wszystko się zaczęło?
AKS: Cały ruch slow zaczął się w drugiej połowie lat 80. XX w., kiedy przy Schodach Hiszpańskich, w centrum starego Rzymu, otwarto McDonaldsa. Ludzie tak się zirytowali, że postanowili zawalczyć o powrót do tego, co bliskie sercu, ciału, do lokalnych produktów i adresów. Przecież w Polsce jeszcze kilkadziesiąt lat temu żyliśmy w rytmie slow, dopiero potem wpadliśmy w opcję fast. Ale już rozumiemy, że na dłuższą metę to wykańcza i osłabia.

Turystyka masowa notuje straty, a wy?
AKS: W tzw. lockdownie Polakom brakowało wyjazdów i kontaktów z innymi. Szukaliśmy miejsc komfortowych, ale kameralnych, na terenie kraju, ale oddalonych od metropolii. Nieoczywistych. Wiem, że na całym świecie branża turystyczna ma poważne kłopoty, ale to nie dotyczy obiektów z naszego portalu. Mieliśmy sporo przypadków gospodarzy, którzy po tym sezonie oznajmili: „Nie dajemy rady, mamy dość!”. Bywa, że planują sprzedać swoje obiekty, robić coś innego.

Powód?
AKS: Zmęczenie. Ochota na nową przygodę. a może i ucieczka od trendu, który robi się tak popularny

Zamknij
Zamknij