Posągowa dama z tajemniczym uśmiechem i spojrzeniem zdającym się obserwować widza to, według ostatniej ekspertyzy, Maria Zawadzka, pozująca Witkacemu od maja 1935 r. Sportretowana najprawdopodobniej na życzenie męża, który chciał uwiecznić jej urodę, zachwycić musiała również samego autora - Stanisław Ignacy Witkiewicz, jak zwykle wyprzedając swoją epokę, wyraził to umieszczonym na obrazie kodem: Witkacy (T.E) V -VI I NP Nπ.

Nπ, czyli?

Wystawione na niedzielną licytację pastelowe dzieło Witkacego powstało w ramach działalności tzw. Firmy Portretowej - bezprecedensowego jednoosobowego przedsiębiorstwa „S.I. Witkiewicz”, które artysta założył w 1925 r. Jak określał sporządzony przez niego surowy Regulamin, przewidzianych było pięć podstawowych typów wizerunków portretowanych, którym odpowiadały literowe oznaczenia od A do E. „Regulamin wydrukowany jest w tym celu, aby oszczędzić firmie mówienia po wiele razy tych samych rzeczy” - głosił wers poprzedzający pierwszy z szesnastu paragrafów.

Eksperci badający dorobek Witkacego wskazują, że najpowszechniejszy okazał się w Firmie Portretowej typ B, odzwierciedlający cechy charakterystyczne dla pozujących, podczas gdy celowe zatracanie charakteru na rzecz upiększenia przewidywał typ A - słowami Witkacego: wylizany, o gładkim wykonaniu. Jak wynika z oznaczenia w dolnej części obrazu, portret Marii Zawadzkiej uznany został natomiast przez autora za (T.E), a więc typ E, który, zgodnie z Regulaminem, nie zawsze był możliwy do wykonania.

- Artysta zakwalifikował ten wizerunek do bardziej wyrafinowanej kategorii E, która zgodnie ze wspomnianym Regulaminem zakładała „dowolną interpretację psychologiczną według intuicji Firmy”. W praktyce Witkacy rezerwował ten typ dla kobiet odznaczających się ponadprzeciętną urodą i które mu się wyjątkowo podobały - czytamy w katalogu Agry-Art za ekspertyzą dr Anny Żakiewicz specjalizującej się w twórczości Witkiewicza.

Jak twierdzi ekspertka, portretowy seans z Marią Zawadzką musiał mieć ponadto mniej oficjalny charakter, na co zwraca uwagę niecodzienna sygnatura „Witkacy”, której autor nie używał zwykle do podpisywania - jak mawiał - „wytworów” firmowych. Następujące po niej oznaczenia odpowiadają kolejno miesiącom pracy, a także wymaganej wtedy w obecności dam abstynencji od nałogów: Witkacy NP - nie palił - a także Nπ - nie pił alkoholu. Do rozszyfrowania historii pozostaje więc tylko splot tych okoliczności z albańskim tronem oraz pałacem, którego okna wychodziłyby obecnie na bryłę katowickiego Spodka.

Witkacy na zamku

Rok 1935 upłynął Witkiewiczowi na działalności portretowej oraz przemyśleniach nad kwestią istnienia - oprócz popiersia Marii Zawadzkiej utrwalił m.in. rysy swojego przyjaciela Bruna Schulza, a także wydał pierwszy pełny traktat filozoficzny. Celem przyjmowania zamówień od międzywojennych elit południa Polski, odwiedzał w tym czasie stolicę Górnego Śląska, a dokładnie widowiskową, klasycystyczną nieruchomość zamieszkiwaną przez rodzinę Krahelskich.

Nazywana „zamkiem” budowla przy dzisiejszej Alei Korfantego była w rzeczywistości dworem śląsko-meklemburskiego rodu Tiele-Wincklerów, doszczętnie zniszczonym po II wojnie w ramach partyjnej walki z estetyką Zachodu. Witkacy podejmowany był w nim przez parę wyjątkową - oboje byli pracownikami różnych ministerstw, Halina znana jako socjolożka i publicystka, Antoni jako inżynier. Jak twierdzi dr Anna Żakiewicz, to właśnie podczas jednego z pobytów w Katowicach artysta poznać miał i sportretować ujmującą delikatną urodą panią Zawadzką.

Jak podaje katowickie Muzeum Historii, w wyrazie wdzięczności za gościnę sporządził również portrety członków rodziny Krahelskich, przy czym gospodarza upamiętnił w egzotycznych, zwieszających się od uszu do ramion kryształowych ozdobach. Eksponowany w muzeum obraz nosi tytuł „Mbret Laluś-Zogu”, z uwagi na łudzące podobieństwo Antoniego do panującego wówczas w Albanii króla, czyli „mbreta”, Ahmeda ben Zogu. „Lalusiem” natomiast nazywano Krahelskiego w domu.

- Chociaż twarze na portretach Witkacego często wyglądają nieznajomo, tworzyć mogą spójną historię relacji między ludźmi, opisywaną w notatkach czy listach artysty. Na rynku kolekcjonerskim Firma Portretowa od lat stanowi już „szyld” bardzo silnie emocjonujący kolekcjonerów - również z uwagi na fakt, że poza Chopinem, Stanisław Ignacy Witkiewicz pozostaje najwyżej cenionym polskim artystą na świecie. Uznawany za jeden z najprzenikliwszych umysłów, oklaskiwany w dalekich zakątkach globu dramatopisarz, doskonały portrecista, niestrudzony i bezwzględny uwodziciel - komentuje Weronika A. Kosmala, analityczka rynku aukcyjnego. Mimo że sam Witkacy słynął z katastrofizmu, w dobie niestygnącego zapału do inwestowania na rynku sztuki, Firma Portretowa wygląda więc na przedsiębiorstwo, którego kurs nie spadnie aż do najostateczniejszej apokalipsy.

Więcej o dziele Stanisława Ignacego Witkiewicza przeczytać można w katalogu

JM

Materiał Partnera