Szukaj

Niedoszły obiekt pożądania

Niższy VAT na e-książki to kolejna szansa na to, że czytniki e-booków w końcu zrewolucjonizują nasze podejście do czytania. Jednak ta rewolucja już od dłuższego czasu nadchodzi, nadchodzi, ale jakoś nadejść nie może.

– Fajne, mogę zobaczyć? – zagadnął mnie ostatnio współpasażer tramwaju, gdy na czytniku e-booków czytałem najnowsze wydanie „Rzeczpospolitej”. – Szukam czegoś do czytania plików PDF, ten czytnik jest do tego?
– Raczej do EPUB albo MOBI – wyjaśniłem rzeczowo.
– Szkoda – pożegnał się współpasażer. – Poszukam czegoś innego.

Czytniki e-booków teoretycznie mają wszystko, by stać się obiektem pożądania. Niektóre modele świetnie wyglądają, zwłaszcza w etui z materiału udającego skórę. Dzięki podświetlanemu ekranowi można czytać nawet w kompletnych ciemnościach, a możliwość powiększania czcionki to złote rozwiązanie dla seniorów. Nie trzeba dźwigać opasłych tomów, a ekran z e-papieru wyświetla tekst w sposób przyjazny, nie męczący oczu. No i ta bateria. Nie musi być ładowany codziennie, jak tablet, lecz wystarczy robić to raz na kilka tygodni.

fot. AdobeStock

Te urządzenia są świetne, co przyzna każdy, kto się skusił i skorzystał. Jednak wciąż pozostają niszą. I chyba niewiele zmieni tu obniżenie przez Sejm od 1 listopada VAT-u na ebooki z 23 do 5 proc.

Coś poszło nie tak, biorąc pod uwagę, że pojawienie się czytników e-booków przewidzieli futurolodzy. Amerykański pisarz Bob Brown już w 1930 roku przedstawił ideę „prostej maszyny do czytania, którą można nosić lub przenosić i podłączyć do dowolnego starego gniazdka elektrycznego”.

Wyjątkowo trafną wizję przedstawił też Stanisław Lem w swoim „Powrocie z gwiazd” z 1961 roku: „Książki to były kryształki z utrwaloną treścią. Czytać można je było za pomocą optonu. Był nawet podobny do książki, ale o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kolejne karty tekstu”.

Wizje futurologów ziściły się w 1998 roku, gdy na rynek wszedł Rocket eBook, pierwszy komercyjnie produkowany czytnik. Jednak prawdziwym przełomem było wypuszczenie przez Amazon w 2007 roku Kindla, najpopularniejszej do dziś marki czytników na świecie. Pierwszego dnia zapasy magazynowe wyprzedały się w niespełna sześć godzin.

fot. Adobe Stock

W Polsce czytniki zaczęły pojawiać się około 10 lat temu. – Początkowo traktowałem je jak gadżety dla ludzi, którzy nie mają co zrobić z pieniędzmi. Po co kupować urządzenie tylko do czytania, skoro są komputery, a popularność zdobywają właśnie tablety? – wspomina Robert Drózd, autor Świata Czytników, największego polskiego serwisu o książkach elektronicznych. – Zrewidowałem swoją opinię na temat czytników, gdy po raz pierwszy zobaczyłem takie urządzenie w rękach innego użytkownika – dodaje.

Z czasem czytniki zaczęły stopniowo zdobywać rynek, a wielu czytelników nie wyobraża sobie bez nich życia. Jednak trudno mówić o prawdziwej ekspansji. E-booki to dziś około 5 proc. całego rynku książki.

Powodem ograniczenia wcale nie są wcale ceny e-booków. Często powtarza się, że książki elektroniczne są drogie i niewiele odstają od książek papierowych, jednak w rzeczywistości jest to mit. – W Polsce mamy jeden z najciekawszych rynków e-booków na świecie. W USA, Niemczech czy Wielkiej Brytanii jest kilku dużych graczy, którzy przywiązują czytelników do swoich czytników i nie interesuje ich obniżanie cen – tłumaczy Robert Drózd. – Tymczasem w Polsce nie ma zabezpieczeń cyfrowych, przypisujących konkretną markę urządzenia do jednej księgarni. W efekcie mamy kilkanaście e-bookowych księgarń, które ostro konkurują. Niemal każdą nowo wydaną książkę zawsze gdzieś znajdziemy w promocji – wyjaśnia.

Co więc nie zagrało? Zdaniem Roberta Drózda po prostu nikomu nigdy nie zależało na tym, by promować e-booki. – Wydawcy do tej pory nie byli tym zainteresowani z uwagi na wysoki VAT, a w przypadku bibliotek czy instytucji kultury oznaczałoby to dodatkowe koszty. A same księgarnie e-booków, choć często są powiązane kapitałowo z dużymi koncernami, nie mają aż takiej siły przebicia – wylicza.

Zresztą podobnie jest na Zachodzie, gdzie odsetek książek czytanych jako e-booki jest niewiele wyższy niż w Polsce. Tam też e-czytania specjalnie się nie wspiera. Bo czy któremuś europejskiemu rządowi zależałoby na naganianiu klientów do mającego złego sławę Amazona, hegemona na rynku ebooków?

A czy cokolwiek zmieni niedawno obniżony VAT na e-booki w Polsce? Pierwsze analizy rynku pokazały, że ceny nie drgnęły. Jednak Robert Drózd wyjaśnia, że niekoniecznie o to chodziło. Głównym celem było to, by e-booki zaczęły opłacać się wydawcom. A jeśli coś nie jest balastem, można zacząć to promować.

Do rewolucji w naszym podejściu do czytania wciąż jest więc daleko. Ale ja jestem optymistą. Gdyby w końcu do niej nie doszło, oznaczałoby to, że nasz genialny Lem się pomylił. A przecież to niemożliwe!

fot. AdobeStock

Zresztą w „Powrocie z gwiazd” zaskakująco trafnie przewidział coś więcej niż tylko wynalezienie czytników e-booków:

„Ale optonów mało używano, jak mi powiedział robot-sprzedawca. Publiczność wolała lektany – czytały głośno, można je było nastawiać na dowolny rodzaj głosu, tempo i modulację. Tylko naukowe publikacje o bardzo małym zasięgu drukowano jeszcze na plastyku imitującym papier”.

Zamknij
Zamknij